Kłopot z Idą Fink

Kłopot z Idą Fink

Dziesięć lat temu, 27 września 2011 r., zmarła Ida Fink. Znana, ceniona, tłumaczona na kilkanaście języków i nagradzana przez różne państwa, jest w świadomości szerszych kręgów polskiego społeczeństwa raczej nieobecna. Przypomnijmy zatem: urodziła się w pamiętnym z Sienkiewiczowskiej Trylogii Zbarażu, w całkowicie spolonizowanej, inteligenckiej rodzinie żydowskiej Franciszki i Ludwika Landauów. Po maturze podjęła studia pianistyczne w konserwatorium we Lwowie, ale po nastaniu okupacji niemieckiej znalazła się z rodziną w zbaraskim getcie. Uciekła z siostrą, z wyrobionymi przez ojca aryjskimi papierami, i przez dwa i pół roku – w stałym zagrożeniu życia, kamuflując się, uciekając i zmieniając tożsamość – przebywała „na robotach” w Niemczech. Po wojnie wróciła do Polski, oczywiście nie do swej domowej ojczyzny, lecz na Ziemie Zachodnie: do Kłodzka, potem Wrocławia. Miała 36 lat, gdy wyemigrowała do Izraela.

Dopiero tu nauczyła się współczesnego hebrajskiego, ponieważ jej językiem ojczystym był zawsze polski. Ale gdy w roku 1971 wydała w Tel Awiwie pięć kilkunastostronicowych hebrajskojęzycznych bajek dla dzieci, mogło się zdawać, że stanie się pisarką hebrajską. Tymczasem zaraz potem, z jeszcze większą determinacją, wróciła do polszczyzny. Zmarły w 1983 r. jej mąż, inżynier Bruno Fink, nie zdążył już jej poznać w nowej roli. Zbiór napisanych po polsku opowiadań „Skrawek czasu” wydano wprawdzie w 1974 r., ale w przekładzie na hebrajski. W języku oryginału opublikował go dopiero w roku 1987 polski emigracyjny „Aneks”. Również nakładem „Aneksu” ukazała się w 1990 r. powieść wspomnieniowa „Podróż”. A opowiadania zebrane „Odpływający ogród” wydano w 2002 r. w Warszawie.

Dorobek pisarski Idy Fink jest szczuplutki: w zasadzie tylko jedna powieść i kilkadziesiąt opowiadań. W dodatku jest to dorobek monotematyczny: mówi niemal wyłącznie o Zagładzie. Ale to pisarstwo działa jak błysk, jak rażenie prądem. Lapidarność i ascetyzm opowiadań przypominają „Medaliony” Zofii Nałkowskiej. Dramatyczne zwroty akcji w „Podróży” przywodzą na myśl „Kuriera z Warszawy” Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tyle że w tym ostatnim wypadku widać między obojgiem autorów zasadniczą różnicę: „Wasza śmierć i nasza śmierć, / To dwie inne śmierci”, pisał Władysław Szlengel, poeta polsko-żydowski.

Konstanty Gebert przypomniał ostatnio w „Polityce”, że przez długie dziesięciolecia Izrael był jedynym poza Polską krajem, którego elity posługiwały się na co dzień językiem polskim. Dlaczego Polacy tego nie wykorzystali (i nie wykorzystują) – to temat na inne rozważania. Tu zauważmy jedną tylko oczywistość: wszak w tym właśnie zjawisku – polskości Izraela – kryje się też polski fenomen Idy Fink. Choć ma on korzenie sięgające znacznie głębiej w przeszłość i niedotyczące wyłącznie polskich Żydów. Polszczyzna była od XVI w. językiem piśmiennictwa także innych niż polski narodów Rzeczypospolitej. Można było deklamować (jak czynił to prawosławny arcybiskup Łazarz Baranowicz), że „póki świat światem, nie będzie Rusin Polakowi bratem”, ale nawet te słowa pisało się po polsku. Gdyby wydać w językach oryginalnych pisma zebrane Bohdana Chmielnickiego, okazałoby się, że znaczna ich część powstała w języku polskim.

Polszczyzna przekraczała granice etniczne. Nosimy ze sobą ten bagaż, skoro mówimy i piszemy po polsku. Dopiero w czasie zaborów Ukraińcy, Białorusini, Litwini, a także Żydzi, odkryli swe gwary ludowe, bądź języki potoczne, i podnieśli je do rangi języków pisma. Ale jedynie polscy Żydzi, piszący dotąd niemal wyłącznie po hebrajsku, zaczęli wtedy tworzyć nie tylko w swym języku mówionym, jidysz, nie tylko w języku zaborców, rosyjskim czy niemieckim (co i Polakom się zdarzało), lecz i po polsku. Czyli: po hebrajskim i jidysz polszczyzna stała się trzecim językiem polskiego Żydostwa. Twórczość Idy Fink dlatego dotyka intymnych pokładów polskiej świadomości, że z jednej strony stanowi świadectwo najstraszniejszej zbrodni, jaka kiedykolwiek dokonała się na ziemiach polskich, z drugiej zaś – jest ostatnim ogniwem literatury polskiej tworzonej przez narody inne niż polski.

Zgon Idy Fink przeszedł niegdyś niemal bez echa – tak jak bez echa minęła w tym roku setna rocznica jej urodzin. A przecież Fink należy do rocznika 1921, do „pokolenia Kolumbów”, z którego przyszła na świat najwcześniej, niemal jeszcze w roku 1920. Starsza o 11 dni od Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, o kilka miesięcy od Wacława Bojarskiego, Leona Zdzisława Stroińskiego, Romana Bratnego, Tadeusza Różewicza, Stanisława Lema… I oto kłopot. Czy bowiem w panteonie polskiego rocznika 1921 zmieści się Żydówka pisząca po polsku? Żydówka i Polka w jednej osobie, a rodem nie z Polski nawet, lecz z dzisiejszej Ukrainy? Tymczasem to Polska właśnie.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 40/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy