Tag "sport"

Powrót na stronę główną
Kraj

Bitwa o Chorzów

Czy problemem miasta jest brak nowego stadionu? Kibic, który został prezydentem, poznaje trudy rządzenia

W lutym 2024 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała zdjęcie mężczyzny z nagim torsem, wykonane – jak twierdził autor artykułu – „na weselu skazanego członka gangu Psycho Fans”. Wielu mieszkańców Górnego Śląska z łatwością rozpozna człowieka ze zdjęcia. Dzisiaj jednak nie chwali się on torsem. Na fotografiach i nagraniach filmowych prezentuje się w garniturach i krawatach. To Szymon Michałek, obecny prezydent Chorzowa.

Wbrew pozorom artykuł nie należał do gatunku plotkarskich. Był ważnym głosem w debacie o tym, kto ma rządzić Chorzowem. Psycho Fans to grupa skrajnie fanatycznych szalikowców miejscowego Ruchu. Niektórzy zasiadają dziś na ławie oskarżonych. Zarzuca się im nawet najcięższe przestępstwa.

Artykuł ukazał się już w trakcie kampanii wyborczej. Można w nim było przeczytać, że zdjęcie to zrzut z nagrania opublikowanego na YouTubie: „Szymon Michałek (z prawej) w czerwcu zeszłego roku bawił się na weselu nieprawomocnie skazanego członka kibolskiego gangu Psycho Fans Roberta P. ps. Pepek (z lewej). Impreza odbyła się osiem dni po ogłoszeniu wyroku, w którym sąd potwierdził, że kibole z Chorzowa założyli zorganizowaną grupę przestępczą”.

Michałek! Michałek! Michałek!

Publikacja nie zaszkodziła Michałkowi. Wygrał w pierwszej turze, zdobywając 54,67% głosów. Różnica pomiędzy poparciem dla niego i dla Andrzeja Kotali, który Chorzowem rządził od 14 lat, wyniosła aż 7 tys. głosów. To była również wielka klęska Platformy Obywatelskiej, którą Kotala reprezentował. Michałek miał własny komitet wyborczy – popierała go Polska 2050 Szymona Hołowni i jedno ze śląskich ugrupowań.

Dziś sytuacja Michałka niewiele przypomina tamto miażdżące zwycięstwo. W mieście trwa zażarta walka o władzę. Komitet referendalny zebrał wymaganą liczbę podpisów i złożył je u komisarza wyborczego. W chwili pisania artykułu trwało ich sprawdzanie.

Warto przy okazji odnotować, że próby odwołania prezydentów podjęto w kilku miastach na południu Polski, mniej więcej w tym samym czasie. W Bytomiu ta inicjatywa zakończyła się niepowodzeniem. W Będzinie wciąż nie wiadomo, czy referendum się odbędzie – trwa sprawdzanie podpisów na listach poparcia. Wiadomo za to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Polacy fetują zwycięstwa w Europie

Radości pochodzenia zagranicznego

Nasi rodacy kończą obfity sezon w klubach europejskich, warto nad tym momentem polskiej piłki klubowej pochylić się z uwagą i satysfakcją. Nie trzeba bowiem sięgać pamięcią do czasów szczególnie zamierzchłych, aby sobie przypomnieć, jak Polacy grywali za granicą w klubach poślednich, w ligach przeciętnych, a za futbolowe eldorado, gdzie mogli dobrze zarobić z szansą na regularną grę, uchodziły Cypr, Grecja, a nawet Izrael. Wielka reprezentacyjna i klubowa smuta lat 90. wyrobiła nam na piłkarskim rynku markę taniej, lecz adekwatnie do ceny średnio wydajnej siły roboczej. Najwięcej naszych gwiazd zasilało niemiecką Bundesligę, w której zdarzało im się zaznaczyć pozytywnie, ale pozostałe ligi TOP 5 były na nas impregnowane. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI w. cieszyliśmy się, gdy pojedyncze występy w Racingu Santander zaliczał Ebi Smolarek.

O tym, by nasi gracze stanowili pierwszoplanowe postacie najsilniejszych klubów Europy, mogliśmy tylko marzyć, dopóki dortmundzki tercet nie zwrócił uwagi na to, że choć kadra sukcesów nie odnosi, Polacy w piłkę grać potrafią.

Tymczasem w minionych tygodniach Polacy zdobywali i fetowali kolejne trofea w najsilniejszych piłkarsko ligach. Piotr Zieliński właśnie zdobył dublet z Interem Mediolan i – co ważne – choć początki po przenosinach z Neapolu miał trudne, choć wieszczono mu, że nie podoła konkurencji i będzie grzał ławę, wiosną osiągnął taką formę, że ani trener Cristian Chivu, ani tym bardziej kibice nie wyobrażają sobie Nerazzurrich bez Polaka w wyjściowym składzie. Fenomenalne bramki po strzałach z dystansu stały się jego znakiem rozpoznawczym, a kapitalne asysty no-look passes, błyskotliwość dryblingów i przegląd pola sprawiają, że Zielu będzie jednym z największych nieobecnych amerykańskiego mundialu. Playmakera na tym poziomie nie mieliśmy od czasów Kazimierza Deyny; 32-latek ma już 107 występów w kadrze narodowej i wiele wskazuje na to, że będzie w jej pomocy rządził jeszcze przez lata, goniąc rekord Roberta Lewandowskiego – być może zatem zdąży jeszcze na mistrzowską imprezę się zakwalifikować.

Inter miał świetny sezon: bezkonkurencyjny we Włoszech, niestety w Europie padł ofiarą zlekceważenia Norwegów zza koła podbiegunowego: dwie porażki z Bodø/Glimt już w play-offach Ligi Mistrzów chwały mu nie przynoszą.

W Barcelonie nie oszczędzali się podczas mistrzowskiej fety dwaj nasi weterani. Robert Lewandowski zdobył właśnie 14. mistrzostwo w karierze, w tym 13. w klubach z europejskiego TOP 5 – pod tym względem nie ma w Europie skuteczniejszego gracza. Trzecie i ostatnie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Jak za dawnych lat

Górnik z Pucharem Polski, Lech o krok od mistrzostwa

„Zagraj, zagraj jak za dawnych lat”, śpiewają kolejne pokolenia kibiców Górnika Zabrze. No i wyśpiewali sobie wreszcie trofeum. Te dawne lata to bezprecedensowa seria triumfów, które Zabrzanie odnosili między 1957 a 1972 r.: w ciągu tych 15 lat 10 tytułów mistrza Polski, w tym pięć razy z rzędu! Do tego sześć Pucharów Polski – także pięć z rzędu! – i finał europejskiego Pucharu Zdobywców Pucharów. Polski futbol klubowy nigdy nie miał drużyny tak potężnej. To wtedy grali zawodnicy legendarni, z supersnajperem Ernestem Pohlem, którego imię nosi obecny stadion Górnika, a później także Włodzimierzem Lubańskim czy Zygfrydem Szołtysikiem.

Zabrze to Górnik, mieszkańcy tego przemysłowego miasta budowali swoją tożsamość na sukcesach górniczej jedenastki. Dzisiaj widać to jeszcze wyraźniej, zwłaszcza jeśli odwiedzi się robotnicze osiedle w pobliżu nowoczesnej areny – jej bryła dominuje w pejzażu przedwojennych bloków, jakby wylądował statek kosmiczny pośród familoków, nawet pijaczkowie pod Żabką przestają czuć się anonimowo, gdy popijają pyfko z widokiem na „ich stadion”. Stadion skądinąd wreszcie dobudowany do końca, nowoczesny, pojemny i słynący ze specyficznej akustyki, która czyni go najgłośniejszym obiektem w kraju. Dzieciom zaleca się słuchawki, od dopingu w Zabrzu można ogłuchnąć.

W 1972 r. ostatni dotąd zdobyty puchar dla Zabrzan wznosił kapitan tamtej wielkiej jedenastki, Stanisław Oślizło. 2 maja uczynił to ponownie, bo w Zabrzu o legendy klubowe potrafi się dbać. Wieloletni lider górniczej defensywy, a także filar obrony reprezentacyjnej w latach 60., w tym roku skończy 89 lat i jako nestorowi śląskiego klubu oddano mu honor i przywilej odebrania pucharu.

Jedynym zgrzytem był fakt, że pod nieobecność prezesa PZPN (problemy komunikacyjne w trasie powrotnej z kongresu FIFA) trofeum wręczał mu obecny rezydent pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, na szczęście natychmiast po wręczeniu pucharu sobie poszedł i obyło się bez obściskiwań.

Lukas Podolski spełnił zatem swoje marzenie na zakończenie kariery – zdobył z ukochanym klubem trofeum, o czym nie omieszkał w typowy dla siebie swojski sposób powiedzieć do 50-tysięcznej widowni Stadionu Narodowego („Jak tu przyszłem, pedziałem – do pięciu lat coś bedziemy mieć w ręku. I że to sie k… udało na mój ostatni sezon, to jes niymożliwe!”). Podolski lada chwila ma się stać właścicielem Górnika, w czerwcu skończy 41 lat i w sezonie grywał już tylko symbolicznie w końcówkach, ale mając w perspektywie występy w Europie, być może nie zawiesi jeszcze butów na kołku.

W meczu finałowym istniała tylko jedna drużyna, odpowiednio zmotywowana i mądrze budowana przez ostatnie lata: Górnik zdominował częstochowski Raków i wygrał pewnie po ładnych bramkach „dwóch Maksów”: Roberta Massima i Maksyma Chłania. Co ciekawe, słowacki szkoleniowiec Zabrzan, Michal Gašparík, w ostatnich pięciu sezonach wygrał krajowy puchar po raz czwarty, wcześniej dokonując tej sztuki ze Spartakiem Trnava.

Słowak stworzył w Zabrzu ciekawą międzynarodową paczkę, w której wiodącą rolę odgrywają Czesi: pomocnik Patrik Hellebrand rządzi w środku pola obok Lukáša Sadílka, na lewej obronie walczy Ondřej Zmrzlý, na prawej Michal Sáček, a w środku pola pojawia się także zdolny

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Ronaldinho próbował sztuczek technicznych z gracją pijanego wuja na weselu

To nie jest sport dla starych ludzi. Współczesna piłka jest oparta głównie na motoryce, dlatego problem z meczami pokazowymi dawnych gwiazd futbolu polega na tym, że show z pierwszym gwizdkiem się… kończy. O ile popisy sędziwych gwiazd tenisa mają sens, bo nawet 80-latkowie, choć już z bieganiem mogą mieć kłopot i nie poruszają się po całości kortu, są jednak w stanie czarować techniką i nawet na stojąco zachwycać publiczność – piłkarz, który nie biega, zwłaszcza na pełnowymiarowym boisku, żadnej atrakcji nie uczyni. Wszelkie galowe występy piłkarskich dinozaurów mogą mieć zatem sens, o ile piłkarze nie wpadną na pomysł, aby… po prostu poważnie zagrać w piłkę na miarę swoich aktualnych możliwości.

Od kiedy mój 10-letni synek, piłkarz i fan futbolu, wywiedział się, że Ronaldinho przyjeżdża do Chorzowa, nie było zmiłuj. „Tato, to jest twoje miasto, załatwiaj bilety, jedziemy”. Antek kojarzy nazwiska gwiazd futbolu, które zakończyły karierę, zanim się narodził, za sprawą najpopularniejszej gry piłkarskiej – każdego dnia w wolnej chwili łapie za pada i rozgrywa kolejne „tryby kariery” w Fifie. Można sobie dobierać graczy z jedenastki legend, tutaj służy pomocą stary ojciec, żeby nie było wtopy, bo oprócz najsłynniejszych w rodzaju Pelégo czy Maradony pojawiają się gracze nieco mniej dzisiaj znani, choć równie wybitni. „Tato, kogo mam wziąć na prawą obronę, Maicona, czy Salgado?”, zwykł w takich razach pytać Antek, a ja po raz pierwszy mogłem mu odpowiedzieć: „Nie musisz wybierać, przyjadą obaj”.

Do Chorzowa ściągnęła galaktyka dawnych mistrzów, aby pod kapitanatem Francesca Tottiego i samego Ronaldinha rozegrać mecz gwiazd. Poziom sportowy zmilczmy. Bardziej mi poprawia humor Luka Modrić jako najstarszy czynny lider środka pola w europejskim Top 5 niż emeryci podupadli na zdrowiu i duchu, zaproszeni na bal nieumarłych. Zaiste, to był zombie futbol. Mniejszość, do której należał choćby Javier Saviola, niedługo po zakończeniu kariery jest wciąż w sportowej formie –

Argentyńczyk skończył mecz hat trickiem, Fabio Capello go zdjął po kilkunastu minutach, bo pojawiło się zagrożenie, że nader żwawy Saviola zepsuje zabawę, w pojedynkę dokonując egzekucji. Reszta panów raczej nie nadążała.

Antek po pierwszych minutach spytał, czy oni już grają, czy wciąż się rozgrzewają, kumpel geriatra wyszedł w przerwie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Rotacja składem – kiedy trener powinien dawać odpocząć liderom?

Artykuł sponsorowany W świecie sportu, gdzie każdy mecz ma znaczenie, decyzje dotyczące rotacji składem mogą być kluczowe dla sukcesu drużyny. Trenerzy często stają przed dylematem: czy dać odpocząć swoim liderom, czy postawić na nich w każdym spotkaniu?

Promocja

Bieżnia do chodzenia vs bieżnia do biegania – którą wybrać do mieszkania?

Artykuł sponsorowany Wybór odpowiedniego sprzętu do ćwiczeń w domu często zależy od dostępnego miejsca oraz indywidualnych celów treningowych. Wiele osób zastanawia się obecnie, czy lepiej postawić na model biegowy, czy prostsze rozwiązanie spacerowe. Taka decyzja zależy od Twojego aktualnego

Promocja

Zimowe aktywności dostępne dla każdego – pomysły na ruch bez wyjazdu w góry

Artykuł sponsorowany Leżenie pod kocem z kubkiem herbaty to nie jedyny sposób na spędzanie wolnego czasu zimą. I wcale nie musisz wyjeżdżać w góry, żeby poruszać się na świeżym powietrzu. Znamy kilka aktywności, które spokojnie możesz wykonywać bez opuszczania miasta, a niekiedy

Promocja

Prezent walentynkowy. Pomysły na prezent dla aktywnej Kobiety

Artykuł sponsorowany Wybór idealnego prezentu walentynkowego dla aktywnej kobiety to szansa, by docenić jej pasję i styl życia. Zamiast tradycyjnych podarunków, postaw na coś, co realnie wesprze ją w codziennych treningach i zmotywuje do dalszego działania. Znajdź upominek łączący

Świat

Od pochodni do podium

Włochy szykują się na zimowe igrzyska Mediolan-Cortina 2026

Korespondencja z Włoch

XXV Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026 coraz bliżej. W ostatnich tygodniach sportowcy niosący olimpijską pochodnię przemierzyli Wenecję Euganejską i Nizinę Padańską w ramach podróży przez Włochy. Trasa prowadziła do Mantui, łącząc historyczne miasteczka i regiony będące symbolem tożsamości północnych Włoch. Gdy pochodnia dotarła do miasta, ulice wypełniły się mieszkańcami i turystami, którzy czekali na biegaczy niosących olimpijski ogień.

Sztafeta rozpoczęła się 26 listopada 2025 r. symbolicznym odpaleniem świętego ognia w Olimpii. Po uroczystym przekazaniu płomienia Włochom i przetransportowaniu go do kraju, 4 grudnia 2025 r. prezydent Włoch Sergio Mattarella przyjął i zapalił znicz na dziedzińcu Pałacu Kwirynalskiego w Rzymie, oficjalnie inaugurując podróż pochodni, która została od niego odpalona. Podczas ceremonii, w której uczestniczyli przedstawiciele świata sportu, samorządowcy i wybitni sportowcy – wśród nich tenisistka Jasmine Paolini – prezydent przekazał przesłanie pokoju i wezwał do olimpijskiego rozejmu, podkreślając jednoczącą rolę igrzysk.

Trasa licząca 12 tys. km prowadzi przez wszystkie regiony Włoch, ponad 60 miast będących etapami i ponad 300 miejscowości: od Koloseum i fontanny di Trevi w Rzymie, przez wenecki Canal Grande, po symboliczne miejsca odrodzenia, takie jak zniszczona przez trzęsienie ziemi Amatrice czy dzielnica Scampia w Neapolu.

– Każdy krok tej podróży przez nasze miasta przypomina światu o sile sportu w budowaniu mostów i przełamywaniu barier – podkreślał Giovanni Malagò, prezes Fundacji Mediolan-Cortina 2026. – To trasa łącząca korzenie z przyszłością, gościnność z innowacją i celebrująca to, co najlepsze w duchu włoskim.

Za organizację sztafety odpowiada potężna machina logistyczna, będąca efektem ponad dwóch lat planowania. Konwój o długości niemal 200 m porusza się z prędkością 4 km/godz., a każdy dzień rozpoczyna się o godz. 7.30 i kończy ok. 19.30 zapaleniem znicza w mieście będącym następnym etapem. Celem jest „stworzenie olimpiady, która wyjdzie na ulice” poprzez dziesiątki wydarzeń towarzyszących: koncerty, festyny miejskie, programy edukacyjne dla szkół i inicjatywy społeczne. Finał tej niezwykłej podróży nastąpi wieczorem 6 lutego 2026 r. w Mediolanie – w dzień ceremonii otwarcia igrzysk – gdy płomień dotrze na Stadion San Siro.

Po raz pierwszy w historii igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich jednocześnie zapłoną dwa znicze w dwóch różnych miastach. Wykonane z aluminium lotniczego i zaprojektowane przez Marca Balicha we współpracy z Lidą Castelli oraz Paolem Fantinem zostaną zapalone w idealnej synchronizacji przy Arco della Pace w Mediolanie oraz na Placu Dibona w Cortinie d’Ampezzo. Znicze rozkładają się i składają, osiągając średnicę od 3,1 do 4,5 m.

Zimowe igrzyska powracają do Włoch po 20 latach od imprezy w Turynie. Stawka jest znacznie wyższa niż sportowe medale. Mediolan-Cortina 2026 to projekt, który ma połączyć dwa światy: globalną metropolię finansową i alpejskie kurorty Dolomitów. Dla rządu i samorządów to wizytówka turystyczna. Dla krytyków – zbyt kosztowny eksperyment infrastrukturalny.

Co, gdzie, kiedy i przede wszystkim za ile?

Mediolan-Cortina 2026 to jedna z najbardziej „rozproszonych” imprez w historii zimowych igrzysk. Rywalizacja odbędzie się w trzech regionach: Lombardii, Wenecji Euganejskiej i Trydencie-Górnej Adydze. Mediolan stanie się centrum sportów lodowych: hokeja, łyżwiarstwa figurowego i short tracku. Cortina d’Ampezzo i Dolomity – sercem sportów alpejskich, takich jak zjazdy narciarskie, supergiganty i kombinacje.

Igrzyska potrwają ponad dwa tygodnie i obejmą kilkadziesiąt konkurencji medalowych. Organizatorzy podkreślają też rolę transmisji telewizyjnych i cyfrowych, które przyciągną młodszą publiczność i pozwolą oglądać zawody tym, którzy nie mogą przyjechać.

Na zawody szykują się prawdziwe legendy narciarstwa, w tym Włoszka Federica Brignone, która odzyskała formę po ciężkiej kontuzji w zaskakującym tempie i będzie chorążą Włoch, oraz Amerykanka Lindsey Vonn, która wróciła do sportu z zamiarem zostania najstarszą medalistką igrzysk, a także gwiazdy z poprzednich olimpiad, takie jak Tina Maze, Viktoria Rebensburg, Martin Schmitt, Markus Eisenbichler oraz biatlonistki Tiril Eckhoff i Sandrine Bailly, co zapowiada emocje na najwyższym poziomie.

W narciarstwie biegowym Polskę reprezentować mają doświadczeni zawodnicy, w tym Izabela Marcisz i Maciej Staręga.

Szczególne zainteresowanie budzi kwestia biletów. Według zapowiedzi ceny są zróżnicowane: od relatywnie dostępnych wejściówek na eliminacje po pakiety premium na finały. Dziennik „Corriere della Sera” zwraca uwagę, że „organizatorzy chcą uniknąć wizerunku olimpiady tylko dla elit”, i zapowiadają pulę biletów subsydiowanych dla młodzieży oraz szkół. Zresztą na oficjalnej stronie igrzysk można sprawdzić rozpiętość cenową. Bilety na ceremonię otwarcia na San Siro wahają się od 260 do 2026 euro za osobę. Pakiety gościnne z typowym mediolańskim aperitivo zaczynają się od 3250 euro, a premium – od 8950 euro za osobę. Bilety na poszczególne konkurencje sportowe w Mediolanie i w Cortinie rozpoczynają się od 150 i 350 euro za osobę, wersja premium może kosztować kilka tysięcy euro.

Równolegle rozwija się sektor tzw. turystyki olimpijskiej. Biura podróży oferują pakiety łączące zawody sportowe z pobytem w Dolomitach, zwiedzaniem Mediolanu i gastronomicznymi trasami w Lombardii i Wenecji Euganejskiej. Dla branży hotelarskiej to ogromna szansa, ale też test wydolności infrastruktury. Miejsc noclegowych już brakuje.

Mediolan przygotowuje się do roli gospodarza wizerunkowego. Miasto kierowane przez lewicowego burmistrza Giuseppe Salę modernizuje transport publiczny, inwestuje w przestrzenie wokół hal sportowych i planuje strefy kibica. Dla metropolii to kolejny etap budowania marki globalnego centrum biznesu i kultury. Władze miejskie podkreślają, że igrzyska mają pozostawić trwałe dziedzictwo: nowe linie komunikacyjne, rewitalizowane dzielnice i infrastrukturę sportową dla mieszkańców.

Cortina d’Ampezzo stoi przed innym wyzwaniem. To luksusowy kurort, który musi pogodzić prestiż z masową turystyką. Lokalna prasa alarmuje o presji na ceny nieruchomości i ryzyku przeciążenia infrastruktury. Mieszkańcy obawiają się, że miasto straci kameralny charakter, który przez dekady budował jego markę. Jednocześnie wielu przedsiębiorców widzi w igrzyskach szansę pokoleniową. Restauratorzy, hotelarze i przewodnicy górscy liczą na długofalowy wzrost zainteresowania regionem. To tu ścierają się dwa obrazy przyszłości: Dolomity jako spokojny kierunek VIP albo jako globalna arena sportowo-turystyczna.

A co po igrzyskach?

Zimowa olimpiada we Włoszech od początku budzi kontrowersje i dzieli opinię publiczną. Skala inwestycji sięga miliardów euro. Centroprawicowy rząd Giorgii Meloni oraz lewicowy burmistrz Mediolanu podkreślają, że igrzyska przyśpieszają projekty, które i tak były konieczne. Krytycy zwracają uwagę, że prace realizowane pod presją terminów są znacznie droższe, a ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Dziennik „La Repubblica”, analizując przygotowania do igrzysk, ostrzega przed „ryzykiem spirali kosztów” i powtórzeniem błędów poprzednich olimpiad, gdzie część obiektów po zakończeniu zawodów straciła funkcję.

Minister infrastruktury i transportu Matteo Salvini w wywiadzie dla prasy podkreślał, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Szalony finał Senegalu

Czy Afrykanie zostaną mistrzami świata?

Komuż z nas, miłośników futbolu, nie zdarzyło się w czasach podwórkowych grać w meczach najwyższej rangi, derbach międzyosiedlowych, na Górnym Śląsku określanych jako pojedynek „nasz platz na wasz platz”? Presja zwycięstwa była wtedy większa niż na co dzień, a z braku arbitrów częstokroć dochodziło do sytuacji spornych, w których koronnym okazywał się argument siły – mocniejsi w muskułach ogłaszali wtedy werdykt, a mocniejsi w gębie mówili: „No to my już nie gramy”. Zaprawdę, pamiętam, że wiele takich gier kończyło się przed czasem z powodu zejścia z boiska drużyny pokrzywdzonej, która musiała się zadowolić moralnym zwycięstwem.

W życiu bym nie podejrzewał, że do takiej sytuacji może dojść w finale mistrzostw kontynentalnych, rozgrywanym przez dwie futbolowe potęgi (Maroko – wciąż czwartą drużynę świata i Senegal – regularnego uczestnika mundiali, który sprał naszą reprezentację przed ośmioma laty).

Tegoroczny finał Pucharu Narodów Afryki przejdzie do historii piłkarskich kuriozów także jako mecz o niewyobrażalnej, szekspirowskiej wręcz dramaturgii. Owóż, to wyrównane spotkanie przebiegało bez ekscesów aż do czasu doliczonego, gdy ku rozpaczy gospodarzy Senegalczycy zdobyli gola. Zdobyli go prawidłowo, ale sędzia dopatrzył się przewinienia i bramki nie uznał. Gdyby taką bramkę zdobyło Maroko, kongijski arbiter bez wątpienia nie odważyłby się jej anulować. Chwilę później dopatrzył się faulu w polu karnym Senegalu i podyktował baaaaardzo „miękki” rzut karny dla gospodarzy. Tego było już za wiele, na trybunach rozpoczęły się zamieszki, a piłkarze Senegalu zeszli z boiska na znak protestu i nie zamierzali dokończyć gry.

Skończyłoby się to wszystko walkowerem i potężnym skandalem, gdyby nie Sadio Mané, dla którego to było pożegnanie z mistrzostwami Afryki – przez prawie kwadrans sam jeden nakłaniał kolegów, żeby zachowali się jak mężczyźni i wrócili na murawę, mimo że sędzia zapowiedział, iż strzał z 11 m będzie ostatnim zagraniem meczu.

W końcu Mané dopiął swego, jego kompani smętnie weszli na murawę, by patrzeć, jak przed bramkarzem Senegalu staje król strzelców całego turnieju Brahim Diaz, który miał tylko przypieczętować triumf swojej drużyny. Tyle że Diaz wykonał jedenastkę najgorzej w historii, po prostu lekko podając piłkę do rąk Édouarda Mendy’ego. Pozostanie tajemnicą, czy Marokańczyk nie uniósł presji (znamy takie przypadki, nawet z finału mundialu, gdy w 1994 r. decydującą jedenastkę fatalnie przestrzelił Roberto Baggio), czy wyczuł szwindel i po prostu nie chciał wygrać nieuczciwie. Sensacyjnie zatem Senegal wrócił do gry i wykorzystał przewagę psychologiczną w dogrywce – zwycięską bramkę kropnął Pape Gueye, na co dzień pomocnik Villarreal. Senegal zwyciężył więc po raz drugi w historii w niesamowitych okolicznościach.

Absolutnymi rekordzistami kontynentu są Egipcjanie, siedmiokrotni triumfatorzy, którzy tym razem odpadli w półfinale właśnie z Senegalem po bramce Sadio Mané – wrócili do domu bez medalu, ograni w meczu o III miejsce w karnych przez Nigerię.

Brązowi medaliści to wielki przegrany eliminacji mundialu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.