Jezus zwany Marksem

Jezus zwany Marksem

Widmo krąży nad Europą. Widmo brodatego Karola. Kiedy studenci brytyjscy wznoszą barykady, Ed Miliband, nowy szef brytyjskiej Labour Party, ogłasza, że nie wstydzi się być socjalistą. Trudno, żeby powiedział inaczej, jeśli analizy jego ojca, Ralpha Milibanda, znanego brytyjskiego socjologa i marksisty (autora m.in. książki „Państwo i kapitalistyczne społeczeństwo”), nabierają aktualności w kontekście działań rządu brytyjskich konserwatystów. W tym samym czasie włoscy studenci wraz z robotnikami demonstrują pod hasłem „Precz z mafijnym państwem kapitalistycznym”, Irlandczycy i Portugalczycy wciąż protestują przeciwko zrzucaniu skutków kryzysu na barki klas niższych, a Grecy organizują siódmy z rzędu strajk generalny.
W Polsce jednak kompletna nuda. W zamian mamy lansowanie PJN we wszystkich możliwych mediach. Ugrupowanie to, które próbuje licytować się z PiS, kto bardziej będzie utrwalał legendę smoleńską, nadaje na tych samych fałszywych falach co Kaczyński. Podobnie jak telewizja publiczna, która w swej pustce i stopniu komercji nie różni się niczym od stacji prywatnych. Telewizyjne „Wiadomości” pod nowym szefostwem coraz bardziej przypominają „Fakty” TVN – tanie sensacyjki, unikanie drażliwych tematów politycznych, ciekawostki ze świata godne magazynów plotkarskich prezentowane w infantylny sposób przez redaktora Kraśkę sprawiają wrażenie programu dla kretynów.
Naprawdę trudno się dowiedzieć czegoś o wydarzeniach na świecie. Im głupiej, tym lepiej – to naczelna zasada tzw. programów informacyjnych w stacjach telewizyjnych nadających w kraju nad Wisłą.
To pozwala łagodzić rzeczywistość za oknem i dyskretnie upiększać kraj rządzony przez Platformę Obywatelską. Nie ma w nim bezdomnych, bezrobotnych, zamykanych zakładów pracy ani szarości dnia codziennego.
Korporacyjne media używające nowomowy charakterystycznej dla obecnego systemu, opisując po swojemu świat, tworzą tak naprawdę nową rzeczywistość. W świecie tym nie ma już kapitalistów, są tylko „pracodawcy” (czyli dobrodzieje dający pracę tym, którzy nie zawsze na nią zasługują). Robotników i środowisk pracowniczych też nie ma w tym cudownym świecie – są co najwyżej „pracobiorcy” (ci, którzy biorą pracę, choć nie zawsze doceniają ten fakt). Wyzysk został kompletnie usunięty z języka – jest za to na każdym kroku „promocja” (ukłony wielkich koncernów w stronę niezdecydowanych klientów). Współczesnych spekulantów nazywa się dość często „przedsiębiorcami”. A prywatyzację szpitali i przymus ekonomiczny minister Kopacz nazywa „porządkowaniem finansów publicznych”.
W tym kontekście nie dziwi, że w kręgach młodej inteligencji pojawia się potrzeba odtrutki na zalew komercyjnego chłamu i medialną papkę. Niektórzy uciekają w różnego rodzaju zbiorowe psychoterapie typu medytacje i inne praktyki new age. Część Polaków, nie radząc sobie z napięciem życia codziennego, ląduje w gabinetach psychiatrycznych. Inni – jak się okazuje – odkrywają na nowo Marksa.
Właśnie wyszła we Wrocławiu książka pod znamiennym tytułem „Aktualność Marksa” pod redakcją Rafała Włodarczyka. Prof. Leszek Koczanowicz pisze we fragmencie książki, że twórczość klasyka z Trewiru nie tylko jest filozofią, lecz wciąż stanowi społeczne wyzwanie, które jest podstawą wielu ruchów politycznych. Z kolei prof. Tomasz Szkudlarek stwierdza, że „jeżeli chodzi o dyskurs intelektualny, to Marks na pewno wróci. Już wraca. Moje pierwsze kontakty z lekturami Marksa zostały wymuszone przez moich studentów. To nie ja wymyśliłem sobie powrót do „Kapitału”, to oni zaczęli cytować Marksa podczas analizy różnych problemów. Zmiana pokoleniowa. Coś się stanie”.
Oby było tak, jak mówi prof. Szkudlarek. Bo na razie według danych Eurostatu przeciętny Polak pracuje tygodniowo 40,7 godz., czyli więcej, niż przewiduje kodeks pracy. Znacznie mniej czasu od nas poświęcają na pracę praktycznie wszyscy inni członkowie UE – Francuzi (średnio 38 godz.), Niemcy (35,7), Brytyjczycy (36,6) i Holendrzy (zaledwie 30,6).
Wielu zatrudnionych Polaków pracuje znacznie ponad przewidziane ustawą 40 godzin tygodniowo nie z miłości do swojego szefa i firmy, lecz z powodu lęku przed bezrobociem i zepchnięciem na margines życia społecznego. Dla posiadaczy pieniędzy rynek pracy jest tylko jedną z gałęzi rynku towarowego, a ludzie w takiej perspektywie niczym nie różnią się od puszek sardynek i kartonowych pudeł. Aby pracownik był produktywny, powinien wytwarzać zysk dla swego pana i władcy – im dłużej pracuje, tym więcej wypracowuje „wartości dodatkowej”, którą nasz dobrodziej „pracodawca” może zamienić w swój kapitał (dziś „wolne media” nazywają to możliwością „tworzenia nowych miejsc pracy”). A namawianie do dłuższej pracy i przesuwanie granicy wieku emerytalnego uzasadniane jest troską o sypiący się system emerytalny. Na razie prezesi OFE mogą spać spokojnie – rząd Tuska oraz liczni „niezależni eksperci” finansowani przez towarzystwa emerytalne dbają o to, aby choć złotówka nie wypadła z kieszeni tłustych członków zarządów OFE.
Słuchając świątecznych kolęd o narodzinach cudownego i zbuntowanego dzieciątka w stajence, warto pamiętać o praktycznych aspektach nauczania płynących z tej opowieści. Jakkolwiek by patrzeć, Jezus, podobnie jak Marks, poszukiwał lepszego świata, gdzie jest miejsce nie tylko dla bogatych. W Nowym Roku 2011 pozostaje życzyć mniejszej presji ekonomii i władzy pieniądza w Polsce oraz więcej czasu na inne zajęcia niż harówka w miejscu pracy.

PS Dziękuję wszystkim, którzy zaufali mi i zagłosowali na mnie w wyborach do sejmiku województwa dolnośląskiego. Działamy dalej razem! Zostałem przewodniczącym komisji ds. kultury i nauki oraz wiceszefem klubu lewicy w sejmiku dolnośląskim.

Wydanie: 51-52/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy