Podłączeni

Podłączeni

Z poetycką przesadą można by napisać, że pracują PiS-owskie fabryki służące zatruwaniu umysłów. Oni natomiast uważają, że było i jest odwrotnie – to my ich zatruwaliśmy i nadal zatruwamy. Czy nie zatruwamy się więc nawzajem? To nie są jakieś nowe toksyny, trudno tu wymyślić coś nowego. Stąd u starszych takie dziwne uczucie, że nagle przenoszą się w jakiś fragment propagandy z dawnych czasów. Jednak nawet w stanie wojennym nie używano argumentu złych, zdegenerowanych przodków.

Z Platformą jest łatwiej, ale jak dobrać się do Nowoczesnej i do KOD? Więc przodkowie. Jest to uderzająco niekonsekwentne, gdyż swoich „zakażonych” się pomija. Przypomina to wrzucanie do studni zdechłego szczura. Nie wiadomo dokładnie, do którego pokolenia działa zły gen czy zły wpływ wychowawczy. Uważam, że jeśli nie ma zbrodni ludobójstwa, to mniej więcej po 25 latach, jak za morderstwo, powinno następować przedawnienie za wyznawanie wszelkich dawnych poglądów, nawet skrajnych, po prostu z upływem lat stajemy się kimś innym. Przynajmniej mamy na to szansę. Jeśli pozwalam sobie tu niekiedy po takim czasie komuś wypominać dawne postawy, to tylko tym, którzy wypominają je innym, zapominając o swojej przeszłości. Siły pracujące na rzecz ukształtowania nowego, lepszego Polaka mogą sobie pozwolić na różne niekonsekwencje, gdyż działa tu element wiary. A ona potrafi świetnie radzić sobie ze sprzecznościami. A co z niewierzącymi? Tu będzie kiepsko, ale czasami zdarzają się nawrócenia.

Po co ja właściwie o tym piszę, przecież jest to na zdrowy rozum zupełnie oczywiste. Powstają jednak listy wyrażające w tej sprawie protesty setek naukowców. Jarosław Gowin powie: proszę, jest kolejny dowód na to, że mamy demokrację, nikt za podpis nie będzie represjonowany. Na szczęście to wszystko nie ma charakteru totalnego, ponieważ odbywa się w ramach demokracji. Jedni podkładają miny, drudzy je rozbrajają, jedni robią miny, drudzy od razu je przedrzeźniają. Wyznawcy zdrowego rozsądku i ludzie spokojni zaczynają jednak być pod presją nienawistników. I sami zaczynają odczuwać silne emocje.

Ogromnie trudno nie nienawidzić kogoś, kto nas nienawidzi. I coraz więcej widuję na Facebooku wpisów znajomych przejmujących z powodu skali emocji język swoich wrogów i tylko nadających mu inny znak. Swoim mamy jednak skłonność wybaczać taki język. A to jest błąd. Jedno w tym wszystkim pewne – wszyscy stajemy się coraz gorsi. A to się nazywa „dobrą zmianą”. Jesteśmy więc w krainie Orwella, ale o bardzo złagodzonym rygorze, więc w karykaturze jego świata. Niepokoi nie tyle stan rzeczy, ile dokąd wszystko zmierza. Nie zajdzie to za daleko, gdyż istnieje teraz nieskończenie wiele źródeł informacji, których nie da się zablokować. Poza tym Polska jest w tysiącach miejsc podłączona do „nowoczesności”. Przez liczne kanały płyną treści, które zmieniają nasze umysły, czasami zupełnie inaczej, niżby chciała nasza narodowa prawica. Ale też liberałowie.

Moja znajoma jest lektorką języka angielskiego. Ma bardzo liberalne poglądy, ale niektóre nowości, które płyną z Zachodu, niepokoją ją, szczególnie ich skala i trudne do przewidzenia efekty uboczne. Powszechnie szkoli się teraz naszych nauczycieli w metodzie, którą wymyślili lata temu Anglicy, nazywając ją visible learning. Najważniejsze jest wzmacnianie w uczniach poczucia własnej wartości – motywowanie do nauki polega na permanentnym podkreślaniu sukcesów. Myślę, że gdyby coś takiego istniało za moich szkolnych czasów – jako niezdolny uczeń, też z powodu dysleksji, której wtedy nie diagnozowano – nie zostałbym tak pokaleczony przez szkołę. Teraz nieważna ma być ocena, liczy się to, czego dzieci danego dnia się nauczyły. Nie to, jak opanowały materiał – dobrze czy źle – ale jaką pracę wykonały. Problemy się zaczynają, gdy trzeba ocenić naprawdę złą pracę lub marnego ucznia. Kolejne punkty procedury właściwie to uniemożliwiają. Warunkiem koniecznym przyjęcia przez ucznia krytyki jest jego wewnętrzna świadomość, że nauczyciel go akceptuje, jest mu życzliwy i zależy mu na współpracy z uczniem. Nadal bardzo to mi się podoba, ale też czuję, że jeśli ten proces posuwa się za daleko, taki system może powodować, że uczniowie są oceniani pozytywnie za najmniejszy, maleńki wysiłek włożony w wykonanie zadania. Natomiast zalety lub wady pracy stają się rzeczą wtórną.

Znajoma pisze mi: „Najgorszą rzeczą w tym generalnie mądrym podejściu do motywowania dzieci i zainteresowania ich przedmiotem jest przekonanie, że za najdrobniejszą rzecz i najmniejszy wysiłek należy się kubeł róż i fanfary, za zwykłą, przyzwoitą pracę superaplauz. Dlatego czeka nas zapewne pokolenie niezdolne do przyjęcia krytyki i porażek. Pokolenie roszczeniowych narcyzów”. Czy tacy ludzie będą w stanie stworzyć nacjonalistyczną wspólnotę narodową? Nie ma mowy. Ale czy jakąkolwiek wspólnotę? A, to już bieda!

Wydanie: 7/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy