Kraina ponurych Szwejków

Kraina ponurych Szwejków

Bez uprzedzeń

Okazuje się, że Polska potrzebuje mieć logo. I już ma logo. Jeżeli przed artystą grafikiem postawiono zadanie, aby to logo budziło u zagranicznych ludzi pozytywne skojarzenia, to wywiązał się on gorzej niż niedostatecznie. Może jednak o co innego chodziło, może chciał on wyrazić panujący w Polsce stan ducha. W takim razie trzeba uznać go za geniusza w dziedzinie psychologii narodowej. Ogólny wyraz tego znaku to infantylizm. Latawiec – dziecinna zabawka, liternictwo – pismo dziecka, które nie opanowało jeszcze kaligrafii. Polskie logo chce kokietować niedołęstwem, rozlazłością, dziecinną nieporadnością. To się zresztą zbiega z tym, jak nas widzą ludzie Zachodu. Ale to logo ma też głębszy sens. Nawiązuje ono do znaczka „Solidarności”. I to jest również wysoce charakterystyczne. Wyraża się w tym polski, kolektywny subiektywizm, pozostawanie w kręgu własnych skojarzeń, niezdolność komunikowania własnych treści zewnętrznemu światu. Kto za granicą zauważy nawiązanie do logo „Solidarności” i kto tym wzniosłym skojarzeniem usprawiedliwi plastyczną niezdarność?
W miarę jak słabnie walka „antykomuny” z „komuną”, polskiemu życiu publicznemu coraz bardziej brakuje realnych treści. Ponieważ nikt się już nikogo nie boi, wszystkie problemy są brane lekko, niejako z przymrużeniem oka i wielką falą powraca polskie „jakoś to będzie”, bo „jeszcze nigdy tak nie było, żeby tam jakoś nie było”. Toczyła się kiedyś w tygodnikach kulturalnych dyskusja na temat, kto lepszy: Kozietulski czy Szwejk. Rozumiało się, że Polacy ze Szwejkiem nie mają nic wspólnego. Dziś inne obserwacje się narzucają: nigdzie nie widać tylu Szwejków na publicznej scenie, co w Polsce w czasie pokoju. Nie chciałbym przesadzać, bo ściśle biorąc na gorącym uczynku złapaliśmy na razie jednego Szwejka, tego, który narysował logo.
Lekkomyślność, powierzchowność myślenia, niedecyzyjność ludzi i urzędów odpowiedzialnych za kraj nabierają rozmiarów tragedii tam, gdzie oczekuje się, że będą bronić nas przed tragedią, a tego nie czynią. Chciałbym się przyłączyć do Aleksandra Małachowskiego, gdy stara się On obudzić władzę, a też społeczeństwo z moralnej i politycznej drzemki, w związku z „sześcioma tysiącami trupów na drogach”. Tak jak On nie mogę się pogodzić z tym, że siedemnastu zabitych każdego dnia nie jest dla władz sprawą jedną z najważniejszych. Można sprawę zbyć, mówiąc, że wypadki zawsze się zdarzają, że z natury rzeczy nie dają się przewidzieć i wymykają się spod ludzkiej władzy. Nie odpowiada to rzeczywistości. Wyobraźmy sobie, że każdego dnia ginie 17 górników. Czy władza i społeczeństwo zadowoliłyby się frazesami o nieprzewidywalności i nieuchronności wypadków? Każdy wypadek w kopalni powodujący ofiary śmiertelne zdaje się wstrząsać wszystkimi ludźmi; gdy ginie kilkunastu, sprawą zajmuje się rząd. Obrońcy życia sprzeciwiają się eutanazji i budują na tym sprzeciwie swoje poczucie wyższości nad wszystkimi innymi. Uważają za straszną zbrodnię, gdy lekarz pomaga umrzeć temu, który chce umrzeć. Jednak z ich wielkiego pryncypium obrony życia za wszelką cenę nie wynika żaden wniosek odnoszący się do codziennej rzezi na drogach.
Sześć tysięcy zabitych rocznie to nie jest żaden fatalizm. Tylko część z nich zginęła przypadkowo, a więc też nieprzewidywalnie. Gdy widzimy, jak zachowują się Polacy na drogach, nie możemy mieć złudzeń, że wszystkie ofiary są przypadkowe. Jeżdżą, mimo nabywanego doświadczenia coraz gorzej, coraz bardziej po chamsku. Ustalił się dziwny język: tępotę przekraczającego linię ciągłą, brutalność pchającego się na trzeciego przy wyprzedzaniu nazywa się „brawurą”. Polski Szwejk drogowy różni się od oryginału tym, że nie jest dobroduszny. Jest brutalny i zły, a poza tym wypisz wymaluj Szwejk: infantylny, ograniczony, niezdolny przewidzieć skutków tego, co robi. I nie rozumie wartości abstrakcyjnych reguł. Przeważający w Polsce typ kierowcy przyjmuje, że jazda to tylko kwestia fizycznej możliwości: przeciśnie się czy nie przeciśnie, uda się czy się nie uda. Żadnego ustępstwa na rzecz reguły jako reguły, przepisu jako przepisu, bez czego nie ma porządku i nie ma bezpieczeństwa na drogach. Nie do przyjęcia jest twierdzenie, że zły stan dróg stanowi znaczącą przyczynę wypadków. Kiedy i gdzie polski kierowca przyzwyczaił się do dobrych dróg? Tłumaczyć się złym stanem polskich dróg może Szwajcar, Niemiec, jeżeli zły los sprowadzi któregoś w nasze strony.
Obojętne przechodzenie obok sześciu tysięcy zabitych w ciągu roku jest zastanawiającym fenomenem. Przyjemności i pożytki jazdy samochodem zostały podniesione do tak niebotycznego ideału, że ofiary się nie liczą. Ponieważ poziom obyczajów w Polsce się obniża, stosunki między ludźmi brutalizują, władza – prócz władzy pieniądza – rozłazi się w szwach, zabitych na drogach będzie, może być coraz więcej. I może dojść do tego, iż nikomu do głowy nie przyjdzie, że Moloch wcielony w jazdę samochodową nie ma prawa do siedmiu, ośmiu czy dziesięciu tysięcy ofiar ludzkich rocznie. Aleksander Małachowski usłyszał od przedstawicieli wysokich władz, że masowość śmierci na drogach nie należy do ważnych spraw. Może oni chcieli powiedzieć: w tym momencie. Zgadzam się, że są też inne ważne sprawy, ale twierdzę i liczę w tym na poparcie czytelników: gdy prezydent, premier, poseł wstaje rano i dowiaduje się, że nie ma wojny, najważniejszym jego zadaniem jest myśleć, co należy zrobić, aby zapewnić ludziom bezpieczeństwo na drogach.

 

Wydanie: 34/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy