Budżet prawdy czy science fiction

LEWY DO PRAWEGO

Każdego roku, w końcu czerwca, rząd przyjmuje założenia do ustawy budżetowej na następny rok. Nie znam jeszcze tego dokumentu, ale panuje powszechna opinia, iż opracowanie budżetu na 2001 rok będzie niezmiernie trudne. W pełni podzielam tę opinię, pisałem zresztą o tym już kilka miesięcy temu.
Na te trudności składają się przede wszystkim zaszłości wynikające z opracowania budżetu tegorocznego. Każdy nasz budżet oceniany jest przez podmioty zewnętrzne. Mam tu na myśli Unię Europejską, międzynarodowe instytucje finansowe, a przede wszystkim inwestorów zagranicznych. Właśnie ze względu na tych zewnętrznych recenzentów budżet na obecny rok został szczególnie zagmatwany przez jego autora, Leszka Balcerowicza. W budżecie tym deficyt wcale nie oznacza deficytu, a dotacje zaczęto nazywać pożyczkami. Słusznie został on określony przez profesora Marka Belkę budżetem wirtualnym.
Tej fikcji nie da się kontynuować i trzeba wymieść to wszystko, co w ubiegłym roku pochowano pod szafę.
Trudności te pogłębia fakt, że rząd od dosyć dawna, a mianowicie od czasu rozpoczęcia wdrażania źle przygotowanych, a przez to znacznie kosztowniejszych reform, prowadził politykę na kredyt następnego rządu. Polegało to na prymitywnych sztuczkach przerzucania wydatków na później, często poprzez właśnie ukrycie ich pod szafą, zaniżaniu inflacji, by zmniejszyć wydatki dla sfery budżetowej, sprzedaży korzystnych dla nabywców obligacji z datą ich wykupienia przez nowy rząd.
Te wszystkie zabiegi służyły realizacji nadrzędnego celu, jakim było wykazanie się małym deficytem budżetowym dla dobrej oceny zewnętrznych recenzentów. Polityka taka ma jednak krótkie nogi i właśnie dziś to, co się nawarzyło, trzeba wypić. Wielka szkoda, że tego, co nawarzył, już nie ma.
Konsekwencją takiego działania jest ogromny wzrost tak zwanych sztywnych wydatków budżetowych. Sztywne wydatki to te, które należy pokryć z budżetu w pierwszej kolejności, niezależnie jaką chce się poprzez budżet prowadzić politykę – prorozwojową czy prospołeczną.
Oceniam, że te sztywne wydatki będą o około 20 mld zł większe niż w roku ubiegłym. To jest ogromna kwota. Składają się na nią wyższe o około 5 mld wydatki na waloryzację rent i emerytur oraz płac pracowników sfery budżetowej. Niech nikt nie sądzi, że rząd będzie chciał napełnić portfele emerytom, rencistom, urzędnikom, nauczycielom, pracownikom mundurowym. Będzie po prostu musiał wyrównać to, co na tej grupie osób próbował zaoszczędzić w bieżącym roku zaniżając inflację.
O taką samą kwotę 5 mld będą wyższe koszty obsługi długu publicznego, wynikające z wyższych stóp procentowych oraz przerzucania przez ministra finansów tegorocznych kosztów na rok przyszły. Koszty obsługi długu publicznego to nic innego, jak zapłacenie przez państwo procentów tym, co wcześniej kupili jego obligacje, kredytując wydatki budżetowe.
Do tego dochodzi konieczność spłaty długu po prezesie Alocie i większe niż dotychczas dotacje do ZUS w celu odprowadzenia części składki do Funduszy Emerytalnych – razem też około 5 mld zł.
To są trzy największe pozycje, ale w budżecie trzeba uwzględnić dotacje do PKP, by nie stanęła kolej, do Funduszu Pracy, by były środki na zasiłki na stale zwiększającą się liczbę bezrobotnych, współfinansowanie programów unijnych, by móc skorzystać ze środków pomocowych, wydatki na naprawę reform, by chory mógł zobaczyć lekarza.
W sytuacji tak ogromnego wzrostu wydatków budżetu państwa dyskusja na temat deficytu budżetowego, czy ma on wynosić 1,5%, czy 1,99%, czy lekko przekroczyć 2%, dla przeciętnych zjadaczy chleba ma znaczenie drugorzędne. Środki, jakie można mieć do dyspozycji z nieco mniejszego lub nieco większego deficytu przy tej skali wzrostu wydatków sztywnych to po prostu rozkurz w dużym młynie.
Należy liczyć się, iż nakłady na wydatki rzeczowe sfery budżetowej oraz pieniężne na cele społeczne mogą być nie realnie, a nominalnie niższe o ponad 10% niż w roku bieżącym, w którym już po sześciu miesiącach na wszystko brakuje. Jeśli z opracowanego przez rząd budżetu będą wynikać bardziej optymistyczne prognozy, to będziemy mieli do czynienia nie z budżetem wirtualnym, wyborczym, ale z science fiction.
Myliłem się pisząc kiedyś, że po tym rządzie sprawowanie władzy będzie ciężkie. Będzie ono bardzo ciężkie.

Wydanie: 37/2000

Kategorie: Felietony
Tagi: MAREK WAGNER

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy