„Myśmy wszystko zapomnieli…”

Największym wzięciem cieszą się u nas zdania głupie. Trudniej jest natomiast zdaniom mądrym, wymagającym namysłu. Dlatego cieszę się, że artykuł prof. Barbary Skargi „Inteligencja zamilkła” („GW” 14-15.01.br.) spotkał się jednak z jakim takim odzewem, mimo że jest mądry.
Pani profesor zastanawia się w nim nad tym, dlaczego teraz, kiedy polityka polska weszła w niebezpieczny zakręt, a dookoła wyłażą upiory przeszłości – prowincjonalizm, ksenofobia, antysemityzm, szowinizm, ekscesy katofaszyzmu – inteligencja polska, a więc warstwa ludzi wykształconych, kulturalnych, o szerszych horyzontach myślowych, siedzi oniemiała, bojąc się zabrać głos. Na koniec zaś prof. Skarga dochodzi do smutnego wniosku, że być może w nowym systemie nie tylko politycznym, ale i gospodarczym, opartym na władzy pieniądza, „dla inteligencji nie ma już miejsca”, a odrodzi się ona – albo nie – w przyszłych pokoleniach.
Przeżyłem już kilkanaście burzliwych dyskusji o inteligencji polskiej, poczynając od tych z końca lat 40., które wzniecał prof. Chałasiński, i wiele z nich prowadziło do wniosku, że „inteligencja się skończyła”. Przypomina to podobne dyskusje o „końcu powieści”, na które Kazimierz Brandys odpowiedział wreszcie jakiemuś polemiście, że „kiedy powieść się skończy, to proszę do mnie zadzwonić”.
Nie będę na tym miejscu powtarzał chlubnych kart inteligencji polskiej, które przywołuje prof. Skarga, nie pomijając przy tym uczciwie rozkwitu kultury artystycznej i literackiej w PRL-u, „dziś opluwanym ze wszystkich stron”. Ciekawe jest jednak zdanie, że inteligencja dzisiejsza działa w kraju, „gdzie się jej wyraźnie nie lubi”. Tym ciekawsze, że podobną opinię wygłosił niedawno w „Polityce” prof. Ludwik Stomma, a więc może istotnie coś jest na rzeczy? Potwierdza to zresztą reakcja na artykuł prof. Skargi ze strony „Rzeczpospolitej”, gdzie pan Bratkowski radzi nadętej inteligencji, aby poszła do dyskoteki, zobaczyć, jak wygląda życie.
Prof. Skarga pisze, że tradycyjna, dawniejsza inteligencja polska „uznała za swoje ideały oświecenia i usiłowała je krzewić”, a w okresie międzywojennym była „otwarta, laicka, tolerancyjna, najczęściej piłsudczykowska, z sympatiami lewicowymi”.
Otóż jeśli mówimy o kryzysie inteligencji polskiej, którego objawem jest jej obecne milczenie, to jednym z jego źródeł jest odejście od tego modelu.
Czy inteligencja polska jest nadal oświeceniowa?
Oczywiście, że nie. Na jej postawy od dłuższego już czasu większy wpływ wywiera duszpasterstwo środowisk twórczych niż pisma Krzywickiego, Nałkowskiego, Ossowskich, nie mówiąc o Boyu-Żeleńskim. Francis Wheen w książce „Jak brednie podbiły świat” pokazuje, że odejście od ideałów oświeceniowych na rzecz nie tylko religii, lecz także najrozmaitszych kultów spirytystycznych jest zjawiskiem światowym i aż strach bierze, gdy się czyta, jak władcy dzisiejszego świata, prezydenci i generałowie, zasięgają opinii chiromantek przed wydaniem wojen czy rozkazu bombardowań. A więc pod tym względem nie jesteśmy wyjątkiem, choć nie ma się z czego cieszyć.
Czy nasza inteligencja jest tolerancyjna?
Weźmy do ręki „Codziennik”, nową książkę Daniela Passenta, aby poczytać o aktach nietolerancji, opluwaniu i intrygach, w których pławią się środowiska twórcze i dziennikarskie (jeśli dziennikarzy także zaliczyć do inteligencji, w co Passent nieśmiało powątpiewa).
Czy jest lewicowa? Noblista Dario Fo mówił, że inteligent, który nie jest lewicowy, nie jest inteligentem, ale dajmy sobie z tym spokój…
Inteligencja polska oderwała się od korzeni intelektualnych, które stanowiły jej siłę.
Za jej obowiązkowy gest społeczny uznano wyłącznie gest protestu – wobec przemocy, łamania praw człowieka, ograniczania wolności narodu, a obecne pokolenie inteligencji polskiej jako swój gest wymienia protest wobec rządów komuny, tym śmielszy zresztą, im bardziej komuna była już spsiała i bezsilna.
Nie zamierzam umniejszać tych zasług, ale warto zwrócić uwagę, że być może współczesna inteligencja polska „jest wyraźnie nielubiana” przez większość społeczeństwa nie tylko dlatego, że zabrakło jej siły i odwagi na podobne gesty obecnie, gdy lękliwie zamilkła, ale również dlatego, że gest sprzeciwu jest zaledwie połową tego, co należy do jej obowiązków. Drugą zaś połową musi być wysiłek intelektualny, prowadzący w przyszłość.
U nas z emfazą mówi się o buncie inteligencji polskiej, natomiast milczy o jej niedowładzie myślowym. Widać to od początku naszej transformacji ustrojowej. Inteligencja stanęła wówczas po stronie ludu, wypijając w telewizji szampana za „własny dom”, ale nie pomyślała, co dalej. W kraju, który wydał takich ekonomistów jak Kalecki czy Lange i gdzie uczeni ci zdołali wychować swoje szkoły, reformę gospodarczą oddano w ręce drugorzędnych strategów, których jedynym pomysłem był „powrót do wypróbowanych metod gospodarowania”, wyprowadzonych głównie od pobieżnie przeczytanego Adama Smitha (1723-1790). Zauważył to pod koniec życia Jacek Kuroń, gdy było już za późno, a Aleksander Małachowski pisał, że inteligencja dała się prowadzić w tę stronę „jak stado baranów”.
Podobny brak konceptu dotyczy sfery społecznej i kulturalnej, a także politycznej, również w wymiarze międzynarodowym. O wszystkich tych sprawach decyduje dzisiaj w większym stopniu poseł Cymański (który wyznaje w „Dużym Formacie”, że w szkółce parafialnej nauczył się płynnie mówić na każdy temat przez dowolną ilość czasu, co przydaje mu się teraz w polityce) niż polscy inteligenci i intelektualiści. Nie tylko dlatego, że przytłumiły ich biznes i kultura masowa, ale dlatego, że brak im twórczej siły albo twórczej odwagi, aby przeciwstawić się temu baraniemu pędowi.
Inteligencja milczy w Polsce, bo zapomniała o swoim obowiązku nie tylko protestu, ale i twórczości, opartej na wiedzy, tolerancji, tradycji rozumu i oświecenia. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, pisze Wyspiański w „Weselu” i można to powtórzyć dzisiaj o polskich inteligentach.
Na świecie jest więcej kapitału i więcej dyskotek niż u nas, ale inteligencja nie ginie, a opinia publiczna liczy się z głosem Rifkina, Derridy, Rorty’ego, Grassa, Dahrendorfa, Baudrillarda czy Friedmana, których wymieniam tu niezależnie od głoszonych przez nich poglądów, zarówno światłych, jak i niedorzecznych. Ale wszyscy oni spełniają obowiązek intelektualistów, a więc nie tylko protestują, lecz także myślą.
Jeśli dzisiaj inteligencja chce więc być lubiana, a tym bardziej szanowana przez społeczeństwo, musi mu odważnie powiedzieć, w którą stronę powinno ono iść, przedstawić mu na własną odpowiedzialność wizję, ku której warto zmierzać, i zagrożenia, które na nas czyhają. Ubolewania nad utratą pozycji społecznej przez warstwę inteligencką w Polsce trzeba zacząć od niej samej, od jej kondycji umysłowej i moralnej.

 

Wydanie: 5/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy