Kto nas reprezentuje?

Kto nas reprezentuje?

Gdyby patrzeć na politykę przez różowe okulary, każdej partii można by przyznać część prawdy i każdą uznać za reprezentację uprawnionego interesu jakiejś grupy społecznej. Czy trzeba aż różowych okularów, żeby to zobaczyć? Niestety, rzeczywistość jest trochę gorsza, niż nam, poczciwym optymistom, się wydaje.
Margaret Thatcher ściągnęła na siebie gromy za wygłoszenie poglądu, że społeczeństwo nie istnieje, że jest fikcją językową. Jeśli się kogoś nie lubi, wszystko, co powie, można uznać za nonsens i przeważnie tak postępujemy. Pani Thatcher w istocie powiedziała rzecz oczywistą, a mianowicie, że to, co nazywamy społeczeństwem, nie jest jednością, nie posiada jednej woli ani jednego interesu; i to nie wskutek przejściowego rozstroju, lecz z natury rzeczy. Realnie między jednostkami i grupami trwa nieustanna rywalizacja, konkurencja, walka o uznanie, o prestiż, o dobra materialne przede wszystkim, przynajmniej dopóki nie wybuchnie otwarta wojna domowa, która niszczy zarówno te dobra, jak też ustalone przedtem reputacje i prestiże, upraszczając wszystko do chęci zniszczenia drugiej strony. W czasie takiej wojny, zauważył już Tukidydes, słowa zmieniają sens, to, co dobre, staje się złe, a co złe, uchodzi za zasługę. Ostatni stają się pierwszymi, a pierwsi przeważnie giną. Wojna domowa jest bardziej naturalna niż pluralistyczne społeczeństwo ze swymi nieustającymi rywalizacjami i konfliktami łagodzonymi przez równowagę sił, regulowanymi przez prawo i przez tak zwane przesądy moralne. Żeby zapobiec stoczeniu się tego kłótliwego pluralizmu w otwartą wojnę domową, ludzie wykreowali państwo, rzecz będącą przeciwieństwem wszystkiego, co naturalne. Jeżeli do życia niektórych narodów przylega ono dość dobrze, to dzięki temu, że stało się ich drugą naturą nabytą wskutek drugiego przyzwyczajenia. Dla Polaków tą drugą naturą się nie stało. Na pytanie, co jest lepsze, niezbędniejsze: państwo czy społeczeństwo obywatelskie, Polak wyedukowany przez gazety i telewizje bez namysłu odpowie, że to ostatnie. Nie każdy jednak jest w ten sposób wyedukowany. Wielu ludzi ma uwagę zwróconą raczej na fakty niż na słowa i niejeden powie: społeczeństwo obywatelskie? Już wiem: to partie, które się kłócą i poza swoimi interesami świata nie widzą; to dziennikarze robiący przegląd ludności pod kątem, kogo by można zniesławić, oczernić, oskarżyć o pedofilię, o rodowód peerelowski, o sympatie do rosyjskiego gazu, o wygranie przetargu, o naruszenie praw ucznia, o molestowanie seksualne; to fundacje Schumana, Adenauea, Sorosa, Eberta, Brata Alberta itp.; to organizacje pozarządowe niemogące palcem ruszyć bez pieniędzy rządowych; to samorządy samowładnie uchwalające dla swoich wójtów, marszałków, burmistrzów i prezydentów hiperprezydenckie pensje… Składnikami społeczeństwa obywatelskiego są: wolny rynek, wolne wybory, wolna prasa, wolność słowa, wolna konkurencja oraz \”żyjemy w wolnym kraju\”, czyli słowny knebel, który ma wam z powrotem wtłoczyć do gardła słowa krytyki, jakie byście wygłosili pod adresem tego społeczeństwa obywatelskiego. Czy to wszystko razem stanowi jakąś jedność, którą można by nazwać jednym słowem: społeczeństwo lub dwoma słowami: społeczeństwo obywatelskie? Margaret Thatcher, powtórzę, miała rację.
Racjonalistyczne i na pozór oczywiste uzasadnienie pluralizmu partyjnego mówi, że stronnictwa mają reprezentować wobec państwa wielość istniejących interesów i opinii. I tak na przykład partia Prawo i Sprawiedliwość ma uzasadnienie w tym, że w Polsce zanika świadomość, iż państwo jest organizacją zbiorowej obrony koniecznej. Ono nie ustanowiło pojęcia obrony koniecznej, lecz wzięło je z prawa naturalnego, gdzie oznacza prawo jednostki do obrony siebie przed napastnikiem. W Polsce prawo obrony koniecznej ma bardzo słabą pozycję w systemie pojęć prawnych i jest ograniczone tyloma warunkami, że w rzeczywistym życiu prawie nie ma dla niego miejsca. Zakłada ono ostre i radykalne rozróżnienie na przestępcę i niewinnego, czego nie chcą uznać autorytety prawnicze, a za nimi (a może przed nimi) sędziowie i prokuratorzy. Jeżeli twierdzi się, jak to czyni na przykład Rzecznik Praw Obywatelskich, że złodziej ma godność jak każdy człowiek, to osłabia się rozróżnienie na przestępcę i człowieka porządnego, za czym idzie osłabienie prawa obrony koniecznej. Znaczna część społeczeństwa jest przekonana, że państwo za pomocą praktyk sądowniczych obniża moralną pozycję człowieka porządnego i przydaje przestępcy godność, której on nie ma. Jak bardzo ludzie cierpią z tego powodu, pokazuje popularność Lecha Kaczyńskiego zdobyta samym tylko jego opowiedzeniem się za przywróceniem dobitnych rozróżnień na ofiary i przestępców, na tych, których bezpieczeństwo jest zagrożone, i na tych, którzy bezpieczeństwu zagrażają. Godny uwagi jest kredyt, jakiego duża część społeczeństwa udzieliła Kaczyńskiemu na podstawie samych tylko intencji. W rzeczywistej swojej polityce partia Prawo i Sprawiedliwość odchodzi od tej idei, która dała jej życie i przekształca się w grupę pragnącą zdobyć władzę za pomocą miotania gróźb i podejrzeń całkowicie oderwanych od elementarnych rozróżnień na ludzi uczciwych i przestępców. Gdy zdobędziemy władzę, zdają się mówić, my będziemy decydować, kto jest uczciwy, a kto przestępcą. Część prawdy, którą ta partia miała wnieść, że się tak szumnie wyrażę, do zbiorowej mądrości obywatelskiej, niknie w programie drugiej dekomunizacji.
Druga dekomunizacja jest najbardziej uchwytnym elementem w programach wszystkich trzech partii, PiS, PO i LPR, które będą stanowiły koalicję rządową po wyborach. Nic prócz tej idei ich nie łączy i nie spaja w jeden obóz. Liderzy tych partii wcale tego nie ukrywają. Korzystają oni z przesłony nieprawdopodobieństwa, ale dobrze pamiętamy, że robienie rzeczy nieprawdopodobnych jest składnikiem polskiego politykowania.
Sojusz Lewicy Demokratycznej został powołany do życia przez potrzebę obrony ciągłości państwa, miał też sprzeciwić się zepchnięciu warstw ludowych do tego niskiego statusu, jaki był ich udziałem w czasach przed Polską Ludową. Partia pomniejszyła to historyczne powołanie w swoim programie, a następnie zupełnie się od niego odwróciła. Liderzy całkowicie stracili orientację i dziś już zupełnie nie mają pojęcia, po co ich partia istnieje. Wszystko, co sami wymyślają, jest niedorzeczne, a jedyna nadzieja w tym, że druga dekomunizacja coś im przypomni i może sprowadzi na właściwą drogę.
Partie w naszym systemie nie reprezentują cząstkowych prawd inaczej niż przypadkowo. Swoje własne namiętności i chęci podsuwają pluralistycznemu społeczeństwu jako rzekomo jego interesy. Wszczepione w siebie nawzajem stanowią osobne społeczeństwo potrzebne tylko sobie.

Wydanie: 35/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy