Notes dyplomatyczny

Bomba, która nie wybuchła w rękach naszego konsula w Monachium, Wacława Oleksego, przypomniała ludziom w MSZ, po pierwsze, o nim samym, a po drugie, o sprawach bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o Oleksego, zaczęto o nim rozmawiać na zasadzie rebusa: jaką placówkę obejmie po Monachium? Jest w MSZ nieduża grupa urzędników, którzy przywiązują się do jakiegoś kraju i tylko zmieniają placówki. Oleksy zalicza w ten sposób wszystkie niemieckie konsulaty. Z kolei Kazimierz Wóycicki, były naczelny „Życia Warszawy”, przywiązał się do placówki w Lipsku… Podobnego typu rezydenci są też za wschodnią granicą. Czyżby tak marnie było u nas z kadrami?
Monachijska bomba znów postawiła na porządku dnia kwestię bezpieczeństwa naszych placówek. To zresztą w ogóle trochę śmieszna sprawa – bo nic w MSZ nie rozwija się tak szybko jak wszelkiego rodzaju zabezpieczenia i komórki tym zabezpieczeniem się zajmujące. MSZ z czasów stanu wojennego w porównaniu z MSZ dzisiejszym to zanarchizowany, przez nikogo niepilnowany urząd. W którym można było swobodnie hasać po piętrach i wchodzić, gdzie się chce. A dziś? Wszystko jest na karty magnetyczne, każdy ruch urzędnika zapisuje komputer.
W czasach PRL bezpieczeństwem placówek zajmował się Departament Łączności (czyli szyfranci), a raczej jeden z jego wydziałów – Wydział Ochrony Placówek. Miał kierownika i dwóch, trzech pracowników. Szkolili oni pracowników przed wyjazdem na placówkę, jeździli też sami, na takiej zasadzie, że wykrywali podsłuchy i wyciągali rozmaite pluskwy z żyrandoli, zza boazerii etc.
Dziś zajmuje się takimi sprawami specjalny departament – Biuro Bezpieczeństwa Dyplomatycznego.
To też jest charakterystyczne – do tej pory szefowie takich komórek byli zżyci z MSZ, sami wyjeżdżali na placówki, no i wiedzieli, że są pomocą dla pracowników merytorycznych. Teraz mieliśmy z kolei popis manii ważności – obecny szef biura, czy to z powodu MSZ-etowskich dysków, czy też z powodu terrorystycznej psychozy, nagle poczuł się prawie zastępcą ministra. I zaczął ćwiczyć dyrektorów departamentów merytorycznych.
Paru ludzi zatkało. Sprawa oparła się o dyrektora generalnego, Krzysztofa Jakubowskiego, który przypomniał panu od pilnowania, jaki jest zakres jego kompetencji. I jaka jest struktura ministerstwa, jaki podział zadań, po co ono istnieje. Ciekawe, czy skutecznie…
Bo co może człowiek urwany z choinki, obserwowaliśmy zupełnie niedawno, podczas relacji dotyczących porwanej w Iraku Polki. Oto nagle pojawił się na ekranach dżentelmen, który przedstawiał się jako były konsul w Bagdadzie, i snuł domysły, dla jakich to wywiadów ona nie pracowała. Ludzie w MSZ przecierali oczy – po pierwsze, w Bagdadzie nie mieliśmy konsulatu, więc skąd konsul, po drugie, nie mogli sobie przypomnieć człowieka. W każdym razie w gmachu jakoś go nikt nie pamięta.
A przecież gdyby pracował, musiałby wryć się w pamięć. Bo zawodnika, który opowiada takie rzeczy, zupełnie niekorespondujące z MSZ-etowską powściągliwością, nie sposób zapomnieć…

 

Wydanie: 46/2004

Kategorie: Felietony
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy