Czas letargu

Czas letargu

Wzmożenie frakcji antyfutbolowej w mediach społecznościowych; zawsze marudzą w czasie mundialowym, a teraz tym bardziej mają pretekst, bo wielkie granie zamówiły sobie wielkie dranie w białych tunikach. Zaiste, przelicznik goli na trupy taniej siły roboczej, która wyzionęła ducha, budując stadiony dla szejków, jest przerażający. Praw człowieka w Katarze nie uświadczysz, zwłaszcza jeśliś kobietą, zanim dokończysz zdanie, że tak właściwie toś „osobą z macicą, socjalizowaną do roli kobiety”, w najlepszym razie cię zgwałcą, dając do wyboru ślub z oprawcą albo karę śmierci. Wszystko to straszna prawda, ale zanim mnie kto przekona do bojkotu, niech zdejmie z siebie wszystko, co uszyły na Dalekim Wschodzie w niewolniczych warunkach kilkuletnie dzieciaki.

Co do piłkarzy, próbujących się sprzeciwiać za pomocą symbolicznych gestów – był czas, żeby federacje zaprotestowały całkiem niesymbolicznie, wywarły presję, a nawet solidarnie zastrajkowały, bo mundial szejkom przyznano 12 lat temu! Teraz to wygląda, jakby chłopcy dali się zaprosić na uroczystą kolację do uprzejmych kanibali, którzy na tę okoliczność podali menu wegetariańskie, i wszyscy wspólnie szamają aż miło, ale goście dają sobie wymowne znaki, że gospodarzami i tak gardzą, wszak ludzina zalega w zamrażarkach. Notabene, zasłanianie sobie ust czy klękanie przed meczem to sprzeciw cokolwiek symulowany – dopiero polscy piłkarze mieli odwagę pójść na całość, bojkotując mistrzostwa przez pełne 90 minut plus czas doliczony. Orły Michniewicza grają antyfutbol tak niemiły dla oka, tak mstliwie odpychający, że najbardziej ortodoksyjni mahometanie zaczynają pojmować kibicowski beerpairing – na trzeźwo tego oglądać się nie da. Już nawet międzynarodowa memosfera sięga po polską myśl szkoleniową niczym nasz produkt eksportowy typu Wojtyla-Kieslowski-pierogi, w tym przypadku jako przykład światowej sławy żenady. Ktoś np. napisał, że oglądanie reprezentacji pozwala trochę zrozumieć, jak Kieślowski znajdował piękno w smutku.

Absurd i niesmak, a w moim przypadku futbolowego fanatyka – ambiwalencja i dysforia, wynikają raczej z faktu, że im bardziej się skupiamy na piłce, tym łacniej ten skurwiel Putin wyłącza prąd sąsiadom na zimę. Na portalach informacyjnych kanonada snajperów boiskowych zawsze stoi wyżej niż bombardowanie miast; wojna przegrywa z karnawałem. Mundial jest dla kibica czasem tak zaburzonego postrzegania, że w pierwszym odruchu na wieści spod Kijowa nie myślę o bezpośrednim zagrożeniu życia milionów Ukraińców, tylko żal mi się ich robi, bo przecież z powodu blackoutu nie mogą oglądać meczów.

Tak czy owak, za stary już jestem, żeby na mnie działał soccer shaming; w tym roku po prostu wyjątkowo nie odmawiam racji ani zrozumienia tłumom oburzonych. Dla mnie nadszedł czas letargu przed telewizorem, bo dawka jest druzgocąca dla innych planów – od godz. 11 do 22 mecz za meczem z krótkimi przerwami na czynności fizjologiczne, żeby coś napisać, trzeba wstawać przed świtem. Raz na cztery lata dla paru miliardów ludzi piłka jakimś cudem przez miesiąc nie stacza się ze szczytu piramidy Maslowa, a przyświeca im motto Billa Shankly’ego o tym, że futbol nie jest sprawą życia i śmierci, bo jest od nich ważniejszy. Skądinąd Shankly był największym futbolowym aforystą, a ten niemiłosiernie zgrany cytat wcale nie należy do jego szczytowych osiągnięć. Dla naszej kadry narodowej, ubogiej w talenty, pocieszająca może być inna myśl sławnego Szkota – „Drużyna piłkarska jest jak fortepian. Potrzebujesz ośmiu, by go nieśli, i trzech, którzy umieją grać”. Jean-Paul Sartre zaś po zastanowieniu uznał, że „w piłce nożnej wszystko komplikuje obecność drużyny przeciwnej”, co też się tyczy w szczególności naszych kadrowiczów.

W tym roku czas rytuału się zmienił; kibice śledzą mundial, a za oknem pada śnieg. To tak, jakby Boże Narodzenie przenieść na środek lata – tak naprawdę rzecz niezrozumiała tylko z europejskiego punktu widzenia, choć pamiętam, jak niegdyś w Santiago de Chile, chroniąc się w kościele przed upałem, nie mogłem oprzeć się zdumieniu na widok bożonarodzeniowej szopki. To wytrącenie ma w sobie coś zbawiennego – po pierwsze, pozwala „przewinąć” najokrutniejszą porę roku, czyli polskie przedzimie, kiedy dni skracają się do minimum, a śniegu jeszcze nie ma na narciarską pociechę. Nim się spostrzeżemy, nadejdzie przesilenie zimowe, a potem znowu będzie coraz więcej światła. Po drugie, naród kopci czym popadnie, wychodzić z domu niezdrowo, więc brać kibicowska przyspawana do foteli zregeneruje drogi oddechowe. Po trzecie, ludzkość w obłędzie zdaje się przestrzegać zasad już tylko w ramach rozgrywek sportowych – tu za brudną grę wylatuje się z boiska, sędzia jak szeryf zawsze ma władzę nad złoczyńcami, trochę to działa psychoterapeutycznie w obliczu bandyckiej wojny.

Wydanie: 49/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy