Kochamy tylko zwycięzców

Kochamy tylko zwycięzców

Jak tu nie pisać o Soczi, gdy już na półmetku mamy dwa złote medale! Mamy złoto. My. Jak to pięknie brzmi. Dumnie i wspólnotowo. Pisząc to, sam ulegam złudzeniu jakiegoś współsprawstwa w sukcesach Justyny Kowalczyk i Kamila Stocha. A przecież to tylko oni, ich trenerzy i grupka najbliższych współpracowników mogą powiedzieć: wygraliśmy. Bo gdyby zabrakło jej paru sekund, a jemu paru metrów, to nie byłoby tak miło. Zamiast wspólnoty zwycięzców i pomników dla medalistów byłoby jeśli nie ścinanie głów, to drwienie i narzekanie. Niespełnieni w nadziejach na sukcesy nasi rodacy potrafią być bardzo okrutni. W razie porażki czy choćby niemedalowego miejsca sportowcy zamiast współczucia dostają po głowie. Że rozczarowali, zawiedli, nie wytrzymali ciśnienia. Zamiast zbiorowego zwycięzcy są wtedy przegrani soliści. Doświadczyła tego nawet tak utytułowana multimedalistka jak Justyna Kowalczyk. Po pierwszym biegu, gdy była szósta, malkontenci zaczęli pisać, że to jej końcówka. Że najlepsze ma już za sobą. Po paru dniach kompletnie im się odmieniło. Znowu jest królową nart. Kobietą niezłomną. A po Soczi nawet heroiczną, bo z taką nogą to kibic może sobie leżeć na kanapie, a nie biegać na nartach po śniegu.
Nasza mistrzyni olimpijska to dużo więcej niż wybitny sportowiec. Kowalczyk ma własne zdanie w wielu sprawach. I tak jak potrafi walczyć, tak nie ukrywa swoich poglądów. Chciałbym widzieć miny rusofobów, gdy w Soczi powiedziała, że jej sympatia do Rosji, z której była już znana, jest po olimpiadzie jeszcze większa. Bo dobrze się z Rosjanami czuje. Bo ich lubi za uczuciowość i nostalgię, ale też za bałaganiarstwo. No i za trenera, który też jest Rosjaninem.
Godne szacunku jest to, że i Kowalczyk, i Stoch bardzo mocno podkreślali rolę swoich trenerów i ich wkład w sukcesy. Ich wyniki potwierdzają, że nie ma wielkich sportowców bez wybitnych trenerów.
A poglądy Kowalczyk i jej stosunek do Rosji? Bliskie są wielu Polakom, którzy również lubią Rosjan, choć mody na przyznawanie się do tego u nas nie ma. Wręcz przeciwnie. Może więc otwartość mistrzyni ośmieli innych? I wyjdą z podziemia. To byłby ciekawy i nietypowy coming out.
Gdy wspominam minione olimpiady, to największy żal wywołuje tempo, w jakim igrzyska oddalają się od idei barona de Coubertina. Świat już dawno pogodził się z tym, że umarło respektowane w greckiej tradycji olimpiad powstrzymywanie się na ten okres od prowadzenia wojen. Dziś nikt nie jest w stanie tego zapewnić. A co gorsza od lat nikt nawet nie próbuje. Czy ktoś pamięta jakąś inicjatywę polityków czy organizacji, choćby ONZ, by na czas olimpiady zawiesić lokalne wojny? Mamy więc kompletną inercję. A jeśli nawet nie spróbuje się powalczyć o chwilę pokoju, to skąd miałby być efekt?
Druga idea, o której coraz ciszej, choć jeszcze żyje, to udział w igrzyskach sportowców niemających żadnych szans na medale i zwycięstwa. Ba, niemających szans na miejsca wśród 30 najlepszych. Po co więc jadą? No właśnie. Jadą, bo liczy się sam udział. Bo zdobycie minimum kwalifikacyjnego do udziału w olimpiadzie już jest wystarczającym powodem do chwały. Jeśli więc ktoś krytykuje i śmieje się chociażby z naszych bobsleistów, warto mu przypomnieć, że olimpiada to jedno z ostatnich wydarzeń sportowych, gdzie właśnie tacy sportowcy też są bardzo mile oczekiwani. Bez nich igrzyska byłyby już tylko starciem gladiatorów.

Wydanie: 8/2014

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy