Pomyślmy o Jugosławii

Pomyślmy o Jugosławii

Rozpad Jugosławii należy do najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w Europie po drugiej wojnie światowej. „Społeczność międzynarodowa”, która w końcu wzięła sprawy w Jugosławii w swoje ręce, jakoś nie kwapi się z przedstawieniem bilansu swojej polityki i wojny z Serbią. Taki bilans miałby wymowę oskarżenia sprawców rozbicia Jugosławii. Może najmniej oskarżałby samych byłych Jugosłowian, działających w afekcie, porwanych przez dzikie namiętności wojny domowej. Żadnych za to okoliczności łagodzących nie widać dla rządów obcych, zwłaszcza dla rządu amerykańskiego, który użył najwymyślniejszych broni przeciw Serbom, narodowi najbardziej wskutek rozpadu Jugosławii poszkodowanemu. Nie widać też usprawiedliwienia dla wielkich mediów europejskich i amerykańskich, które przebieg wydarzeń na Bałkanach od początku do końca przedstawiały w sposób fałszywy. „Nigdy, absolutnie nigdy nie przeżyłem takiego szaleństwa propagandowego, takiego terroryzmu intelektualnego, takiego szerzenia dezinformacji, takiej fali kłamstw i takiego tumanienia ludzi” – pisał podczas wojny kosowskiej Jean-François Kahn, jeden z czołowych publicystów francuskich (cytuję za „Figaro Magazine”). Wydawało mi się wówczas, że jestem krytyczny wobec antyserbskiej propagandy. Teraz zaczynam zdawać sobie sprawę, jak wiele z niej wchłonąłem.
Ukazała się książka profesora Marka Waldenberga „Rozbicie Jugosławii. Od separacji Słowenii do wojny kosowskiej”. Autor cieszy się w Polsce i za granicą zasłużoną reputacją wybitnego uczonego, umiarkowanego w swoich przekonaniach i niezwykle rozważnego w sądach. Należał do tych nielicznych, którzy z góry ostrzegali, że rozpad Jugosławii nie dokona się pokojowo i kto się do tego rozpadu przyczynia, bierze swoją część odpowiedzialności za rozlew krwi. Czy mógł ktokolwiek znający Bałkany liczyć na to, że Serbowie biernie zniosą przekształcenie wewnątrzjugosłowiańskich granic administracyjnych w granice międzynarodowe, w wyniku czego 2-3 miliony spośród nich musiało się znaleźć za granicą, i to wśród narodów im wrogich? Tym mniej można było na to liczyć, gdy oznajmiono Serbom, że prawo do narodowego samostanowienia mają Chorwaci, Słoweńcy, Muzułmanie w Bośni, lecz nie Serbowie w tejże Bośni czy w Krainie.
Profesor Waldenberg przedstawia w udanym skrócie historię kształtowania się najpierw idei, a następnie państwa jugosłowiańskiego i z tej historii wynika, że Jugosławia nie była państwem sztucznym. Prawdziwie sztuczne, politycznie wykombinowane było państwo Bośni i Hercegowiny, stanowiące zlepek kultur i nienawidzących się (jak się okazało) narodowości. I właśnie ta sztuczność Bośni wydała się zwolennikom multikulturalizmu argumentem za niepodległością. Gdzieś przecież intelektualiści medialni musieli znaleźć kraj, w którym urzeczywistniałaby się ich ideologiczna chimera. Bośnia jednak ze wszystkich miejsc w Europie najmniej nadawała się na multikulturowy i multietniczny Eden. Wykreowany na światłego, prozachodniego przywódcę Izetbegović słabo ukrywał swoje dążenie do przekształcenia Bośni w państwo muzułmańskie.
Prawie cały świat uwierzył, że w stosunkach z Albańczykami z Kosowa stroną prześladującą byli Serbowie. Waldenberg rozprawia się i z tym mitem. Nawet tak elementarna prawda jak ta, że ludność serbska w Kosowie była mniejszością, coraz bardziej szykanowaną, coraz dotkliwiej prześladowaną (zwłaszcza w okresie gdy Kosowo miało autonomię) i w końcu wypędzoną, z trudem dociera do świadomości Europejczyków. Nieprawda, że Serbowie przeprowadzali czystki etniczne w Kosowie, nieprawda, że przed bombardowaniami amerykańskimi groziła tam katastrofa humanitarna; nie zapobiega się zresztą katastrofie humanitarnej, bombardując kraj.
Doniesienia medialne o okrucieństwie Serbów trzeba skorygować dwojako. Najpierw podzielić liczby ofiar przez sto. Wynik, jaki się uzyska, podzielić następnie między Serbów, Chorwatów, Muzułmanów i Albańczyków. Nie można przecież w dobrej wierze przyjąć, że akurat Serbowie wyróżniają się szczególnym okrucieństwem. Wszystkie strony walczyły podobnymi środkami, z tym że Chorwatom i Albańczykom bardzo wydatnie pomagali Amerykanie. Propaganda głosiła, że Serbowie masowo gwałcili zwłaszcza kobiety muzułmańskie, a liczbę ofiar szacowano nawet na 100 tys. (W ogóle najchętniej liczono ofiary w setkach tysięcy). Dziś, po dość dokładnych badaniach, mówi się o 5 tysiącach ofiar gwałtów we wszystkich grupach narodowościowych razem. Także w polskiej prasie można było przeczytać, że taki Szeszelj chciał wydłubywać oczy zardzewiałą łyżką albo że Serbowie grali w piłkę odciętymi głowami. Jeżeli te archaiczne toposy propagandy wojennej mają jakieś odniesienie do rzeczywistości, to tylko do rzezi, jakie chorwaccy faszyści urządzili Serbom podczas ostatniej wojny. Było to po Holokauście najniesamowitsze wydarzenie ostatniej wojny. Dopiero na trzecim miejscu trzeba postawić eksterminację ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. „Demonizowanie Serbów – pisze Waldenberg – przybrało nasilenie i charakter nieznane w powojennej historii Europy. Można by je porównać z kampanią antysemicką prowadzoną w latach 30. w niektórych krajach europejskich. Jednakże autorem ówczesnej żydożerczej kampanii była niemal wyłącznie nacjonalistyczna i faszystowska część prasy prawicowej, natomiast teraz histeryczną kampanię antyserbską prowadziły również media o charakterze lewicowym i czyniły to bardziej gorliwie niż te o orientacji prawicowej” (s. 202).
Moim zdaniem, do najcenniejszych części „Rozbicia Jugosławii” należy analiza politycznej strony wojny NATO (właściwie Amerykanów) z Serbią o Kosowo. Jakie były rzeczywiste cele tej wojny, do dziś pozostaje kwestią hipotez i domysłów. Autorytety amerykańskie i NATO-wskie oznajmiały, że chodziło o położenie kresu katastrofie humanitarnej, ale przed bombardowaniami takiej katastrofy nie było i nic – prócz wojny – jej nie zapowiadało. Drugim celem miało być „zachowanie multietnicznego charakteru i stworzenie warunków do zgodnego współżycia różnych grup etnicznych”. Niczego podobnego w byłej Jugosławii (z wyjątkiem Słowenii i samej republiki serbskiej) nie osiągnięto. Stabilizacji politycznej na Bałkanach nie ma. Jeden tylko z proklamowanych celów został osiągnięty: obalenie Miloszevicia. Wojna jako metoda obalenia prezydenta mającego (do czasu bombardowań) poparcie większości społeczeństwa to pomysł dość horrendalny. Czegoś się jednak rządy demokratycznego supermocarstwa uczą od porywaczy: gdy jakiś przywódca, dyktator albo niedyktator, im nie odpowiada, biorą w zakład społeczeństwo i mówią owemu dyktatorowi: żądamy, abyś się poddał, jeśli tego nie zrobisz, odetniemy społeczeństwu najpierw palec, potem zbombardujemy mosty, elektrownie, zakłady petrochemiczne, będą „szkody uboczne” w ludziach. Zlitujże się okrutny dyktatorze nad swoim narodem i ustąp!
Dodam na zakończenie, że w wojnie z Serbią o Kosowo niektórzy dopatrzyli się też jasnej strony. W każdym razie największy filozof niemiecki, Jurgen Habermas, się dopatrzył. Rozpoczęcie wojny traktował jako początek nieustającej walki o urzeczywistnienie praw człowieka, która nie może krępować się suwerennością państw. „Wojna w Kosowie – oświadczył ten wielki filozof – mogłaby oznaczać skok na drodze do ustanowienia obywatelstwa światowego”.

Wydanie: 3/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy