Języczek u wagi

TELEDELIRKA

Jako dzieweczka w duchu katolickim wychowywana chodziłam na katechezę, regularnie spowiedź wraz z pokutą odbywałam oraz przyjmowałam – jak to było wówczas w zwyczaju – komunię na czczo. Nie wierząc, że Bóg wymaga ssania w żołądku, w celu przyjęcia opłatka na język, zjadłam przed komunią truskawkę. To był test na Pana Boga, a ponieważ nie strzelił we mnie piorun, zdał go Pan pomyślnie. I wyszło na moje, bo dziś można nafaszerować się hamburgerami, opić się frugo, objeść batonami mars i wylądować przed ołtarzem w celu przyjęcia hostii. Trudność może wyniknąć jedynie z tego, że mars sklei nam zęby tak dokładnie, że ust nie rozewrzemy, by język pokazać.
W tamtym czasie górnym i chmurnym kochałam się w młodym księdzu. Coś w rodzaju Chamberlaina z „Ptaków ciernistych krzewów”. Niestety, był bardzo politycznie poprawny i za nic nie chciał mnie molestować. Żeby choć uszczypnął, marzyłam po nocach, ale nie dziwię się, nie bardzo miał wtedy w co uszczypnąć.
Nikt nie słyszał wówczas o molestowaniu, choć samo zjawisko krzewiło się jak owe cierniste krzewy. Nieprzystojnie zachowywał się za to gruby klecha, a ten młody przystojny zachowywał się przystojnie. W kręgach zbliżonych do salki katechetycznej dużo mówiło się o obmacywaniu, obślinianiu oraz o przewożeniu na koniku. Były dobrze rozwinięte komunikantki, które ulegały perswazji grubasa i podróżowały w ten sposób do krainy rozkoszy.
Na spowiedzi świętej ów katecheta był bardzo surowy, raz wyszedł z konfesjonału i spoliczkował pewną znaną cichodajkę, przecudnej jak na owe czasy urody, bo najcięższym grzechem był – według niego – grzech nieczystości, choć Bogiem a prawdą myliśmy się w miarę możliwości mydłem tukan, a raz w tygodniu kąpaliśmy się w ciepłej wodzie. Myśli nieczyste były natomiast głęboko ukryte i biedny księżulo musiał się zdrowo namordować, żeby je z krnąbrnej dzieciarni wydobyć. Na podwórku wymieniało się uwagi, poznając w ten sposób pytania spowiednika, żeby przygotować odpowiedź i zbytnio nie podpaść. Każdy chętnie dawał pytania za darmo – nie to, co dziś, kiedy trzeba słono płacić za testy na medycynę.
Gdy skończyłam lat 14 i ksiądz spytał, czy jakiś mężczyzna nieprzystojnie mnie dotykał, z westchnieniem odpowiedziałam – myśląc, oczywiście, o rodzimym Chamberlainie w sutannie – że, niestety, nie. A czy miałam nieprzystojne myśli? Nie miałam, bo myślałam wyłącznie o przystojnym wikarym. Kiedy jednak zaczął wypytywać o ciepłą bieliznę, o kolor barchanowych galotów, jakie mam na sobie – zupełnie jakby za komuny był jakiś wybór – gdy posunął się dalej, by dowiedzieć się, czy mam już to, do czego teraz nosi się te ze skrzydełkami albo nawet czarne, co od biedy służą jakimś kretynkom z reklam do rozmów, bo kojarzą im się z telefonem komórkowym, i czy już rosną mi… – wówczas serdeczna krew mnie zalała. Wróciłam do domu i oznajmiłam stropionej matce, że więcej do spowiedzi nie pójdę. I słowa dotrzymałam. – Celibat to przeżytek, dlatego niektórzy księża są tacy obleśni – powiedziałam bezczelnie do matki. Dziś, jako prorokini we własnym kraju, myślę, że celibat spotka ten sam los, co obyczaj przyjmowania komunii na głodzie. Matka bolała nad moją stanowczością, ale rozumiała ją, a gdyby jakiś ksiądz próbował wieźć mnie na swoim koniku, z pewnością dotarłaby do samego Ojca Świętego w mojej obronie. Bo moja matka bała się tylko Boga. W Dukli ludzie są bardziej strachliwi.
Wszyscy zapewne zauważyli, jak wiele uwagi poświęcają gazety tudzież osoby duchowne z niższej, a nawet z najwyższej, półki sprawie księdza z małej wioski, lubiącego, jak dziewczynki całują go z języczkiem. Gmina Dukla jest podzielona na księdza, co lubi, żeby go itd., i jego zwolenników, co stoją murem za pasterzem, twierdząc, że języczek nie miał miejsca, oraz na tych, co chcą zeznawać przeciwko.
Cymes polega na tym, że zgłoszenia afery dokonała grekokatoliczka, Lucyna K., a na Podkarpaciu inny rodzaj wiary uważany jest za sekciarstwo. Posądzony o nieprzystojne dziewczynek dotykanie ksiądz uważa, że owa grekokatoliczka „chce kościółki katolikom odebrać”. Kościół da sobie coś odebrać! Drugą osobą składającą doniesienie jest brat Michał, zakonnik katolicki, ale ponieważ przeciwstawia się księdzu, został uznany za pomylonego. Chyba nie bez słuszności, bo zamiast siedzieć spokojnie w klasztorze i rozmyślać o dobroci boskiej, lata w sprawie jakichś obmacywanych dzieciaków. Dadzą mu nauczkę jego hierarchowie, oj dadzą. Przerażeni rodzice dziewczynkom lanie spuszczą i pouczą, że księdzu posłuszne być mają, co to komu szkodziło, że z języczkiem? No, może poproszą, żeby bez. Listy podpisują parafianie w obronie księdza, matki i ojcowie dziewczynek boją się albo nie wierzą, że świątobliwa osoba w takiej materii może być, za przeproszeniem, języczkiem u wagi. Dyrektor szkoły „wiedział, nie powiedział”. A co ma gadać? Żeby go ekskomunikowali?
Z „Aurory” wystrzelił arcy nawet biskup Michalik. Oskarża „Gazetę Wyborczą” – wiadomo, kto zacz Michnik – że atakuje Kościół, bo uwaga: pojedynczy ksiądz to Kościół; że „obok ataków fizycznych na księży trwają ataki w postaci pomówień i oszczerstw”. O tym, iż to pomówienia, wiadomo, zanim odbędzie się proces.
Armaty w obronie Dukli mają sens. To precedens, raz się ustąpi, księdza choćby odsunie, to w całym kraju zacznie się czyszczenie parafii z pedofilów. Lustracja, jakiej nie było – musi więc Dukla swego księdza bronić jak niepodległości.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy