Cnota mówienia

Cnota mówienia

Zbyt wielu ludzi znałem. I teraz muszę się godzić z tym, że tak licznie odchodzą. A te kolejne nieobecności tworzą czarną dziurę z antymaterią. Czuję z tamtej strony ssanie, jakby wielki odkurzacz sprawdzał, czy potrafi mnie pochłonąć. I na razie jestem uparcie po tej stronie.
Dwa nekrologi jednego dnia: Stefan Starczewski, starszy kolega z opozycji, i Igor Mitoraj, wybitny rzeźbiarz o polskich korzeniach. Mitoraja nie znałem osobiście, trochę z własnej winy. Znam za to jego rzeźby. Pierwszą ujrzałem w Paryżu, wiele lat temu. Leżąca wielka głowa, właściwie jej skorupa, jak zdekonspirowana antyczna Grecja w swoim mroku zmutowana z naszą współczesnością. I czas, który wszystko od środka wyjada. Skorupy głów mają usta rzeźbiarza, są jak podpis.
Stefan był moim starszym kolegą z czasów opozycyjnych, szefem podziemnej świetnej „Krytyki”, kwartalnika politycznego. Człowiek niezwykle prawy, zawsze zaaferowany, o bogatej gestykulacji i charakterystycznym głosie, który ściszał często do szeptu. W końcu to była konspiracja. Odchodzą najbardziej ci, o których szybko się zapomina. Zapominamy coraz szybciej, ponieważ czas płynie coraz szybciej. Okazuje się, że wielcy, którzy przetrwali, pożerają nie tylko plankton literacki, ale też tych, którzy nie mieli szczęścia. Czterech wybitnych polskich poetów zjadło właściwie całą literaturę, w tym prozę drugiej połowy XX w. Pamięć o Różewiczu nagle się przebudziła, gdy umarł.
Prof. Aleksandra Krawczuka poznałem jeszcze w latach 70. i bardzo go cenię. Ma już 92 lata. Historyk, pisarz, wybitny popularyzator starożytności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku lat 70. Nigdy bym nie przypuścił, że będzie ministrem kultury w trudnym dla nas wszystkich czasie końca lat 80. I nagle mógł z pozycji władzy patrzeć, jak umiera kolejne imperium. Czy nie wiedział, że to nieuniknione, gdy w roku 1986 wkraczał na rządowe stanowisko? Nie potrafiłem mieć o to do niego żalu. Aż sam się dziwię. Tak ceniłem Krawczuka jako historyka i pisarza.
Bywałem też nietaktowny, kiedy do niego dzwoniłem i zawracałem mu głowę, zadając dziwne pytania, np. jak golono się w starożytności. Wiedział wszystko, musi mieć genialną pamięć. Pisze świetnie, ale też opowiada z pasją.
Kiedy jestem w gabinecie P., od razu przykuwa moją uwagę błękitny obraz, fragment ulicy, chyba paryskiej. Autor nieznany. P. mówi: „Był u mnie Tusk i też od razu rzucił się na ten obraz równie namiętnie jak ty. Nawet miałem wrażenie, że chce go ze sobą zabrać”. Myślę: dlaczego Donald Tusk nigdy nie wykorzystał publicznie tego, że ma oko do estetycznej strony świata? To takie rzadkie u naszych polityków. Może uznał, że nie ma czym się chwalić, i tak nikt tego nie doceni. To aż tak bardzo jesteśmy niedorozwinięci estetycznie?
Donald Tusk zna świetnie historię i czyta literaturę. Niedawno, mówiąc o swoich doświadczeniach, powołał się na Makbeta. Zna na pewno historię Rzymu. Tam dramaty władzy miały niezwykle brutalny i krwawy charakter. Dzisiaj morduje się tylko symbolicznie, polityk odchodzi, ale ma się dobrze.
W popularnym, ale głębokim „Poczcie cesarzy rzymskich” Aleksandra Krawczuka czytam o jednym z najwybitniejszych, Gajuszu Oktawiuszu. Wątły, niewysoki chłopiec o jasnych włosach w 44 r. p.n.e. przejmuje spadek po zamordowanym wuju Cezarze. Krawczuk zadaje pytanie: jak ktoś, zdawało się, pozbawiony zalet staje się wielkim Augustem? „Dzięki konsekwencji i uporowi. Na pewno też umiejętności chłodnej kalkulacji oraz odwadze podejmowania ryzyka. I zrozumieniu, czym jest i jak powinna działać skuteczna propaganda polityczna. A wreszcie dzięki temu, że umiał czekać, zgodnie ze swoją zasadą życiową: festina lente, śpiesz się powoli. Nie był ani bohaterskim wodzem, ani śmiałym nowatorem. Był natomiast geniuszem konsekwencji, świadomej swych celów polityki. (…) August bowiem zrozumiał – i było to odkrycie prawdziwie genialne! – że myśleniem i wyobraźnią większości ludzi rządzą pozory, hasła, nazwy. (…) Fikcja staje się więc realną siłą polityczną, taką samą jak armia i pieniądze”. Skąd my to znamy? Czyli wszystko już było.
Nagrody dotyczące sztuki budzą wiele kontrowersji. Literatura to jednak nie sport. Bywam w jury konkursów, wiem, jak wygląda zaplecze. To, co potem brzmi jak werdykt sądu ostatecznego, bywa często wynikiem klinczu opinii i falowania nastrojów.
Werdykt jury nagrody Nike wzbudził moje zdziwienie. Karola Modzelewskiego znam od wielu lat (znałem jego matkę). Siedziałem z nim nawet w Białołęce, szkoda, że nie w jednej celi. Bardzo go cenię z wielu powodów. Jego autobiografia jest ciekawa, uczciwa i mądra, jak jej autor. Bardzo ją polecam, ale zdaje mi się pozbawiona dużych walorów literackich. Nike to przecież nagroda literacka. Aż tak źle jest z naszą literaturą? Nie wiem, gdyż z książek, które były w finale, czytałem tylko Modzelewskiego. Powinienem więc milczeć, ale nie potrafię.

Wydanie: 42/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy