Tag "sport"
Kluby dały radę
Teraz czas na reprezentację!
Cztery mecze jednocześnie. I owszem, dałem radę – jeden na telewizorze, drugi na laptopie, trzeci na iPadzie, czwarty w komórce, wprawdzie był oczopląs i jedna bramka mi umknęła, na szczęście ją sobie zobaczyłem w powtórce. Ale żebym jeszcze w tym samym czasie miał patrzeć, jak Polska ogrywa Słowenię na mistrzostwach Europy koszykarzy – Państwo wybaczą – to ponad moje siły. Rzeczywiście sensacja, jednak chyba nie aż tak olbrzymia, jak chcieliby dziennikarze, bośmy przecie na poprzednim EuroBaskecie też Słowenię łyknęli, i to w ćwierćfinale. Najwyraźniej Luka Dončić w pojedynkę meczu wygrać nie potrafi, dzięki czemu koszykarska reprezentacja Słowenii upodabnia się do piłkarskiej reprezentacji Polski – mamy jednego z najlepszych napastników na świecie, ba, może nawet w historii świata, ale niewiele z tego wynika, skoro reszta do niego poziomem nie dociąga.
A zatem odnotować wygraną Polski na inaugurację turnieju mistrzowskiego warto, ale historia wydarzyła się minionego czwartku gdzie indziej, w innej dyscyplinie, najważniejszej i najpopularniejszej na planecie Ziemia. Polskie kluby w komplecie zameldowały się w fazie ligowej europejskiego pucharu. W dodatku udało się to jeszcze wyłącznie sześciu najsilniejszym piłkarsko ligom na kontynencie, przy czym ci najmocniejsi, a zarazem najzamożniejsi, większość swoich klubów mają w tych rozgrywkach z automatu, bez kwalifikacji.
O tym, że Liga Konferencji, której będziemy poświęcać czwartkowe wieczory, począwszy od października, jest kontynentalną trzecią klasą rozgrywkową, w której zobaczymy w tym roku choćby mistrza Malty, więc prestiż tego turnieju jest cokolwiek umiarkowany, pisałem przed tygodniem.
Z drugiej strony nie sposób, a nawet nie wolno nie docenić sukcesu naszych ekip, szczególnie że łatwo wcale nie było, a wśród ogranych rywali nie wszyscy prezentowali futbol ułomny. Taki Hibernian z Edynburga, trzecia siła ligi szkockiej, już witał się z gąską na Łazienkowskiej i gdyby nie fura szczęścia warszawian, ku wielkiej konfuzji 30-tysięcznej widowni wyrzuciłby Legię z pucharów.
Wojskowi byli o kilka chwil od katastrofy sportowej i budżetowej – bo w stołecznym klubie budżet ledwo się spina z powodu ryzykownego wkalkulowania premii za awans od UEFA. Pewni swego po pierwszej połowie Legioniści po przerwie stracili zasłużenie trzy gole w ciągu 10 minut, ale potem nie stracili kolejnych (m.in. fantastycznie bezczelne uderzenie Szkota z 40 m w poprzeczkę!) – na szczęście nie stracił głowy trener Iordănescu i skorygował skład na wariant ultraofensywny. Dzięki temu w doliczonym czasie Legia zerwała się ze stryczka (gol Juergena Elitima), a w dogrywce wreszcie spłacił się Mileta Rajović – załatwił awans za 3 mln euro premii, czyli dokładnie tyle, ile wyłożyło za niego szefostwo klubu z Łazienkowskiej. Mieliśmy zatem emocje i thriller z happy endem, ale cierpliwość byłego selekcjonera kadry Rumunii się kończy.
Kiedy przyjmował robotę, obiecywano mu w Warszawie, że drużyny się nie osłabi, lecz wzmocni, tymczasem za chwilę odejdzie do Romy Jan Ziółkowski, kolejny podstawowy gracz (oprócz Marca Guala, po którym raczej nikt w Warszawie płakał nie będzie, odeszli już Maxi Oyedele, Luquinhas i tuż przed rewanżem z Hibernianem Ryōya Morishita). Przebąkuje się o przyjściu Kamila Piątkowskiego i paru innych kozaków przed zamknięciem okienka transferowego, ale pozbywanie się ze składu młodych, zdolnych, przyszłych lub obecnych reprezentantów kraju jest smutne. Zwłaszcza że Oyedele już się w Strasbourgu na dobre rozsiadł na ławce, a i Ziółkowski w Romie z marszu do pierwszego składu pewnie nie trafi.
Tak czy owak, Legia weszła i losowana z pierwszego koszyka będzie miała teoretycznie największe spośród naszych ekip szanse przejść do wiosennego etapu rozgrywek. Pozostałe nasze ekipy nie zawiodły, choć do pełni szczęścia zabrakło mobilizacji Jagiellonii w Tiranie, bo rywal wylosował się najsłabszy i należało go pokonać dwukrotnie, tymczasem Jaga
Pół kroku do historii
Spełniamy marzenia. Na miarę naszych możliwości
Cztery drużyny w fazie ligowej europejskich pucharów? Jesteśmy o krok od spełnienia marzeń na miarę naszych możliwości. To byłaby bezprecedensowa sytuacja, a tryb przypuszczalny włączyłem wyłącznie, aby nie zapeszyć, bo trudno sobie wyobrazić, by którakolwiek z naszych trzech wciąż walczących o awans ekip zmarnowała zaliczkę z pierwszych spotkań. Lech może nawet oddać walkowerem mecz z Genkiem, bo Ligę Konferencji zapewnił sobie już miesiąc temu w pierwszym meczu z islandzkim Breiðablikiem – skądinąd walkower byłby rozwiązaniem niegłupim, biorąc pod uwagę różnicę klas i rozmiary porażki z Belgami, a także fakt, że w Poznaniu jest teraz lazaret, a nie szatnia. Nieprawdopodobny pech sprawił, że do listy kontuzjowanych dołączyli jeszcze dwaj kluczowi obrońcy: Joel Pereira przed meczem i Antonio Milić – w pierwszej połowie spotkania.
W efekcie należałoby uznać, że przeciw Racingowi Genk, solidnej drużynie reprezentującej europejską „wyższą półkę średnią”, zagrały poznańskie rezerwy wzmocnione kilkoma graczami pierwszego składu.
Lech II gra na czwartym polskim poziomie rozgrywkowym, pokiereszowany Kolejorz z minionego czwartku prezentował się gdzieś na poziomie dołów naszej pierwszej ligi, cudów być nie mogło. Sklecona naprędce defensywa, w której nikt właściwie nie grał na swojej pozycji, była nie tylko dziurawa, ale wręcz autodestrukcyjna – biedny Michał Gurgul wprowadzony po przerwie już w pierwszym kontakcie z piłką strzelił samobója. W dodatku ci, których na razie omija plaga urazów, są w kryzysie formy. Mateusz Skrzypczak po powrocie z Jagiellonii, w której sięgnął poziomu reprezentacyjnego, jest cieniem samego siebie – nie nadąża, nie ogarnia, zawala. Obronie Lecha nie pomogło nawet cofnięcie napastnika przy trzecim golu. Mikael Ishak raczej udawał, że kryje rywala.
Ale gdyby Lechici zagrali w optymalnym składzie, na Genk i tak pewnie byłoby za mało, bo rywale są ekipą dojrzalszą i piłkarsko silniejszą, nie ma jednak co się przesadnie znęcać nad tym nieszczęsnym, choć polubownym 1:5. Powinno być wyżej, bo Belgowie mieli karny, który popisowo spartaczył ich koreański napastnik Oh (och, sfuszerował malowniczo także dobitkę, trafiając, zamiast do odsłoniętych 90% bramki, akurat w leżącego przy słupku Mrozka).
I tu powstaje pewien zgrzyt poznawczy – być może nasza euforia związana ze wspinaczką rankingową klubów jest tyleż uzasadniona, co i pocieszna zarazem. Być może to wcale nie zasługa progresu naszej piłki klubowej, która jest dokładnie tak samo daleko od europejskich szczytów, jak była w ostatnich dekadach, ale efekt sprzyjającego nam wynalazku litościwej UEFA, która rzuca ochłapy finansowe uczestnikom Ligi Konferencji, czyli Pucharu Łamag, inkluzywnych rozgrywek dla nacji piłkarsko przeklętych; salonikowi odrzuconych, klubom specjalnej troski, które w klasach integracyjnych zanadto odstawały. No bo jeśli na pewno zobaczymy jesienią wśród potencjalnych rywali Polaków albo islandzki Breiðablik, dopiero co zdemolowany przez słabiutkiego Lecha, albo sanmaryński AC Virtus (Mamma mia! Nawet nie wiedziałem, że San Marino ma ligę piłkarską) – nie wygląda to poważnie.
Wśród innych par kwalifikacyjnych mamy takie perełki jak dwumecz maltańsko-łotewski (Maltańczycy wygrali pierwszy mecz!) albo luksembursko-kosowski. Będzie zatem okazja upajania się kolejnymi zwycięstwami i awansami naszych drużyn jesienią, ale ze świadomością, że żerujemy na okruchach z pańskiego
Jak zaplanować aktywny weekend na Costa Blanca? Pomysły dla miłośników sportu i przyrody.
Artykuł sponsorowany Costa Blanca to znacznie więcej niż tylko złote plaże i tętniące życiem kurorty, to prawdziwy skarb dla poszukiwaczy przygód. Dzięki swojemu wyjątkowemu mikroklimatowi, region ten oferuje idealne warunki do aktywności na świeżym powietrzu przez cały
Z Belgradu do Limburgii
Poobijany Lech wciąż w grze
Znowu się nie udało. Ale też udać się nie miało prawa. W 33-letniej historii Champions League polskie kluby wystąpiły ledwie trzy razy, przy czym po 1996 r. tylko Legii udało się przejść przez letnie kwalifikacje. Lech osłabiony serią kontuzji podstawowych graczy i strajkiem największej gwiazdy ubiegłego sezonu (Afonso Sousa uparł się na transfer) był w stanie dorównać Crvenej zvezdzie Belgrad mniej więcej przez 20 minut pierwszego spotkania. Fenomenalny wolej Mikaela Ishaka i bomba Alego Gholizadeha w poprzeczkę pozwoliły nam przed drugą połową meczu w Poznaniu snuć marzenia o sukcesie, ale po przerwie Serbowie się ogarnęli. Za sprawą świetnej formy Rade Krunicia i kryminalnego błędu naszego obrońcy Crvena pyknęła dwa gole i właściwie załatwiła sobie awans.
Gdybyż jeszcze rywale musieli na każdego gola sami zapracować… Tym razem Joel Pereira, prawy obrońca Lecha, beznadziejnie stracił piłkę na wysokości pola karnego i jeszcze raz przekonaliśmy się, że takie „wielbłądy” w Ekstraklasie mogą pozostać bez konsekwencji, ale na poziomie Ligi Mistrzów przeciwnicy ich nie wybaczają. W rewanżu Serbowie, grając na pół gwizdka, a nawet przez pół godziny w dziesiątkę, obronili dwubramkową przewagę z Poznania.
I właśnie tych trzydzieści kilka minut gry Lecha w przewadze personalnej było dla nas najbardziej upokarzające – czerwona kartka zupełnie nie osłabiła naszych rywali, Lech nie tyle walił głową w mur, ile bez szczególnego impetu stukał czołem, tak żeby się nie zranić, a gazpromowcy z Marakany wyprowadzali groźne kontry. Bliżej było kolejnego gola dla Crvenej niż dla Lecha, choć w ostatnich chwilach udało się szczęśliwie wyrównać dzięki przytomności Ishaka i odrobinie szczęścia (rykoszet).
I to może być sposób na upragnioną kwalifikację w przyszłości – ciułanie punkcików do rankingu UEFA. Prędzej do Ligi Mistrzów wejdziemy w końcu przez ranking, niż pokonując kogoś silnego latem – do upragnionego 10. miejsca, gwarantującego grę mistrza kraju w Champions League, brakuje nam pięciu punktów. Obecnie to miejsce zajmują Czesi, dzięki czemu praskie Slavia i Sparta oraz Victoria z Pilzna mogły w ostatnich latach zbierać doświadczenia w meczach z najlepszymi ekipami Europy, a przede wszystkim regularnie przytulać fortunę za udział w najbardziej elitarnych rozgrywkach.
Systematyczne zasilanie klubowych budżetów olbrzymimi premiami UEFA ostatecznie przebiłoby sufit – nasze kluby odważniej i hojniej wydawałyby pieniądze na transfery, bo też nie byłoby ryzyka, że bez awansu do finansowego raju Ligi Mistrzów zostaną z lukratywnie zakontraktowanymi gwiazdami „jak Himilsbach z angielskim”. Są jednak sceptycy, którzy twierdzą, że nie ma takiej kasy, której Polak nie potrafiłby przep… bez sensu, i przywołują tutaj kazus Legii, która po występach w Champions League przed niemal dekadą miała finansowo
Czerwony gwiazdozbiór
Polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa
Nasze kluby wygrały w minionym tygodniu wszystkie mecze i awansowały w komplecie do kolejnych rund eliminacji pucharowych. Dla kibiców znękanych wieloletnią smutą pucharową tak szalone wieczory jak ten, w miniony czwartek, kiedy jedynie zaawansowani adehadowcy mieli szanse na satysfakcję, śledząc jednocześnie trzy mecze polskich drużyn, zachodzące na siebie czasowo, to coś wyjątkowego. W każdym z nich nasi strzelali, trafiali i zwyciężali – można od tego postradać zmysły, choć nie można się przejeść. Czuję się trochę jak w lipcu 1986 r., kiedy wraz z rodziną po raz pierwszy przekroczyliśmy żelazną kurtynę przy okazji odwiedzin u znajomych ojca w Wiedniu. Pierwszy z brzegu supermarket i nagle feeria zapachów, kolorów, zarazem oszałamiająca i upokarzająca, bo sobie człowiek w kilka sekund uświadomił, jak żyją ludzie w normalnym świecie.
Otóż polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa, dlatego ekscytujemy się każdym meczem, w którym nasi nie tylko unikają wpadek, ale pokonują rywali z polotem i finezją. Jest pięknie, coraz piękniej, choć przynajmniej dla Lecha zaczynają się teraz schody. Wiadomo, że w drodze do Champions League trafi się co najmniej na jednego giganta – w XXI w. tylko raz polski klub z racji rozstawienia we wszystkich rundach nie musiał zagrać z drużyną wyżej notowaną i skrzętnie to wykorzystał. W 2016 r., choć Legia pod wodzą Besnika Hasiego zaczęła sezon fatalnie, grała brzydko i nieskutecznie, potrafiła awansować do Ligi Mistrzów dzięki szczęśliwej drabince – trafiła na rywali z Bośni, Słowacji i Irlandii. Bywały za to „wtopy” we wczesnych fazach pomimo rozstawienia – w 2009 r. Wisła już w pierwszej rundzie odpadła z Levadią Tallin, Legia w drugiej fazie w 2018 r. ze Spartakiem Trnawą. Lech załatwił sprawę już w pierwszym spotkaniu, w rewanżu na Islandii mecz odbył się bez historii, gospodarze byli zdumiewająco nieporadni, zwłaszcza w ofensywie. Lechici robili masę kardynalnych błędów, z których rywale nie potrafili skorzystać, za to poznaniacy wykorzystali jeden z prezentów – gola zdobyli pressingiem, wystarczyło odrobinę nacisnąć i wikingowie się pogubili. Mikael Ishak, najlepszy w historii Lecha pucharowy snajper miał okazję poprawić swoje statystyki.
Ale z taką grą Lech nie ma żadnych szans przeciw kolejnemu rywalowi – w środę na stadionie w Poznaniu Kolejorz zmierzy się z Crveną zvezdą Belgrad. Przy okazji: nie rozumiem, dlaczego gros dziennikarzy uparcie się błaźni, błędnie odmieniając pierwszy człon nazwy, która oznacza oczywiście czerwoną gwiazdę. Słyszymy więc o Crvenie, czasem nawet o… Krwenie, zamiast o Crvenej – toż nie trzeba być poliglotą, żeby się tutaj odnaleźć, wystarczy odrobina słuchu.
Ekipa ze stolicy Serbii to najsłynniejszy i najbardziej utytułowany klub z Bałkanów – zdobywca najcenniejszych trofeów klubowych na świecie (Puchar Mistrzów i Puchar Interkontynentalny w 1991 r.), a także finalista Pucharu UEFA w 1979 r. U schyłku lat 70. Zeszłego wieku jugosłowiański jeszcze wtedy klub nie miał łatwej ścieżki do finału, zwłaszcza że już w pierwszym meczu dostał solidnie lanie od enerdowskiego Dynama Berlin – 2:5. W rewanżu udało się odrobić straty, ale na dalszej drodze stawały kluby angielskie i hiszpański – dopiero w finałowym dwumeczu silniejsza okazała się Borussia Mönchengladbach z niesamowitym Duńczykiem Alanem Simonsenem. Prym wtedy wiedli w Crvenej Dušan Savić, Miloš Šestić i Vladimir Petrović, który po latach jako asystent trenera powiódł swój klub do zwycięstwa w Pucharze Mistrzów. Tuż przed rozpadem Jugosławii i wybuchem wojny domowej, wiosną 1991 r., drużyna złożona z reprezentantów wszystkich republik odniosła największy sukces w historii bałkańskiej piłki. Obok Serbów
Powrót do Europy
Nigdy dotąd nasza pozycja w rankingu ligowym UEFA nie była tak wysoka
Ekstraklasa rośnie w siłę. W ciągu pierwszych trzech tygodni okienka transferowego nasze kluby wydały na transfery więcej niż w całym ubiegłym – rekordowym pod tym względem – sezonie. Zbroją się wszyscy, nie tylko czołówka, także ligowi średniacy ściągają piłkarzy z coraz poważniejszym CV, a nawet trenerów z ligowego TOP 5 (Luka Elsner przejął Cracovię po trzech sezonach spędzonych w Le Havre i Stade Reims).
Kibole Legii wiedzeni dziecinną zazdrością i odwiecznym przerostem ambicji urządzili wręcz bojkot swojej drużyny – „Żyleta” opustoszała na znak protestu przeciw zbyt skromnym zakupom w stosunku do rywali.
W pierwszej kolejce ligowi potentaci zostali okrutnie potraktowani przez przeciwników – Jagiellonię sprał na kwaśne jabłko beniaminek ze wsi Nieciecza (0:4), Lecha boleśnie obiła Cracovia (1:4), a Pogoń została znokautowana przez Radomiaka (5:1). Nie widzę w tym przypadku, lecz zapowiedź najbardziej wyrównanego sezonu od niepamiętnych czasów. Legiocentryczna teoria o tym, że aby mieć silną ekipę w Europie, jeden klub musi być w kraju bezkonkurencyjny, zupełnie się nie sprawdza – nigdy dotąd nasza pozycja w rankingu ligowym UEFA nie była tak wysoka. Sukcesy Legii i Jagiellonii (ćwierćfinały Ligi Konferencji w zeszłym sezonie) sprawiły, że polskie kluby przestały o europejskich pucharach „myśleć Probierzem”. Szczęśliwie były już selekcjoner naszej kadry narodowej twierdzi, że awans do pucharów to pocałunek śmierci, bo to skraca wakacje, demoluje plan przygotowań przed sezonem, kluby zaliczają letni falstart i nic z tego nie mają poza spadkiem morale. A jeśli jakimś cudem przebrną dalej, to zaliczają katastrofalny sezon, bo Polaków nie stać kadrowo na grę równocześnie w lidze i w Europie. Zatem, wedle złotej polskiej myśli szkoleniowej spod znaku młócki i paździerza, olewamy puchary i „skupiamy się na lidze”. Nie ma co się pchać na salony, w ekstraklasie człowiek się nie namęczy, a przynajmniej dobrze zarobi.
Teraz, gdy UEFA uszyła Ligę Konferencji na naszą miarę, nagle okazuje się, że można wojować w Europie skutecznie, a i zarobić znacznie lepiej niż na rodzimych murawach. Oto więc nasze zespoły wykazują zaangażowanie wystarczające do uniknięcia wstydliwych potknięć, a i z lepszymi od siebie radzą sobie niezgorzej. Choć trzeba uczciwie przyznać, że klątwa Probierza dotknęła w ubiegłym sezonie połowę naszej klubowej reprezentacji – Śląsk Wrocław nic w Europie nie zwojował, a i tak nie wygrzebał się z falstartu i spadł z ekstraklasy, Wisła Kraków zaś dzielnie dotrwała do czwartej rundy eliminacji, punktów rankingowych nam nazbierała, ale do ekstraklasy trzeci sezon z rzędu nie udało jej się wrócić.
Należy zatem dodać zastrzeżenie: puchary są dobre dla najbogatszych – i w tym sezonie szczęśliwie reprezentują nas czołowi ligowcy z budżetami na europejskim poziomie. W efekcie na sześć rozegranych dotąd spotkań Polacy odnieśli pięć zwycięstw i jeden remis przy więcej niż przyzwoitym stosunku bramek 16-3. Tym samym wspięliśmy się już na 13. miejsce w rankingu UEFA, co – gdyby je utrzymać – sprawi, że za dwa lata mistrz Polski rozpocznie eliminacje do Champions League w ostatniej rundzie, a w razie niepowodzenia będzie miał zagwarantowany start w Lidze Europy.
Na razie jest po staremu, czyli nasz majster musi się przedzierać przez rywali już od rundy drugiej, ale przejście choć jednego z przeciwników gwarantuje w najgorszym razie jesień w Lidze Konferencji.
Przed meczem Lecha Poznań z mistrzem Islandii nie byliśmy wolni od niepokojów, chociażby za sprawą żywego wciąż w pamięci kibiców Kolejorza niesławnego dwumeczu w 2014 r. z islandzkim Stjarnanem, kiedy Lechici w eliminacjach Ligi Europy przegrali na wyspie wulkanów, a w rewanżu nie byli
Smaganie na trawie
Mamy do czynienia z jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii polskiego sportu
Iga Świątek odesłała Amandę Anisimovą z Wimbledonu „rowerkiem” i bezwzględnie mamy do czynienia z jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii polskiego sportu. Wygrana finału bez straty gema przytrafiła się na londyńskim turnieju pierwszy raz od 114 lat, a w finale imprezy wielkoszlemowej po raz pierwszy od 1988 r., kiedy Steffi Graff zmiażdżyła rywalkę z Białoruskiej SRR, 17-letnią Natallę Zwierawą.
To była rzeź, egzekucja, znośna tylko dla kibiców z Polski, bo widownia kortów oczekuje raczej wyczerpujących, wielogodzinnych starć tytanów niż jednostronnego łomotu. Iga wymierzyła Anisimovej ciężkie baty, wysmagała ją nader boleśnie. Świątek była dopiero trzecią Polką w wimbledońskim finale, po Jadwidze Jędrzejowskiej (w 1937 r. Polka przegrała po wyrównanym boju w trzech setach z reprezentantką gospodarzy Dorothy Round Little) i Agnieszce Radwańskiej (w 2012 r. wystarczyło jej sił na wygranie z Sereną Williams jednego seta, mecz wyglądał jak walka wiewiórki z rottweilerem). Bezwzględna dominacja Świątek była tyleż efektem psychicznej blokady, by nie rzec: paraliżu Amerykanki, co bezlitosnej postawy i skupionej gry naszej zawodniczki.
Anisimova, która w półfinale odprawiła z kwitkiem pierwszą rakietę świata, przeciw Idze wyszła na kort szalenie spięta, jakby przeczuwała, że przy rozjuszonej polskiej „maszynie do wygrywania” może się zbłaźnić, tak że jej triumf nad Sabalenką rychło odejdzie w niepamięć. Popełniała szkolne błędy, nawet mając wystawkę, nie trafiała w pusty kort. Ale też Idze w tym dniu wychodziło wszystko, odbierała piłki nie do odebrania, wygrywała nawet szalone wolejowe wymiany przy siatce i pogłębiała tym samym niemoc przeciwniczki. Iga nie miała chwili słabości ani współczucia dla rywalki, jedyne co mogła zrobić, to nie przedłużać jej męczarni – zmieściła cały mecz poniżej godziny, wygrała do zera.
„Rowerek” lub, jak kto woli, „bajgiel” to znak firmowy Świątek, kiedy jest w mistrzowskiej formie – pojedyncze sety do zera – wygrywała już w ten sposób z czołowymi rakietami świata: Naomi Ōsaką, Wiktorią Azarenką, Madison Keys. Polka wygrała w turniejach rangi WTA 1000 bez straty gema już 34 sety! Nie można było namiętniej zaprzeczyć rozpowszechnionej tezie o tym, że Iga na trawie radzi sobie gorzej – nigdy nie była tak dynamiczna, z każdą rundą rosła w siłę, od poziomu ćwierćfinału wręcz zmiatała rywalki z kortu – piłka jest na trawie szybsza, więc wzmacniało to wrażenie niezwykłej dynamiki gry Polki.
Rozkręcała się powoli, oddawała sporo gemów w pierwszych fazach turnieju, w drugiej rundzie straciła nawet jedynego seta – przełomowy był chyba mecz z amerykańską prowokatorką, która napsuła Idze krwi przed rokiem na igrzyskach olimpijskich, kiedy złośliwie trafiła Polkę piłką podczas meczu, a po skreczowaniu w ćwierćfinale zaczepnie nazwała ją fałszywą. W maju na rzymskich kortach odprawiła Igę już w drugiej rundzie, na trawie zdawała się nawet faworytką, ale najsłynniejsza raszynianka wszech czasów „wyjaśniła” ją, oddając tylko pięć gemów.
Malkontenci zawodzą, że drabinka ułożyła się szczęśliwie. Co za bzdura! Wszak Świątek grała z pogromczyniami topowych tenisistek – gdyby faworytki wygrywały swoje mecze, musiałaby się mierzyć z Sabalenką (finał), Andriejewą (półfinał), czy Rybakiną (1/8) i nikt nie marudziłby, że trafiała na „fuksiary”. Nikt nie kazał faworytkom się wykładać na teoretycznie łatwych przeszkodach. Świątek taranowała kolejne rywalki, nie lekceważąc ich ani na moment – w efekcie straciła zaledwie dwa gemy w półfinale i finale, a takiego wyczynu nie dokonała dotąd żadna zawodniczka w całej historii wielkoszlemowej.
Świątek przeszła jak huragan przez tegoroczny Wimbledon, szokując nie tylko na korcie, ale także w dziedzinie kulinarnej swojską modyfikacją tradycyjnych turniejowych truskawek ze śmietaną – oznajmiła światu, że truskawki zjada z makaronem, co dla Brytyjczyków brzmi jak pizza z ananasem dla Włochów. Oto nowy polski zestaw mistrzowski, jak niegdyś Małyszowa bułka z bananem. Zaiste, takiego dominatora w indywidualnym sporcie nie mieliśmy bodaj od czasów małyszomanii, tyle że sukces tenisowy jest nie do zawłaszczenia przez masy
Polska nie chce fiołków
Polki zrobiły antyreklamę żeńskiej piłce nożnej – po raz pierwszy zobaczyłem w całości mecz naszej drużyny narodowej i na następne pół wieku jestem wyleczony. Wystarczą mi męki z kadrą męską, która w toporności i nieudacznictwie wydaje się niedościgniona – dziewczęta grają tak samo źle, tylko biegają trzy razy wolniej i strzelają (nadzwyczaj rzadko) dwa razy słabiej. To już za dużo nawet na moją masochistyczną skłonność do oglądania wszelkich zmagań futbolowych biało-czerwonych.
Po meczu z Niemkami w narodzie były niejakie nadzieje, ponieważ nasze piłkarki utrzymały remis do przerwy, a i w drugiej odsłonie pokazały niejaką waleczność, bo powiedzieć, że dotrzymywały kroku Niemkom, byłoby jednak przesadą. Nieliczne głosy rozsądku podszytego niepokojem ostrzegały, że nasza kadra straciła tyle sił, że przeciw równie mocnej Szwecji wyjdzie na miękkich nogach – tak też się stało, nasze zawodniczki nie miały absolutnie żadnych argumentów przeciw Skandynawkom – to była różnica klas. Jeśli więc ktoś sobie roił, że wczesnoletni kryzys reprezentacyjny we wszystkich kategoriach wiekowych zostanie zażegnany udanym występem Polek, musiał przeżyć ponure déjà vu: znowu mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor i wypad z imprezy. Zmobilizowałem wielu znajomych do tego, by nie ignorowali mistrzostw Europy tylko dlatego, że grają kobiety, ale już po kwadransie zaczęli mi wysyłać SMS-y z pretensjami. „Kuczok, ja rozumiem inkluzywność i równouprawnienie, ale już wolę amp futbol albo piłkę niewidomych” – byłem wobec tych kąśliwości bezradny jak nasze obrończynie wobec skocznych, wysokopiennych blondyn z Północy.
Trudno, pozostaje poczekać, aż dogonimy na murawach resztę świata, a na razie pocieszać się możemy sukcesami jednej Polki, która na trawie radzi sobie w tym roku fenomenalnie, jak nigdy wcześniej. Iga Świątek zaszła na kortach Wimbledonu dalej niż kiedykolwiek w karierze, co imponuje tym bardziej, że tegoroczny turniej był prawdziwą rzezią faworytek – w ćwierćfinałach oprócz Świątek i Aryny Sabalenki zameldowała się tylko jedna zawodniczka z czołowej dziesiątki WTA. Być może to efekt zluzowania presji ciągłego utrzymywania się na szczycie rankingów, a może skuteczność nowego trenera, Wima Fissette’a, najpewniej jedno i drugie, wszelako od maja Iga zalicza sukcesy w kolejnych
Piłka to drogi biznes
Kiedy piszę te słowa, rozważania Cezarego Kuleszy wciąż jeszcze nie zostały spisane, ale dzieli mnie sześć dni od ukazania się numeru „Przeglądu”, a to wystarczająco dużo czasu, by prezes PZPN ostatecznie zdążył rozpatrzyć wszystkie kandydatury na stanowisko nowego selekcjonera reprezentacji Polski. Państwo zatem być może już wiecie, czy prezes wybrał opcję tanią i bezpieczną, czy ekskluzywną i ryzykowną, a może wciąż się waha, wierząc, że nie tylko Nike jest najpiękniejsza w tym momencie.
Wśród zgłoszeń, które same spłynęły do związku, co najmniej dwie kandydatury były poważne, jedna zaś wysoce intrygująca. Wiadomo, że dwóch ostatnich trenerów z zagranicy odbiło się od naszej kadry narodowej, jeden coś tam próbował zwojować w walce o styl, ale szybko się znudził i zwiał, drugi nawet nie udawał, że nad czymkolwiek pracuje, i wyleciał z hukiem po kompromitującym półroczu. Mimo wszystko to spoza Polski są do wzięcia trenerzy z CV, o którym naszym szkoleniowcom nawet się nie śniło.
Najbardziej zaskakująca jest oferta Garetha Southgate’a – faceta, który przez osiem lat prowadził reprezentację ojczyzny futbolu i zdobył z nią w tym czasie dwa srebra na mistrzostwach Europy. Gość był szefem reprezentacji Anglii w ponad 100 meczach i nie działo się to przed potopem, tylko nieomal przedwczoraj – pożegnał się z kadrą przed rokiem po porażce w finale Euro, jest więc, by tak rzec, wciąż rozgrzany i wie, o co chodzi we współczesnej piłce. Taki trener nigdy dotąd nie chciał podjąć wyzwania, jakim bez wątpienia jest prowadzenie reprezentacji Polski – kraju, któremu Bóg skąpo rozdaje piłkarskie talenty, co nie przeszkadza całemu narodowi nieustannie domagać się sukcesów i zwycięstw „jak za dawnych lat”.
Mówi się, że PZPN na Southgate’a nie stać – cóż, piłka to drogi biznes. Ja bym Anglika brał za każdą cenę, koniec dyskusji, dość coachów z wyprzedaży, albo chcemy być piłkarską potęgą, albo frustrować się przez resztę życia, że nas obijają kelnerzy. Są dziesiątki opcji, żeby przyoszczędzić – weźmie się kogoś na podobieństwo Jana Urbana, czyli trenera, który może i z zawodnikami świetnie się dogada, pożaru żadnego nie wznieci, ale i nie wstrząśnie kadrą tak, by się wzniosła ponad przeciętność. Może więc lepiej zacisnąć pasa, oszczędzić na bankietach, wtranżalać zupki chińskie zamiast bouillabaisse w michelinowskich restauracjach, aby móc ściągnąć szkoleniowca ze światowego topu.
Dzięki Southgate’owi w szczególny sposób wyleczylibyśmy się z największego kompleksu polskiej piłki reprezentacyjnej – nikt nas nie leje tak często jak Anglicy, mszczą się na nas za Wembley już 50 lat! Chłop był krytykowany w Anglii za zbyt zachowawczą
Rzeź winiątek
Finał Ligi Mistrzów to była rzeź. Winiątek, bo trudno kadrze Interu, niejako tradycyjnie jednej z najstarszych w rozgrywkach, przypisywać jakieś znamiona niewinności. Starzy wyjadacze pod wodzą zasłużonego trenera zostali sponiewierani w Monachium jak nikt nigdy dotąd w prawie 70-letniej historii finałów Pucharu Europy. Pięciobramkowa przewaga ekipy ze stolicy Francji z przebiegu gry i tak wydaje się wynikiem polubownym. Trofeum po raz pierwszy powędrowało do Paryża po meczu, w którym Nerazzurri byli obijani jak worek treningowy i skrajnie bezradni wobec szalonej ofensywnej swobody PSG. Różnica klas była druzgocąca, nagła zapaść Interu dojmująca – należy przypomnieć, że podopieczni Simone Inzaghiego przez całą jesień w Champions League stracili zaledwie jedną (!) bramkę, a w poważne defensywne tarapaty wpadli dopiero w niezapomnianym, epickim dwumeczu z Barceloną. Być może zresztą po takich dwóch spektaklach ekipa z Mediolanu poczuła, że futbolowy Święty Graal został odnaleziony, piłkarska Mona Lisa namalowana, sportowa Sagrada Família zbudowana – niczego piękniejszego ani bardziej dramatycznego niż półfinały przeciw FC Barcelonie już się nie da w piłce klubowej wymyślić, opus magnum drużyna miała za sobą, więc w monachijskim finale zabrakło motywacji.
Miał to być dla Interu sezon bajeczny, a skończył się nieciekawie, w dodatku lada moment może się okazać, że klub wpadnie w znacznie poważniejsze tarapaty. Simone Inzaghi żegna się z Mediolanem po czterech sezonach i choć na pierwszy rzut oka był to czas umajony triumfami, dla kibiców bardziej niż jedno scudetto liczy się fakt, że Inter dwukrotnie przegrał wyścig o trofeum z Neapolem. Podobnie w Lidze Mistrzów – inny klub za dwa finały w ciągu dwóch lat dałby się pokroić, ale w Mediolanie liczy się tyle, że były to dwie finałowe klęski, w tym jedna bezprzykładna, kompromitująca. Do tego zaczynają wypadać trupy z szafy: afera z „widmowym sponsoringiem”, nieprzejrzystym finansowaniem klubu. Nagle wypłynął raport, z którego wynika, że Inter byłby już właściwie bankrutem, gdyby nie szemrane dotacje – „zmowa finansowa, instytucjonalna i polityczna, która pozwoliła gigantowi włoskiej piłki łamać zasady bez ponoszenia konsekwencji”.
Groźba wykluczenia z pucharów to nic, szepcze się o tym, że Inter może zostać karnie relegowany o kilka lig niżej. Być może piłkarze już w Paryżu coś przeczuwali i wpadli w depresję, ale wynik 0:5 wziął się nie tylko z niemrawości Lombardczyków, lecz nade wszystko z apogeum młodzieńczej werwy drużyny paryskiej, przebudowanej wreszcie z galerii sytych kotów w team gwiazd dopiero wschodzących. Stanowczo zbyt długo trwało w PSG zachłystywanie się katarskimi petrodolarami i skupowanie najgłośniejszych nazwisk współczesnej piłki nożnej – przez wiele lat jedyną strategią transferową było hasło „kto bogatemu zabroni”. Nawet z Messim, Neymarem i Mbappé w składzie paryżanie nie byli zdolni ugrać niczego poza Francją, a kolejne mistrzostwa kraju kibice traktowali jako realizację planu minimum.
Kiedy przed sezonem odszedł do Realu Kylian Mbappé, nic nie zwiastowało, że drużyna może zajść daleko, ale gdy francuska ofensywa (Dembélé, Doué, Barcola, Zaïre-Emery) została w styczniu uzupełniona ściągniętym z Napoli „Kvaradoną”, fenomenalnym Gruzinem Chwiczą Kwaracchelią, PSG o






