Ryzyko i wypoczynek

Ryzyko i wypoczynek

Wiadomo, słowniki, którymi się posługujemy, to przysłowiowe lustra naszych czasów. Wydawałoby się, że globalizacja i płynna nowoczesność zuniwersalizują je gruntownie, ale to tylko iluzja, którą zresztą pod koniec zeszłego wieku z wdziękiem rozbroił Richard Rorty, przypominając, że nasze słowniki mają charakter przypadkowy i historyczny. Żaden słownik nie jest uniwersalny, a jedynie „grecki”, „zachodni” czy „burżuazyjny”. W grudniu przez Polskę przetoczyła się dyskusja wokół plebiscytu na Młodzieżowe Słowo Roku 2020. Kapituła zdecydowała się nie przyznawać tytułu żadnemu słowu, ponieważ najwięcej głosów oddano na wyrazy „wulgarne lub obrażające niektóre osoby”. Bardzo mnie to rozśmieszyło, bo organizatorzy konkursu sami się prosili o psikus: „Młodzieżowe Słowo Roku” brzmi jak konkurs z zimowiska lub pedagogiczny kiks, który co rano na lekcji wygłasza Pan Równiacha. Ale plebiscyt miał dobry marketing i wywołał poród kilku poważnych szkiców na temat modnych „słówek”. Teksty zestarzały się równie szybko jak słowa. Tak to jest z gadżetami: szybko się nudzą, przyjemność, którą przynoszą, jest naskórkowa, jednak czy nie na tym polega ich urok?

Te – jak to nazwano – młodzieżowe słowa, oprócz tego, że są kapryśne, efemeryczne i zazwyczaj zabawne, mają jedną godną odnotowania tendencję: są płynne. To znaczy nie nazywają tylko jednej rzeczy, zachowania, zjawiska, a rozszerzają się, zagarniając coraz większe obszary rzeczywistości. Na końcu oznaczają już wszystko – i wtedy dewaluują się albo trafiają do drugiego obiegu, czyli np. do słownika Pana Równiachy.

Każda lokalna i globalna zmiana społeczna przynosi nowy zestaw słów, które odpowiadają nowym potrzebom, lękom, przedmiotom. Pandemia przyniosła całe zbitki, które zrobiły błyskawiczną karierę: weźmy słynne wypłaszczenie krzywej, choroby współistniejące, odmrażanie gospodarki, zdalne nauczanie itd. Ale na drugim planie zamajaczyło nie tak efektowne, bo tylko zremasterowane słówko komfort – w nowej erze i nowej odsłonie. Swoją ekspansję zaczęło od świata mody, żeby natychmiast skolonizować cały tzw. lajfstajl. Część przerażonych widmem bankructwa projektantów zaczęła na potęgę kroić tę najwygodniejszą, miękką bawełnę, którą tak uwielbiamy w dresach. Bo, siłą rzeczy, sprzedaż wyjściowych szmat spadła, a w nowych miejscach pracy (czyli naszych mieszkaniach) najważniejszy stał się właśnie komfort. Ale kolonizacja nastąpiła nie bez oporów: część wpływowych blogerek/szafiarek/kołczerek (czyli ludzi znikąd, którzy wiedzą wszystko) mówiła, że to źle wpłynie na psychikę osobników, którzy do pracy powinni zasiadać ubrani elegancko niezależnie od okoliczności, nawet w domu. Inaczej komfort niepostrzeżenie zamieni się w sad clothing, a to już objaw depresji.

Jednocześnie przaśny komfort zaczął się rozpychać w słowniku kulinarnym. I tu od razu popadł w dwuznaczność: jedni używali go do opisania jedzenia, które przynosi szczęście (czyli nostalgicznych posiłków, które „napełnią was ciepłem i spokojem”), drudzy nazywali tak bezpieczne jedzenie. Czyli proste, ciepłe i lekkostrawne. Znajoma producentka koncertów orkiestrowych zawsze podkreśla, że światowej sławy muzycy, którzy w trasie spędzają wiele miesięcy w roku, zwykle proszą właśnie o comfort food. Mniej im zależy na odkryciach kulinarnych, bardziej na tym, żeby nie złapać nieżytu żołądka i nie przeżywać niestrawności lub biegunek, zwiedzając kible Europy.

Pisarze futurolodzy słusznie przewidzieli karierę komfortu, ale czy trafnie zdiagnozowali jego szkodliwość społeczną? Herbert George Wells w słynnym „Wehikule czasu” opisał intelektualną degradację gatunku: łagodne plemię Eloi, które – pozbawione wyzwań, wykastrowane z przemocy, ale i z namiętności – staje się podobne rybom, kołyszącym się w oceanie.

Podobnie Stanisław Lem w kultowym „Powrocie z gwiazd” opisał społeczeństwo przyszłości, które – dla pełnego komfortu, poczucia bezpieczeństwa i spokoju – wprowadziło nie tylko masowe ulepszenia w stylu ubrań w spreju lub współpracujących z ciałem foteli, ale też „betryzację” – zabieg usuwający z psychiki skłonności do agresji. Powstało społeczeństwo jakby „uśmierzone”, wypłaszczone jak pandemiczna krzywa. Pogodne, ale pozbawione namiętności i pragnień. Nie ma tu ryzyka czy, co ważne dla bohaterów, fantazji na temat eksplorowania kosmosu. A przecież – jak pisał Platon – największe dobra zawdzięczamy szaleństwu: „Piękniejsze jest szaleństwo od rozsądku, bo tamto od boga pochodzi, a ten jest od ludzi”.

Czy komfort nie jest czymś, co usypia umysł i czujność? Czy w skrajnym przypadku może zrobić z nas miłych poddanych? Kogoś, kogo kocha system – precyzyjnie opisane, doskonale przewidywalne metrum w pracy systemu, np. partii rządzącej? Przełamywanie własnego wzorca też nie jest komfortowe, a przecież jest potrzebne, kiedy trzeba na wieszaku zostawić savoir-vivre i krzyknąć głośniej do tych, co próśb nie rozpatrują: wypierdalać!

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy