Miłość w cieniu kapitalizmu

Miłość w cieniu kapitalizmu

Potoczna krytyka słabości społeczeństwa kapitalistycznego skupia się zazwyczaj na jego ekonomicznych aspektach: nierównościach społecznych, bogaceniu się elity finansowej kosztem klas niższych, podporządkowaniu wszystkich działań społecznych logice zysku. Z perspektywy sporów politycznych nie dostrzega się jednak problemów, jakie tworzą zasady rynkowe w sferze kulturowej, moralnej, kontaktów międzyludzkich. Brak całościowej opowieści lewicy o innym świecie to niejedyna przewaga status quo nad możliwymi alternatywami historycznymi. Większym problemem jest kolonizowanie całego życia człowieka przez relacje rynkowo-towarowe.
Kiedy ludzie w życiu codziennym traktują innych czysto instrumentalnie, jak przedmioty, które mogą tylko ułatwić lub utrudnić zaspokojenie egoistycznych interesów, kiedy jedyną przestrzenią relacji międzyludzkich staje się sfera handlowa, a konkurencja z innymi osobami wypiera zupełnie ludzką solidarność, wtedy właśnie następuje odtwarzanie kapitalistycznych reguł, rządzących gospodarką, na poziomie stosunków międzyludzkich. W takich warunkach trudno nawet wyobrazić sobie zachowania oparte na innych motywach niż rynkowa kalkulacja. Tak jak aparat państwa nie może tolerować życia ludzi poza nadzorem systemu biurokratycznej administracji, również kapitalistyczna gospodarka nie może znieść ludzkich zachowań, które radzą sobie bez logiki rynku i pośrednictwa pieniędzy. Życie społeczne oparte na międzyludzkiej solidarności, wzajemnej trosce i pomocy, poczuciu współodpowiedzialności za dobrobyt innych ludzi – takie postulaty w realiach kapitalistycznej kultury brzmią jak niebezpieczna herezja lub co najwyżej naiwna mrzonka. W ten sposób kapitalizm zamienia ludzi w automaty, które potrafią jedynie pokornie pracować, bezmyślnie konsumować, poddawać się rutynie mechanicznego życia i są coraz bardziej wyobcowane. Poczucie samotności i zagubienia rynek obiecuje rozwiązać własnymi mechanizmami – od taniej rozrywki począwszy, poprzez obietnicę osobistego spełnienia wraz z nabyciem odpowiednich towarów, na pomocy „ekspertów” i „specjalistów” od rozwiązywania problemów wszelakich skończywszy. Również tych związanych z poczuciem samotności i alienacji – stąd taka popularność usług psychoterapeutów, wróżek, poradników „szczęśliwego życia”. Rynkowi eksperci obiecują nam, że przyjazny uśmiech, pomoc w potrzebie, ludzką solidarność, możliwość bycia razem można kupić w sklepie, nabyć po odpowiedniej cenie jednym kliknięciem komputerowej myszki lub nauczyć się na specjalistycznych kursach. Stąd powszechność tzw. portali społecznościowych, rozkwit jednostkowej autopromocji i „list kontaktów” w internecie czy też znajomości czysto SMS-owych. Te zjawiska ukazują skalę popytu na rynkowe substytuty silnych więzi społecznych i bliskości z drugim człowiekiem.
Wszystkie te środki zastępcze oferowane przez rynek dają jednak jedynie namiastkę przynależności do ludzkiej wspólnoty. Są to raczej – używając określenia Zygmunta Baumana – „wspólnoty szatniowe”: miejsca, gdzie na krótko i tylko pozornie można poczuć bliskość innych ludzi. Po przedstawieniu, jak w teatrze, każdy zabiera swoje okrycie z szatni i znika w samotnym tłumie. Wirtualne znajomości mają jednak wszystkie cechy relacji społecznych charakterystycznych dla społeczeństwa rynkowego – są zazwyczaj płytkie, powierzchowne, ulotne, kruche, zmienne i niepozostawiające jakichkolwiek konsekwencji w realnym życiu. Zdaniem Baumana w przypadku wirtualnej bliskości „odległość nie jest przeszkodą w tym, by pozostawać w kontakcie, ale utrzymywanie kontaktu nie przeszkadza temu, by zachować bezpieczną odległość. Wirtualną bliskość można zakończyć, dosłownie i w przenośni, jednym przyciśnięciem guzika”. Dokładnie tak samo jak w świecie „realnego kapitalizmu” – umowy i porozumienia można zrywać w każdej chwili. Kiedy stają się obciążeniem i nie są już użyteczne, zostają rozwiązane. Społeczne zobowiązania, stałość reguł gry, dotrzymywanie wspólnych ustaleń – to wszystko jest mało praktyczne i ogranicza jednostkę w królestwie rynku. Dlatego zarówno w życiu prywatnym, jak również w życiu zawodowym i publicznym ludzie unikają zbyt bliskich relacji. Tym bardziej że nigdy nie wiadomo, jakie nowe możliwości kryją się za rogiem. A reklamy obiecują, że nie trzeba wcale czekać na spełnienie marzeń. Wystarczy wyciągnąć kartę kredytową.
Człowiek w kulturze kapitalistycznej nie powinien się przywiązywać ani do miejsca pracy, ani do innych ludzi. Krótkoterminowe zlecenia i nienormowany czas pracy bardziej pasują do obecnych czasów niż staroświeckie stałe umowy o pracę. Eksperci rynkowi mówią wciąż: masz być elastyczny, mobilny, przedsiębiorczy, innowacyjny, nieprzywiązany do miejsca ani do nikogo. Wtedy będziesz bardziej wydajny i efektywny. Łatwo też będzie cię zastąpić kolejnym trybikiem w machinie. W takich warunkach nie jest ważne, co jest dobre dla człowieka, ale co jest właściwe dla dalszego wzrostu systemu.
Na szczęście chłodna kalkulacja rynku nie może pokonać spontanicznych emocji, a ludzka współpraca i empatia nigdy nie staną się towarem, który można kupić w hipermarkecie. Żaden wzrost PKB nie da szczęścia ludziom, jeśli będą nadal pogrążeni w alienacji, a ich życie poddane kolejnym zawirowaniom rynku i kaprysom gospodarki. Ludzka przyjaźń, bliskość i współpraca to potężne siły. Miłość to niebezpieczna sprawa. Politycznie podejrzana. O dużej sile rażenia. Jak mawiał Erich Fromm, „każdy układ społeczny, który wyklucza rozwój miłości, musi po jakimś czasie zginąć na skutek sprzeczności z podstawowymi wymogami ludzkiej natury”. Logika zimnej ekonomii nie zastąpi nigdy ludzkiej współpracy, a technokratyczne komunikaty premiera Tuska i ministra Rostowskiego nie mają szans wobec oczu Katarzyny. Kreśląc zatem lewicową alternatywę, trzeba też pamiętać o niekomercyjnej kulturze i innych niż rynkowe relacjach międzyludzkich.

Wydanie: 38/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy