Złoty wiek i analogie

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Mamy w Polsce coś w rodzaju kultu XVI w. Całkiem słusznie, bo to stulecie względnego pokoju, unii lubelskiej, chwały Jagiellonów, renesansu, wygranych wojen z Moskwą, Batorego, a już szczególnie literatury. W XVI wieku żyli przecież i Rej, i Kochanowski, i Szymonowicz, i Frycz Modrzewski, i wreszcie Kopernik. Złoty wiek. Równocześnie nie jest to stulecie “modne”, o wiele większe znaczenie przywiązuje się do średniowiecza albo czasów baroku. Kto i po co czytuje dziś Reja? A tak po prawdzie i Kochanowskiego? Żywy i aktualny jest Sęp Szarzyński, ale to przecież wyraźny prekursor XVII w. Tak naprawdę chlubimy się XVI w., lecz piszemy o nim rzadko. Czy są jakieś wybitne powieści polskie poświęcone temu czasowi? Nie bardzo. Sienkiewicz oparł “Trylogię” na wieku XVII, a znowu “Krzyżaków” na początkach XV w. Pewnie, że coś się tam wydłubie, od Kraszewskiego po Flukowskiego i Auderską, ale to przecież nie to. Czasy szczęśliwe są zarazem nudne, niestety.
Nie były one nudne ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Uświadomiłem to sobie wyraźnie, czytając właściwie przez przypadek monografię Richarda Mackenneya, profesora uniwersytetu w Edynburgu, “Europa XVI wieku”. Nie ma w jego obrazie miejsca dla Polski, poświęcił jej zaledwie kilka wzmianek. Ale właśnie dlatego wyłania się z niej obraz bardzo ciekawy, a o Polsce można sobie przeczytać w książkach polskich historyków. Jeden wniosek jest jednak nieodparty – mimo że Polska była w tym czasie niemal imperialna, jej wpływ na dzieje powszechne pozostawał znikomy.
Chcę powiedzieć wyraźnie: nie uważam tego za żadne nieszczęście, może to i lepiej. Dzięki temu uniknęliśmy, przynajmniej w owym czasie, wielu nieszczęść i nie wyrządziliśmy tak znowu wiele krzywd innym narodom. Ale straciliśmy szansę uczynienia polszczyzny językiem światowym, jeśli nie liczyć Rosji. A tak w ogóle to tkwiliśmy w spokojnym oku cyklonu, który szalał wszędzie dookoła. Mackenney streszcza rzeczywistość europejską XVI w. w formule “wewnętrzny konflikt i zewnętrzna ekspansja”. Wewnętrzny konflikt to oczywiście reformacja i katolicka kontrreformacja. Na to nakładał się konflikt Hiszpanii z Francją czy – mówiąc ściślej – Habsburgów władających Niemcami i Hiszpanią z francuską dynastią Walezjuszy. Wiek XVI bywa nazywany po prostu “wiekiem hiszpańskim”, bo właśnie Hiszpania doszła w nim do szczytu potęgi i runęła. Spór dotyczył przede wszystkim terenu Włoch, gdzie unicestwiono prawie całkowicie świecką władzę papieży, ograniczając ją do państwa kościelnego.
Ale prawdziwym czarnym ludem ówczesnego świata była potęga turecka, z którą trzeba było wciąż i wciąż od nowa walczyć. To w owym czasie prawie nie dotyczyło Polski, ale presja islamu sięgała od Moskwy po Gibraltar. Ekspansja samej Hiszpanii wynikała, według Mackenneya, z rekonkwisty, czyli odbierania Maurom Hiszpanii. Raz nabrawszy rozpędu, Hiszpanie wraz z Portugalczykami ruszyli na podbój Ameryki, tworząc w ten sposób wzorzec imperium kolonialnego, naśladowanego później przez Anglię, Francję, Holandię i Belgię. Tak czy owak, Polacy właściwie nie należeli do wspólnoty ówczesnych dążeń.
Autor chyba nie docenia polskiego epizodu reformacyjnego – bo to jednak był epizod. Co prawda niesłychanie dla nas ważny, bo to on przede wszystkim sprowokował powstanie piśmiennictwa narodowego i chyba zadecydował o tym, że Polska nie wmieszała się w religijne spory niemieckie, a przynajmniej nie zbrojnie. Ale jeśli Hamlet studiował w Niemczech, to Kochanowski we Włoszech, mówiąc przenośnie. W sumie to sprawia trochę zabawne wrażenie, oglądać świat z perspektywy Hiszpanii. Chociaż wiemy, że był trochę później niesłychanie mocny akcent hiszpański – jezuici. Jednak czy dzięki nim Polska stała się rzeczywiście nieco bardziej europejska? Co już znacznie łatwiej na w. XX przełożyć, ale w nie bardzo, nie bardzo pozytywnym znaczeniu…

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy