Wielka nowelizacja procesu karnego

Wielka nowelizacja procesu karnego

W czasach PRL prawnikom nie wolno było łączyć pracy naukowej na uczelni z praktyką. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł i dlaczego. Ale tak było. W efekcie wyrosło całe pokolenie profesorów prawa, którzy nigdy nie pojawili się w sądzie ani w notariacie, na oczy nie widzieli rozprawy, nie uczestniczyli w przesłuchaniu świadka, nie borykali się z biegłymi. Byli specjaliści od prawa karnego, którzy nigdy nie rozmawiali z przestępcą, a nawet nie widzieli go z bliska. Byli cywiliści, którzy nie widzieli testamentu czy aktu notarialnego. Pisali jednak z zapałem naukowe dzieła na ten temat. Niektórzy nawet uchodzili – a z racji siwizny często nadal uchodzą – za wielkie autorytety w swoich dziedzinach. Aby zrozumieć absurdalność tej sytuacji, trzeba wyobrazić sobie profesorów medycyny, którzy nigdy nie badali pacjenta, nie byli w przychodni ani szpitalu, a prace naukowe pisali na podstawie swoich wyobrażeń o przyczynach i przebiegu chorób. Absurd? Chyba każdy by to potwierdził. A jednak z prawnikami tak było. Zmieniło się po 1989 r. Sceptycy mówią, że wahadło wychyliło się w drugą stronę i dzisiejszy profesor prawa, prowadząc kancelarię adwokacką, radcowską czy notarialną, nie ma czasu na pracę naukową ani zajmowanie się studentami. Pewnie są i takie przypadki, ale z pewnością nie jest to reguła. Łączenie praktyki i nauki na dobre wyszło i nauce, i praktyce prawa.

Jednak, mimo że przez dwadzieścia kilka lat wyrosło całe nowe pokolenie prawników, zaległości z poprzedniego okresu co jakiś czas dają znać o sobie. Czasem ma to formę komiczną, ale czasem niebezpieczną. Komiczną, gdy np. znany profesor prawa, znalazłszy się w swojej sprawie w sądzie, nie wiedział, po której stronie sali ma usiąść, i zupełnie zdezorientowanego pełnomocnik musiał ciągnąć za rękaw na właściwe miejsce.

Gorzej, gdy tacy wybitni teoretycy projektują ulepszenie wymiaru sprawiedliwości, który znają tylko z opowiadań i… amerykańskich filmów, a są przez decydentów politycznych traktowani jako eksperci. Z wdzięczności są gotowi prawniczo uzasadnić każde życzenie politycznych mocodawców.

Przypuszczam, że taki jest rodowód ostatniej wielkiej nowelizacji procedury karnej, która ma wejść w życie już w lipcu tego roku. Hasło zwiększenia kontradyktoryjności procesu karnego brzmi dobrze i dobrze się sprzedaje. Kontradyktoryjny jest proces anglosaski. Sama zaś kontradyktoryjność procesu polega, najogólniej rzecz biorąc, na tym, że strony, a więc obrona i oskarżenie, mają równe prawa przed sądem. Sąd jest w zasadzie bierny, ma jedynie rozstrzygnąć spór, jaki toczą przed nim równe strony. Kto nie chciałby takiego procesu? Ale, jak to mówią, diabeł tkwi w szczegółach. Przede wszystkim proces anglosaski, który rzekomo jest wzorem naszej nowelizacji procedury karnej, wyrasta z innej kultury prawnej i funkcjonuje w innych realiach społecznych. W atmosferze większego zaufania obywateli do instytucji państwa i państwa do obywatela. Anglikowi np. do głowy by nie przyszło, że organy ścigania mogą tak manipulować procesem i dowodami, jak odbywało się to w Polsce, w znanym, prestiżowym procesie o zabójstwo gen. Papały, co niedawno ujawnił warszawski sąd. Poza tym proces anglosaski to spór dwóch naprawdę równych stron przed ławą przysięgłych. U nas tej ławy nie ma. Proces anglosaski zaczyna się dopiero przed sądem, śledztwo nie jest tam częścią procesu. W naszym procesie, po nowelizacji, śledztwo jak dotąd będzie częścią procesu i jak dotąd ono będzie rozstrzygać o losach całego postępowania, a tam ma się nic nie zmienić.

„Kontradyktoryjność” zacznie się dopiero przed sądem. Postępowanie przed sądem, gdzie pozornie równe strony mają na rzekomo równych prawach przeprowadzać dowody, toczyć się będzie wedle niespójnych przepisów. Szukaniem i zbieraniem dowodów dla oskarżenia będą się zajmowały policja i inne służby (np. CBA), które mają prawo prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych: stosowania podsłuchów, kontroli billingów, korzystania z konfidentów. Obrona takich możliwości z oczywistych przyczyn nie ma i mieć nie będzie. To oskarżenie i tylko ono może powoływać biegłych. Obrona, o ile oskarżonego stać będzie na zlecenie prywatnej ekspertyzy, będzie mogła jedynie przedłożyć w sądzie prywatną opinię o wartości prywatnego dokumentu. Jej autor nie będzie miał statusu biegłego, z wszystkimi tego konsekwencjami.

Pomysł, że za każdym razem na rozprawę ma przychodzić jako oskarżyciel autor aktu oskarżenia, w sytuacji gdy w sądach rejonowych na dziennej wokandzie jest z zasady kilka spraw, zdezorganizuje pracę prokuratury.
Skoro sąd nie będzie mógł przeprowadzać dowodów z urzędu, bo mogą to robić tylko strony, jak będzie z postępowaniami odwoławczymi? Obecnie sąd drugiej instancji, uchylając zaskarżony wyrok i przekazując sprawę do ponownego rozpoznania sądowi pierwszej instancji, w wyroku dawał temu sądowi wytyczne: to i to dokładniej wyjaśnić, przeprowadzić takie i takie dowody itd. Teraz owe wytyczne będą bezprzedmiotowe, skoro prowadząc sprawę od początku, sąd pierwszej instancji i tak nie będzie mógł ich wykonać, bo nie wolno mu z urzędu przeprowadzać dowodów. Czy w tej sytuacji wytyczne sądu drugiej instancji nabiorą znaczenia dobrych rad dla stron procesu?

Takich wątpliwości są dziesiątki. Jakaś praktyka, być może w miarę racjonalna, kiedyś się utrze, pojawią się orzeczenia Sądu Najwyższego i sądów apelacyjnych normujące tę praktykę i rozstrzygające wątpliwości. Ale do tego czasu proces karny będzie się toczył wedle niejasnych, nieokreślonych reguł. Niestety, nie ma to wiele wspólnego z państwem prawa.

Wydanie: 13/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy