Wstydliwy wątek

Kuchnia polska

Myślę, że są momenty, kiedy trzeba mówić sobie prawdę, nawet nieco wyostrzoną i nieprzyjemną.
Jednostki polskie oraz dowództwo kierowanej przez Polaków dywizji „stabilizacyjnej” dotarły już do Iraku, do kontrolowanej przez nas strefy. Przed wyjazdem nasi dowódcy zapewniali, że polscy żołnierze są dobrze przygotowani do swojej misji, potrafią się elegancko zachowywać wobec miejscowej ludności, nie wchodzić z psami do muzułmańskich domów, gdzie pies uważany jest za zwierzę nieczyste, a także nie rewidować kobiet, czego muzułmanie nie lubią i pracę tę w naszej strefie mają w razie potrzeby wykonywać kobiety żołnierki.
Słowem, mamy być okupantami sympatyczniejszymi niż Amerykanie i Anglicy, co ponoć zapewni nam uznanie Irakijczyków.
Należę do pokolenia, które pamięta, że kiedy „stabilizacyjne siły Trzeciej Rzeszy” (jak to określa teraz jeden z moich przyjaciół ) znajdowały się w Polsce, zwanej wówczas Generalną Gubernią, przy ich boku występowali także Węgrzy. Węgrzy uchodzili za nieporównanie przyzwoitszych od pozostałych sił stabilizacyjnych, nie słyszało się, aby kogoś szczególnie zabijali, nie bardzo chciało się im wojować, z Węgrami też można było wiele załatwić, nawet kupić od nich broń, co opisał Jerzy Stefan Stawiński, a pod koniec wojny przez przeprawy strzeżone przez Węgrów można było nawet przejść przez Wisłę, za linię frontu.
Być może więc Polacy w Iranie istotnie zdobędą sobie opinię Węgrów, co nie byłoby najgorsze. Poza tym bowiem zarówno w Ameryce, jak i w Wielkiej Brytanii mówi się już całkiem głośno, że preteksty do wojny z Irakiem, a więc zagrożenie dla świata ze strony irackiej broni jądrowej lub chemicznej, zostały zmyślone, co od dawna mówił szef inspektorów ONZ, Blix, a co przyznał mimo woli amerykański „jastrząb” Wolfowitz. Społeczeństwo Iraku, jak się okazuje, nie marzyło też o tym, by je zbombardować, a potem okupować, chociaż Saddam Husajn rządził nim niewątpliwie twardą ręką. Na koniec wreszcie pomysł zaprowadzenia w Iraku pod osłoną „sił stabilizacyjnych” i przy pomocy przywiezionych z zagranicy irackich emigrantów ustroju liberalno-demokratycznego na wzór amerykański, co musi potrwać kilka lat, jest dla miejscowej ludności na tyle egzotyczny, że ostrzelano już pierwszy oddział tworzonej przez Amerykanów irackiej policji. Na razie też nie można zapominać, że ustrój Saddama i partii Baas pomimo swoich niewątpliwych okrucieństw był jednym z nielicznych w tym regionie świata ustrojem świeckim, podczas gdy jego obalenie, jak widać coraz wyraźniej, otworzyło drogę dla ugrupowań islamistycznych z ich fundamentalizmem i fanatyzmem religijnym. Skierowanym oczywiście przeciwko Amerykanom, podobnie jak w Iranie i we wszystkich krajach arabskich, gdzie po tej wojnie nienawiść do Ameryki Busha jeszcze znacznie wzrosła.
Pochlebiam sobie, że pisałem o tym wszystkim konsekwentnie i często jeszcze przed wybuchem tej wojny i dlatego nie dziwi mnie wcale opinia wybitnego arabisty prof. Daneckiego, że tym, co szykuje się obecnie w Iraku, jest po prostu narastające powstanie, podobnie jak w Palestynie czy w Czeczenii.
Nie znaleźliśmy się więc w dobrym czasie ani w dobrym miejscu. Publicyści, a zapewne i politycy zastanawiają się teraz, czy społeczeństwo polskie jest psychicznie przygotowane na konsekwencje tej sytuacji. A więc czy jest przygotowane na to, że któryś z naszych chłopców może – nie daj Bóg – wrócić z Iraku w plastikowym worku, ale także na to, że nasi żołnierze będą musieli – nie daj Bóg – strzelać do tłumu czy do jakichś powstańców.
Nie jest przygotowane. Wychowywaliśmy się od pokoleń w etosie hasła „Za wolność waszą i naszą” i wrosło ono na tyle głęboko w nasz obraz jako narodu, że nawet Bush junior zdołał nauczyć się go na pamięć i wyrecytował w Krakowie.
Ale bądźmy szczerzy do końca. Obok owego szlachetnego wątku przelanej krwi za wolność innych narodów i ludów jest także w naszej historii wątek inny, wstydliwy. Wątek serwilizmu wobec silnych, a także zatykania uszu na nasze szlachetne, wolnościowe hasło, gdy mamy w tym choćby urojony interes.
Byłem niedawno w Hiszpanii i przewodniczka w Grenadzie ironicznie wymawiała nazwisko Buonaparte, twierdząc, że zrabował on buona parte, czyli większą część tamtejszych skarbów sztuki. Przemilczałem dyskretnie, że robił to z naszą pomocą, którzy przerąbaliśmy mu wąwóz Somosierry. A w tym samym czasie zakłuliśmy naszymi bagnetami, tym razem już bez żadnego zgoła powodu, czarne powstanie na San Domingo.
Ale dajmy spokój odległej historii. Jak ma się do szczytnego hasła „Za wolność waszą i naszą” nie tak dawny przecież fakt wkroczenia naszych wojsk na Zaolzie, w momencie kiedy Hitler w 1938 r. zadawał śmiertelny cios Czechosłowacji? Uważaliśmy się wtedy za mocarstwo przy boku Niemiec, pamiętam reprodukowane wówczas wszędzie świetnie wyreżyserowane zdjęcie gen. Bortnowskiego ściskającego ubraną w strój regionalny zapłakaną starą Ślązaczkę zaolzańską. A w rok później ten sam gen. Bortnowski jako dowódca armii Pomorze poszedł do niemieckiej niewoli.
Zaolzie jest czarną plamą II Rzeczypospolitej. Czarną plamą PRL-u jest nasza interwencja w Czechosłowacji w roku 1968, przeciwko „socjalizmowi z ludzką twarzą”. Oczywiście, że możemy się tłumaczyć ograniczoną wówczas suwerennością i naciskiem dominującego nad nami mocarstwa, którego w wypadku Zaolzia nie było. Ale nie byli przecież bardziej od nas suwerenni Bułgarzy, Rumuni czy Węgrzy, których wojsk nie było jednak w Pradze czy w Hradcu Králové. A więc to nam zabrakło charakteru, a może znowu odezwał się w nas ten wstydliwy wątek, ta błazeńska chęć udawania mocarstwa przy boku potężnego drapieżnika?
Mądrzejsze od nas kraje Europy Zachodniej, z którymi sprawa iracka zdołała nas poróżnić, bez wątpienia pojawią się kiedyś w Iraku. Z misją humanitarną, z akceptowaną przez ONZ współpracą gospodarczą z tym umęczonym przez wojnę krajem. Jak to zresztą się odbędzie, można o tym się przekonać już dziś, oglądając chociażby francuski kanał telewizyjny TV5, w którym co najmniej połowa wiadomości poświęcona jest krajom islamu, próbom zrozumienia ich kultury, tradycji i uporczywym, pełnym szacunku wysiłkom, aby znaleźć wspólny język. Niekoniecznie angielski, z którym, jak słychać, nasza międzynarodowa dywizja stabilizacyjna ma pewne kłopoty, lecz także arabski.
Nie bawmy się zresztą w proroctwa. Raczej zacznijmy się jednak uczyć tej nieprzyjemnej prawdy, że nie wszystko, co niesiemy w swojej historii, opromienia nas chwałą, a w naszej teraźniejszości są czyny, których będziemy się wstydzić.
Oby tylko nie więcej niż Węgrzy za stabilizowanie Generalnej Guberni.

 

Wydanie: 29/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy