Prezydent z kredytem zaufania

Prezydent z kredytem zaufania

Miliardy kibiców mundialu oglądały mecze w RPA. I miliardy typowały wyniki. A kto był w tym najlepszy? Kto najtrafniej wytypował zwycięzców? Nikt z branży. Superekspertem okazała się niemiecka ośmiornica, która przewidziała wszystkie wyniki drużyny Podolskiego. W Polsce nie trzeba było ośmiornicy, by przewidzieć wynik wyborów. Zgodnie z oczekiwaniami prezydentem został Bronisław Komorowski. Był faworytem i wygrał wyraźnie. Milion głosów przewagi musi robić wrażenie. Na wszystkich. Poza PiS, które też odtrąbiło zwycięstwo. To taki nowy polski obyczaj, gdzie nawet czwarta z rzędu porażka mimo wszystko jest sukcesem. Zaczarowywanie rzeczywistości. Niemcy mają do tego ośmiornicę, a my polityków i publicystów. Zwłaszcza tych, którzy nieustannie mówią, że prawda nas wyzwoli.
A więc skoro ma nas wyzwolić, to mówiąc prawdę, zwycięzca wyborów prezydenckich jest tylko jeden. Nazywa się Bronisław Komorowski. A że na tych łamach nawoływałem do głosowania na niego, to tym bardziej szczerze gratuluję mu wyboru.
Zobaczymy, jaki będzie trzeci prezydent, którego nazwisko zaczyna się na K. Do którego z poprzedników będziemy go mogli porównać za pięć lat? Różnica między prezydentami Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim jest tak ogromna, że nie jest w stanie zmniejszyć jej nawet budowanie fałszywego mitu po katastrofie smoleńskiej i dorabianie nienależnych zasług i zalet.
Lewicowi wyborcy Komorowskiego, którzy w ostatecznym rachunku zadecydowali o jego sukcesie, zrobili to po części z obawy przed zagrożeniami, jakie niosła prezydentura Kaczyńskiego, ale w większości w nadziei na to, że w Polsce możliwa jest polityka sensowna, racjonalna i kompromisowa. Taką postawę wyborców lewicowych można opisać jako udzielenie temu kandydatowi dużego kredytu zaufania. Nie było to poparcie z wielkiej miłości i bezwarunkowe. Bardziej poparcie oparte na rozsądku. I nadziei. Teraz od samego prezydenta będzie zależało, czy spłaci ten kredyt. A może nawet dołoży coś ekstra? Poparcie aż 85% wyborców, którzy w 2007 r. głosowali na Lewicę i Demokratów, do czegoś przecież zobowiązuje.
Duży kłopot z rozliczeniem się z wyniku wyborów ma Kościół katolicki, a zwłaszcza ta przeważająca część kleru, która ostentacyjnie i często bardzo namolnie preferowała z dwóch kandydatów katolików tylko jednego. Modły i naciski na wiernych nie pomogły mu jednak. Porażka Kościoła jest tu wyraźna. Na miarę bezprecedensowej skali zaangażowaniu kleru.
Nowy prezydent nie zabiegał publicznie o poparcie hierarchów. I wygrał. To nauczka dla nadgorliwców. A może także jakiś początek zmian w bardzo nierównoprawnych stosunkach państwa z Kościołem katolickim.
A na koniec wiadomość dla tych, którym żal końca kampanii wyborczej. Nic się nie skończyło. Z marszu zaczęła się kampania wyborcza do samorządów. I do nowego parlamentu.

Wydanie: 28/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy