Nasi mniejsi bracia

Nasi mniejsi bracia

Chcesz wiedzieć, kim naprawdę jest drugi człowiek? To zobacz, jak traktuje zwierzęta, i wszystko będzie jasne. Trochę upraszczam, ale tylko trochę. Bo gdy patrzę na burzę, którą wywołała, niestrategiczna przecież, decyzja Sejmu o zakazie uboju rytualnego, to widzę, jak daleko ciągle naszemu gatunkowi do cywilizacji XXI w. i jak długotrwała zmiana czeka prekursorów. A zanim nastąpi realny przełom w traktowaniu zwierząt, zwolennicy takich zmian będą mocno dostawać po głowach. Czeka ich pełen repertuar nacisków. Od straszenia do wyśmiewania. Tak jest zresztą zawsze, gdy zmiany prawa mocno naruszają interesy dużych grup ludzi. Obrona starego porządku przybiera wtedy, tak jak to się teraz dzieje w Polsce, takie formy, w których demagogia konkuruje z podłością. Padają słowa, których w żaden sposób nie można usprawiedliwić gorączką debaty. Obrońcy barbarzyńskich obyczajów często odwołują się do tradycji religijnych. Ale są i tacy, którym nie brakuje tupetu, by zakaz uboju rytualnego porównywać do praktyk III Rzeszy, a nawet Holokaustu, i uchwałę Sejmu uważać za „najgorszy dzień w życiu diaspory żydowskiej w Polsce od lat 30.”. Słowa Michaela Schudricha, naczelnego rabina Polski, tak bardzo rozmijają się z realiami, że aż korci, by zapytać rabina o stronę finansową uboju rytualnego i skalę opłat otrzymywanych za certyfikaty koszerności wydawane rzeźniom przez rabinów i imamów. O tym mówi się półgębkiem, bo pieniądze odzierają obrońców uboju rytualnego z szat bezinteresownych wyłącznie zwolenników tradycji religijnej. To dyskretne milczenie nie zmienia przecież dość oczywistego faktu, że produkcja żywności koszernej to wielki biznes. Tak wielki, że w jego obronie padnie jeszcze wiele pseudoargumentów, których celem jest przecież wyłącznie jedno. Obrona status quo. W podobnym duchu utrzymana jest też wypowiedź prof. Pawła Śpiewaka, który pisze, że decyzję Sejmu można traktować jako „antyjudaistyczną o posmaku antysemickim”.
A gdzie w tym wszystkim są zwierzęta, panie profesorze? Trzeba mieć, delikatnie mówiąc, bardzo obniżony poziom wrażliwości, by spokojnie czytać realistyczne do bólu opisy uboju zwierząt w naszych rzeźniach. A opowieść o tym, że tego uboju dokonują u nas rzeźnicy, zwani z hebrajska szochet, którzy zanim zostaną dopuszczeni do zawodu, muszą pięć lat studiować, ucząc się praw religijnych i anatomii zwierząt, świadczy, niestety o tym, że jej autor żyje w świecie ułudy. I nie wie, że w praktyce polscy ubojnicy, bo tak ich nazywają, to częściej przypadkowi ludzie, których przy tej barbarzyńskiej metodzie trzymają wyłącznie pieniądze. Właściciele rzeźni i ich pracownicy mówią często, że przecież zawsze tak było. Komu więc to teraz zaczęło przeszkadzać? Spisek jakiś? Do nich argumenty o barbarzyństwie takich metod zabijania zwierząt jeszcze długo nie trafią. Nie rozumieją ich. Tak jak nie rozumieją protestów przeciwko maltretowaniu koni wożących turystów do Morskiego Oka. Czy protestów przeciwko trzymaniu psa na łańcuchu. Nasze ojce tak robili, to i my tak będziemy. Nie będziecie, bo świat bardzo szybko się zmienia. Zmieniać się więc musimy i my. A im szybciej to nastąpi, tym lepiej. I mądrzej. Obrońcom uboju rytualnego dedykuję zaś starą zasadę, że jak czemuś nie można się przeciwstawić, to trzeba szukać sposobu, by się odnaleźć w nowych realiach. Sejm podjął decyzję i trzeba ją wspierać, organizując się przeciwko barbarzyńskim obyczajom. Od skali społecznego poparcia zależą przecież kolejne decyzje cywilizujące relacje człowieka ze zwierzętami.

Wydanie: 33/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy