Tag "Izrael"

Powrót na stronę główną
Świat

O czym są izraelskie wybory?

W narracjach podczas kampanii wyborczej w Izraelu dominują sprawy wewnętrzne

Szósty rząd Beniamina Netanjahu zostanie zapamiętany nie tylko dlatego, że składa się w dużej mierze z partii prawicowych i prowadzi najdłuższą ciągłą wojnę w historii Izraela, do tego na wielu frontach, i przejmuje kontrolę nad kolejnymi terytoriami (oficjalnie jako tymczasowy środek bezpieczeństwa). To także pierwszy od prawie 40 lat moment, gdy Kneset nie rozwiązał się przed planowanym końcem kadencji.

Ostatni raz było tak w 1988 r., gdy urzędującym premierem był Icchak Szamir, znany w Polsce przede wszystkim za sprawą kontrowersyjnego wywiadu z 1989 r., podczas którego powiedział, że Polacy antysemityzm „wysysają z mlekiem matki”. Słowa te, powtórzone przez Israela Katza, p.o. ministra spraw zagranicznych, w 2019 r. wywołały kryzys dyplomatyczny.

27 października Izraelczycy pójdą do urn, by wybrać kolejny rząd. Odchodzący blok Likudu, partii religijnych i skrajnej prawicy, ma obecnie ponad 60 miejsc w 120-osobowym parlamencie, ale utrzymanie tego poziomu może okazać się wyzwaniem. Dzisiaj wielu Izraelczyków oczekuje, by w kraju powstała niezależna komisja, która zbadałaby odpowiedzialność rządu za zaniedbania, które pozwoliły Hamasowi na atak 7 października 2023 r. Temat powstania komisji ciągnął się przez całą kadencję.

Atak, w którym zginęło 1,2 tys. Izraelczyków, a 251 uprowadzono do Gazy, określany jest jako największe zaniedbanie bezpieczeństwa narodowego w historii Izraela. To o tyle kuriozalne, że kwestia bezpieczeństwa była tematem, dzięki któremu Beniamin Netanjahu wygrał niejedne wybory.

Opozycja bardzo szybko podniosła kwestię powołania komisji państwowej, lecz rząd Netanjahu do samego końca opierał się przed wzięciem odpowiedzialności za porażkę, jaką poniósł 7 października, i obarczał nią przede wszystkim służby i wojskowych. Ostatecznie jednak w grudniu 2025 r. parlamentarzysta z Likudu Ariel Kallner zaproponował ustawę, na mocy której miałaby powstać komisja mianowana przez ugrupowania polityczne, ale pomysł odrzuciła opozycja, domagając się uruchomienia śledztwa niezależnego od politycznych nominacji.

W połowie lipca Netanjahu poinformował Sąd Najwyższy, że pomimo trwających od grudnia prac, nie uda mu się doprowadzić do głosowania nad ustawą do końca kadencji i zostanie ona ukończona po 27 października. Premier wezwał też sąd do odrzucenia złożonych w ostatnich trzech latach petycji domagających się utworzenia komisji, gdyż – jak podkreślił – zadecydują o tym wyborcy przy urnach.

Zdaniem Netanjahu winę za tę opieszałość ponosi przede wszystkim regulamin Knesetu i inne harmonogramy, nietrudno jednak zauważyć, że przecież prace nad innymi kontrowersyjnymi ustawami trwały, a nawet część z nich udawało się przyśpieszyć. Tak było w przypadku ustaw ograniczających uprawnienia prokuratora generalnego do nadzorowania działań rządu.

Lapid-Bennett po raz drugi

Nadchodzące wybory będą inne od poprzednich także dlatego, że odpowiedzialność rządu za zaniedbania związane z wydarzeniami 7 października będzie najważniejszym motywem kampanii.

Można było to zauważyć już w kwietniu, gdy start pod jednym szyldem ogłosiło dwóch byłych premierów, Jair Lapid i Naftali Bennett, którzy zdecydowali się utworzyć wspólną listę wyborczą pod wymowną nazwą BeJachad (Razem). Politycy, którzy tworzyli wspólnie rząd od czerwca 2021 r. do końca 2022 r., podczas konferencji, na której ogłosili fuzję, zapowiedzieli, że kwestia powstania komisji będzie jedną z kluczowych, jeśli uda im się ponownie zbudować rząd. „Po 30 latach nadszedł czas, by pożegnać się z Netanjahu i rozpocząć nowy rozdział”, mówił Naftali Bennett na konferencji w luksusowym hotelu w Herclijji, nawiązując do tego, że Netanjahu po raz pierwszy fotel premiera objął w 1996 r. i jest dzisiaj najdłużej urzędującym premierem Izraela w historii.

Bennett, dawny koalicjant Netanjahu, żołnierz, przedsiębiorca i prawicowy polityk, był w 2021 r. pierwszym ortodoksyjnym Żydem, który został premierem Izraela. Stąd jego wizerunek przez lata kojarzył się przede wszystkim z ciemnym garniturem, krawatem i nieodzowną kipą na głowie. Dzisiaj w kampanii uderza w inne tony. Dużo mówi o pracy i naprawianiu, a eksperci od wizerunku ubrali go w dżinsy i T-shirt, zakładając, że w ten sposób lepiej trafi do młodszych wyborców i osób pracujących. W takim stroju w ostatnich

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Osadniczy terror

Żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu prowadzą kampanię strachu, wykorzystując taktyki znane z działań Państwa Islamskiego

Zachodni Brzeg Jordanu jest w coraz trudniejszej sytuacji. Teren, który według porozumień z Oslo miał się stać w przyszłości częścią niepodległego państwa palestyńskiego, nieustannie terroryzują siły izraelskie i fanatyczne grupy uzbrojonych i zamaskowanych osadników żydowskich, których wciąż przybywa. A przecież z punktu widzenia prawa międzynarodowego żydowskie osiedla na terytoriach palestyńskich są nielegalne.

Dla Izraelczyków jednak legalność ma niewielkie znaczenie. W ich narracji Zachodni Brzeg to dzisiaj „terytoria sporne”, a znaczna część klasy politycznej i obywateli jest wrogo nastawiona do koncepcji jakichkolwiek ustępstw terytorialnych wobec Palestyńczyków. Stąd rosnąca liczba osiedli i samych osadników.

Na Zachodnim Brzegu Jordanu, terenach, które Żydzi nazywają Judeą i Samarią, żyje obecnie przynajmniej 540 tys. osadników. Zalicza się do nich często także niemal 250 tys. żydowskich mieszkańców Jerozolimy Wschodniej, którą Palestyńczycy uznają za potencjalną przyszłą stolicę ich państwa, na co nigdy w porozumieniach i propozycjach pokojowych nie przystali Izraelczycy. Bywało to powodem przerywania rozmów. Jerozolima jest w końcu miastem świętym dla Żydów, a dla Palestyńczyków Al-Kuds – takie miano nosi w języku arabskim – to nie mniej istotne centrum religijne i ośrodek kultury.

Rosnąca liczba żydowskich osadników i ich domów jest dla Palestyńczyków problemem o tyle, że kurczy się obszar, na którym mogą żyć i swobodnie się poruszać. Około 60% Zachodniego Brzegu to dzisiaj tzw. Strefa C, pozostająca pod wyłączną kontrolą izraelską. Właśnie tam znajduje się większość żydowskich osiedli, w tym już dość duże i uznawane za legalne przez izraelskie władze miasta Modi’in Illit z populacją sięgającą 90 tys. czy Ariel – znane z uniwersytetu, na którym kształci się ok. 17 tys. studentów.

Znaczna liczba Palestyńczyków mieszka w Strefie A, która oficjalnie pozostaje pod wyłączną kontrolą Autonomii Palestyńskiej. W praktyce wyłączność ta funkcjonuje dziś jedynie na papierze.

Ostatni chrześcijański przyczółek

Przekonali się o tym m.in. mieszkańcy At-Tajjiby, ostatniej wyłącznie chrześcijańskiej miejscowości na terenie Autonomii Palestyńskiej. At-Tajjiba jest już miejscem wymierającym. Funkcjonują tu trzy parafie – rzymskokatolicka, greckokatolicka i melchicka. Ojciec David P. Khoury, który prócz tej drugiej prowadzi lokalną szkołę i aktywnie działa na rzecz konserwacji zabytków, wspólnie z proboszczem parafii melchickiej o. Jackiem Abedem zebrali środki na budowę 16 mieszkań dla potrzebujących parafian z At-Tajjiby. Ojciec Jack Abed jest postacią bardzo popularną, zwłaszcza wśród odwiedzających miejscowość. Chętnie zaprasza podróżnych do kościoła, opowiada jego historię i dzieli się swoją. Urodził się w Jafie, starożytnym mieście dzisiaj wchłoniętym przez Tel Awiw. Zrzekł się obywatelstwa izraelskiego i wyjechał do At-Tajjiby na znak protestu i solidarności z Palestyńczykami. Wszyscy trzej proboszczowie, bo także rzymskokatolicki ks. Bashar Fawadleh, otwarcie protestują przeciwko przemocy, której ofiarami padają z rąk osadników palestyńscy chrześcijanie.

Miejscowość słynie również z browaru Taybeh, prowadzonego przez Madis Khoury, córkę jednego z założycieli i prawdopodobnie pierwszą i jedyną mistrzynię piwowarstwa na całym Bliskim Wschodzie. Powstanie browaru w 1994 r. nie obyło się bez kontrowersji w muzułmańskim społeczeństwie palestyńskim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Wieczne wojny Ameryki

Dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną

Wydaje się, że gorąca faza wojny prowadzonej przez USA i Izrael z Iranem – boleśnie odczuwana przez cały świat – zbliża się do końca. W tym kontekście warto się pokusić o odpowiedź na pytanie, dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną, choć w najstarszym znanym traktacie o sztuce wojennej (chińskim, rzecz jasna) czytamy, że wojna „jest sprawą życia i śmierci; drogą do bezpieczeństwa lub ruiny”. Odpowiedź na to pytanie musi być złożona. Przyszło mi do głowy pięć powodów tego stanu rzeczy.

W gąszczu teorii stosunków międzynarodowych i teorii polityki w ogólności błąka się koncepcja mówiąca, że demokracje nie walczą. Że ze swej natury są pacyfistyczne. Na pierwszy rzut oka wydaje się to całkiem sensowne. Czy obywatele demokratycznych państw nie wolą spędzać czasu w galeriach handlowych, zamiast tkwić w okopach? Czy nie wolą być leczeni ze zwykłych chorób w normalnych szpitalach, zamiast wylizywać się z ran w szpitalach polowych? Ponieważ ostatecznie to oni decydują w wyborach, będą wywierali ciągłą presję na swoich reprezentantów, aby ci stale przedkładali pokój nad wojnę.

Demokratyzujący się świat – z coraz większą liczbą demokratycznych państw – miał być światem bezpiecznym, światem bez wojen. Notabene teoria demokratycznego pokoju była także fundamentem, na którym po I wojnie światowej zbudowano Ligę Narodów – pierwszą organizację międzynarodową, która miała ostatecznie zapobiegać prowadzeniu wojen. Państwo agresywne w stosunku do innego państwa miało natychmiast napotykać opór pozostałych członków Ligi i być w ten sposób demokratycznie – to znaczy głosami zdecydowanej większości – przywoływane do porządku.

Tyle teorii. Praktyka jest inna. Dawno temu zauważył to Alexander Hamilton: „Sparta, Ateny, Rzym, Kartagina były republikami. Ateny i Kartagina były nawet republikami handlowymi. A jednak państwa te były zaangażowane w wojny tak ofensywne, jak defensywne w nie mniejszym stopniu aniżeli sąsiadujące z nimi w owym czasie monarchie. W brytyjskim systemie przedstawiciele ludu konstytuują jedną z gałęzi legislatywy. Od wieków handel jest zasadniczym znakiem rozpoznawczym tego kraju. Niewiele narodów jednakże prowadziło wojny tak często jak Brytyjczycy”.

Prawdopodobnie ustrojom demokratycznym trudniej zaangażować się w wielkie wojny absorbujące ogół obywateli. Wymaga to przygotowania gruntu, i to przez dłuższy czas. Wymaga grania na odpowiednich strunach emocjonalnych. Wymaga przekształcenia takiej wojny w rodzaj krucjaty, w której obywatele demokratycznego państwa pod wpływem perswazji rządzących dochodzą do przekonania, że zło wcielone zagrażające istocie ich życia znalazło się nagle na powierzchni ziemi i trzeba je z niej zetrzeć. Inaczej starty zostanie umiłowany przez obywateli demokracji system wartości. To zarazem powód, dla którego ustrojom demokratycznym trudniej zakończyć wojnę, nawet gdy osiągnęły one już w niej swoje cele.

Przed tym dylematem stanęli przywódcy zachodnich aliantów podczas II wojny światowej. Gdy było już wiadomo, że Hitler przegra wojnę, a prawdziwym wyzwaniem będzie ekspansja Związku Radzieckiego, kontynuowali oni politykę unconditional surrender – bezwarunkowej kapitulacji Niemiec Hitlera. Kontynuowali ją m.in. dlatego, że po latach demonizowania Niemców (dali oni do tego powody) trudno było nagle oświadczyć własnym obywatelom, że są to tacy sami ludzie jak my. Że, owszem, prowadziliśmy z nimi wojnę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Czyste zło

Dziki dokazują. Franek jechał na rowerze wąską ścieżką wśród krzewów – przypominam, że to nadal Warszawa. Nagle wyskoczył mu pod koła warchlak. Franek w ostatniej chwili zahamował. Przestraszony maluch zapiszczał, wtedy pojawiła się zaniepokojona matka. Mój synek zawsze drwił sobie z dzików, które stały się częścią naszego życia. Codziennie ćwiczy na siłowni, więc ma teraz okres poczucia wszechmocy – co to dla niego dzik. Na szczęście dał drapaka. To już przestaje być zabawne.

Po raz pierwszy od lat w sądzie. Jestem oskarżony o to, że napisałem na blogu, że moja była agentka Krystyna L. jest hochsztaplerką i mitomanką. Czekaliśmy na rozprawę dwa lata. Propozycja pojednania? Nie. Pojednać mogę się tylko z prawdą. A odsyłam do tekstu „Rola życia. Jak znani aktorzy wpadli w sidła agentki” Mateusza Baczyńskiego, dziennikarza śledczego, pracuje obecnie w Onecie. Sąd nawet mi się spodobał, bez grozy wielkiego urzędu. Wyznaczono kolejną rozprawę, dopiero ona daje możliwość powołania świadków. Moimi będą nabici w butelkę, też aktorzy żądający zwrotu pieniędzy, które nieostrożnie pożyczyli L., a to spore sumy.

Jeśli prawica dojdzie do władzy, a nie dojdzie bez Brauna, to prezes będzie miał podobną sytuację, jaką ma paranoik Netanjahu, trzymając w rządzie jeszcze większego paranoika Ben-Gwira. Podobnie potłuczony jak Braun, po prostu faszysta. Jego partyjka ma zaledwie kilku posłów w Knesecie, ale Netanjahu, który tylko

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Ben-Gwir nie jest twarzą Izraela

Bezkarność ministra w rządzie Beniamina Netanjahu

Kontrowersyjny minister Itamar Ben-Gwir bywa nazywany „izraelską wersją Grzegorza Brauna”. Rzeczywiście panowie mają ze sobą wiele wspólnego, szczególnie opieranie polityki na ksenofobicznym nacjonalizmie i religijności oraz happeningowy styl działania. Może nawet znaleźliby wspólny język, gdyby Braun nie osadził swoich przekonań na fundamencie spiskowego antysemityzmu, co zamyka drogę do rozważań o sojuszu z izraelską skrajną prawicą.

Najważniejszą różnicę stanowi jednak to, że Braun jest europosłem opozycji ściganym za swoje wybryki po sądach, a Ben-Gwir nie tylko przewodzi jednej z koalicyjnych partii w Izraelu, lecz także jest ministrem bezpieczeństwa narodowego w rządzie Beniamina Netanjahu i najwyraźniej może sobie pozwolić na wszystko, włos mu z głowy nie spadnie.

Porwanie aktywistów

Gdy izraelscy żołnierze zatrzymali na wodach międzynarodowych łodzie Global Sumud Flotilla, Itamar Ben-Gwir pojawił się wśród aresztowanych aktywistów, szydził z nich i nagrywał materiały wideo skrojone pod gust izraelskiej skrajnie prawicowej publiki. Poniżanie przez prawicowego polityka i jego świtę zmuszonych do klęczenia aktywistów, zakutych w kajdanki, popychanych przez izraelskich mundurowych, może skłaniać do rozważań, czy Izrael nie złamał konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (a od lat jest oskarżany o stosowanie tortur wobec Palestyńczyków przebywających w izraelskich więzieniach).

Wydarzenie to wzburzyło międzynarodową opinię publiczną – we flotylli płynęło wielu obywateli krajów europejskich, w tym Polacy. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko wezwał izraelskiego chargé d’affaires do złożenia wyjaśnień i podkreślił, że nie ma zgody Polski na takie traktowanie jej obywateli. Nie wszystkim ta reakcja się spodobała – komentarze internetowe z jednej strony podkreślają, że Sikorski zbyt łagodnie podszedł do sprawy i zbyt późno zdecydował się na działanie, zwłaszcza że doniesienia o łamaniu praw człowieka przez Izraelczyków docierają do nas bez przerwy od końca 2023 r.

Druga strona przekonuje, że Izrael ma prawo do zatrzymywania osób, które łamią legalną blokadę morską (choć jej legalność jest kwestią dyskusyjną – międzynarodowi prawnicy od lat dyskutują o tym, czy okupant może dokonać blokady terytorium okupowanego; par. 104 Podręcznika z San Remo, najważniejszego dokumentu określającego stosowanie prawa międzynarodowego w konfliktach zbrojnych na morzu, nakazuje państwu prowadzącemu blokadę dopuszczenie statków ze środkami medycznymi dla ludności cywilnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Zmyślona prawda

Znowu dziki w naszym Międzylesiu, to już codzienny problem, jest nawet aplikacja, która pozwala śledzić, jak się przemieszczają całymi hordami po okolicy. Wdzierają się na posesje, rozwalają śmieci i demolują ogródki. Potrafią bez trudu przewracać ciężkie, betonowe kosze na śmieci. Staramy się zawsze zamykać bramę. Ale skorzystały z chwili naszej nieuwagi, gdy była uchylona. Żona mnie woła do okna dramatycznym głosem. Obok drzwi wejściowych kręcą się dwie duże lochy i kilkanaście warchlaków, jeden leży w świeżo posianej młodej trawie, inne ją ryją. Pierwsza myśl, że zdechł, ale on tylko sobie drzemał. Dewastują mały kawałek ogrodu od bramy. Szybko wskakuję do samochodu, straszę, trąbię, podjeżdżam, jakbym chciał je przejechać, nie robi to na nich wrażenia. W końcu sznureczkiem ewakuują się z naszej posesji.

Chcę zamknąć bramę, gdy widzę, że w ogrodzie od strony tarasu wyłania się jak w złym śnie trzeci osobnik i spora grupka małych. Szykują się do pożarcia kwiatów. Pędzę do domu, wybiegam na taras i próbuję je płoszyć krzykiem i groźną postawą. Cebulki kwiatowe już kiedyś nam wyżarły, poniszczyły kwiaty, trawnik zryły i skopały. Zbliżam się do stadka, kieruje mną instynkt człowieka pierwotnego, którego jaskinia jest zagrożona. A przecież wiem, że lochy z młodymi bywają niebezpieczne. Ta zdaje się zastanawiać, co robić, łypie na mnie owłosionym okiem, nie jest to oko intelektualisty, ale jest w nim przebiegłość. Zastanawia się, w końcu odwraca, by godnie zmierzać ku bramie, za nią sznureczkiem małe. Jeden jednak został przy rozwalonych śmieciach i delektował się opakowaniem po lodach. To już druga taka scena z lodami w ostatnim czasie. Dziki, jak widzę, uwielbiają lody, szczególnie kanapkowe. Ciskam w małego szyszką i trafiam w tłusty zadeczek, co napawa mnie dumą myśliwego, który trafił w cel. Warchlak bierze nogi za pas. I mogę zamknąć bramę.

Członkowie jury reprezentującego Polskę na Eurowizji 2026 przyznali izraelskiej piosence i jej wykonawcy maksymalną liczbę punktów. Izrael o mało co nie wygrał konkursu, nędznego jak zwykle. Nasi jurorzy stali się celem niezliczonych brutalnych ataków. Musieli wiedzieć

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

O co wolno zapytać Edelmana?

Pojechałem na spotkanie zorganizowane przez Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w ramach rozpoczynającego się właśnie kroczącego Festiwalu Łódź Wielu Kultur. Debata odbyła się pod tytułem „Marek Edelman a kwestia palestyńska”. W spotkaniu, którego festiwalową kuratorką była Agata Siwiak i nad którym czuwała aktywna także podczas samego wydarzenia szefowa centrum Kamila Majchrzycka-Szymańska, wzięły udział (pod moderacją prof. Moniki Bobako z UAM w Poznaniu) panelistki: Anna Dzierzgowska – nauczycielka historii, tłumaczka z języka angielskiego, feministka; Hanka Grupińska – pisarka, dziennikarka, reportażystka, autorka książek m.in. o pamięci Zagłady i doświadczeniu żydowskim; Martyna Rusiniak-Karwat – politolożka i historyczka, adiunkt oraz kierowniczka Działu Wydawnictw i Dokumentacji w Instytucie Studiów Politycznych PAN.

Centrum Dialogu, łódzka instytucja miejska, zaproponowało taką debatę, wychodząc od biografii swojego patrona, którego „sposób myślenia ukształtowały idee Bundu: socjalistyczne, świeckie, głoszące, że godność człowieka nie potrzebuje wielkich haseł, tylko codziennej solidarności. Bund uczył, że nie trzeba uciekać gdzie indziej, żeby walczyć o lepszy świat – trzeba robić to tu i teraz. Edelman wziął tę lekcję na serio, nigdy nie marzył o osobnym państwie dla Żydów. Jego kompasem życiowym pozostało przekonanie, że najważniejsze jest to, czy potrafimy stanąć po stronie słabszych”.

Marek Edelman, wicekomendant Żydowskiej Organizacji Bojowej podczas powstania w getcie warszawskim w kwietniu i maju 1943 r. (miał wówczas 19 lat), od najmłodszych lat był wychowankiem socjalistycznej partii robotników żydowskich Bund, należał do jej młodzieżówki Cukunft, był przesiąknięty jej ideami. Do najważniejszych zaś należały: radykalna świeckość i antysyjonizm czy antykomunizm (w samym powstaniu walczył jednak ramię w ramię z bojowniczkami i bojowcami z PPR czy z Gwardii Ludowej). Od zawsze był krytykiem politycznej wizji syjonizmu i tworzenia państwa Izrael oraz masowej do niego emigracji. Bundowcy uważali, że ich miejsce życia i walki jest tam, gdzie się rodzili i żyli.

W wymiarze prywatnym ta polityczna polaryzacja nie rozbijała jednak przyjaźni i relacji. Najbliższymi przyjaciółmi Edelmana do końca życia byli Icchak „Antek” Cukierman i Cywia Lubetkin, działacze syjonistyczni, którzy po wojnie wyemigrowali do Izraela, gdzie w 1949 r. założyli

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

W mrocznym świecie

X jest chirurgiem, dosyć młodym, 13 lat pracował w Niemczech. Mieszka teraz w Poznaniu. Jemy kolację. Jego poglądy na świat to mieszanka obu Konfederacji, też tej braunowskiej, trochę PiS. Antysemityzm jak najbardziej. Żydzi mają w piśmie zapisane, że mają dominować nad światem. Bardzo chciałby mieć gaśnicę z autografem Brauna. W zmiany klimatyczne nie wierzy, rozwój Polski jest pozorny, bo na kredyt i to źle się skończy. Imigranci to gorsze niż dżuma. Izrael to ludobójcy. Kiedy go pytam, co by zrobił na miejscu premiera Izraela po ataku terrorystycznym, nie wie, waha się – typowa reakcja na to pytanie. W końcu mówi, że Izraela nie powinno być tam, gdzie jest. To gdzie ma być? Nie wie. Gdyby cały ten bałagan myślowy był tylko w jego głowie, to pół biedy. Miliony ludzi w Polsce tak myślą.

Uważam, że polityka Izraela wobec Palestyńczyków od dziesięcioleci była błędem, a czasami była haniebna. Netanjahu jest paranoikiem, jak Trump, jak Orbán, jak prezes, ale liberalny premier też by zaatakował Gazę, nie miałby wyjścia, musiałby podjąć próbę zniszczenia Hamasu, powinien tylko szybko się wycofać, widząc, że nie da się zniszczyć Hamasu, nie burząc miasta.

Skala niechęci do Izraela w świecie musi mieć swoją podskórną falę, która tak wysoko niesie. To różne formy utajonego antysemityzmu; był uśpiony, czasami głębinowy, zawstydzony przez „nie wypada”, bo Holokaust, bo Hitler (chłop miał może wiele racji, ale przesadził). Problem w tym, że w internecie pleni się teraz nie „poczciwy i kulturalny” antysemityzm, ale nazistowski. Jakby te komentarze pisali pracownicy obozów zagłady. Oczywiście nie uważam za antysemityzm potępiania Izraela za cywilne ofiary w Gazie, chociaż niektórzy moi znajomi żydowskiego pochodzenia tak myślą. To też chore myślenie. Jak nie wszyscy Polacy ponoszą odpowiedzialność za PiS, nie wszyscy Węgrzy za Fidesz, tak nie wszyscy Żydzi odpowiadają za Netanjahu i tę faszystowską bandę, którą się otoczył. A takie myślenie jest powszechne.

Połowa Izraelczyków to liberałowie myślący identycznie jak nasi liberałowie. Są w rozpaczy i depresji z powodu sytuacji politycznej. Jeśli używa się tu pojęcia „odpowiedzialność zbiorowa”, można by powiedzieć, że wszyscy mieszkańcy Gazy są odpowiedzialni za Hamas

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Iran ma dziś więcej kart

Wojna wzmocniła pozycję Teheranu

Juliusz Gojło – wieloletni dyplomata, specjalista od Bliskiego Wschodu, Afryki, krajów Azji Centralnej. W latach 2010-2017 ambasador RP w Iranie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Zaskoczyła pana reakcja Iranu na atak USA i Izraela? I wszystko, co później się wydarzyło?
– Nie zaskoczyła mnie ta reakcja ani nie zaskakuje mnie to, co obecnie się dzieje. Ten scenariusz przedstawiałem jeszcze przed wojną, w „Res Humana”. Może pan sprawdzić.

Skąd brała się pańska pewność?
– Było dla mnie oczywiste, że atak na Iran jest absolutnie kontrproduktywny i niczego nie przyniesie. Do dziś nie wiemy, jakie są cele Stanów Zjednoczonych. Stąd konkluzja: jedynym krajem, który na pewno chciał tej wojny, nie są Stany Zjednoczone, tylko Izrael.

Inna konkluzja: jeżeli przyjrzymy się regionowi, zobaczymy, że wszystkie kraje, z wyjątkiem Iranu, są państwami albo upadłymi, albo pod kontrolą reżimów przyjaznych wobec Izraela lub Stanów Zjednoczonych, albo jedno i drugie. Tę tezę można rozwinąć: doprowadzenie do porozumienia jądrowego z Iranem absolutnie nie było w interesie Izraela.

Czyli Izrael był przeciwny negocjacjom w Genewie, które szły w dobrym kierunku. Chciał wojny i zniszczenia Iranu.
– Przypomnę rok 2018. Wtedy Donald Trump wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia jądrowego z Iranem. A mimo to Iran przez rok od złamania tego porozumienia przestrzegał jego warunków. I w zasadzie wszyscy poważni eksperci, łącznie z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ba, łącznie z tzw. środowiskami wywiadowczymi Stanów Zjednoczonych i byłym szefem Izraelskiej Agencji Jądrowej, są zgodni, że Iran nie prowadził daleko posuniętych prac nad bronią jądrową. Tak, wzbogacał uran, tu nie ma co dyskutować, a wiadomo, że powyżej pewnego poziomu wzbogacenia uran ma zastosowanie tylko wojskowe. Nadal jednak traktat o nieproliferacji broni jądrowej, czyli NPT, którego Iran jest sygnatariuszem, nie narzuca jakiegokolwiek pułapu wzbogacania materiałów rozszczepialnych. Iran korzysta z tego prawa, a przy tym poddaje się inspekcjom. W Teheranie z uwagą śledzone są losy Ukrainy, która wyrzekła się broni jądrowej w zamian za gwarancje swojej suwerenności i integralności terytorialnej. Po czym jeden z „gwarantów” na nią napadł, a pozostali, z USA na czele, nie są w stanie lub nie chcą się wywiązać z podjętych zobowiązań. Dla Iranu program jądrowy to polisa ubezpieczeniowa. O tyle ważna, że od 47 lat kolejne administracje w Białym Domu mówią, że wobec Iranu „wszystkie opcje są na stole, z militarną włącznie”. Takie sformułowanie padło nawet z ust laureata Pokojowej Nagrody Nobla, prezydenta Baracka Obamy.

Pytanie, jak daleko był Iran do osiągnięcia tego poziomu.
– Premier Izraela Netanjahu od 30 lat powtarzał, że to jest imminent threat. A jak to tłumaczyć? Natychmiast, niebawem, w najbliższej przyszłości? Jeżeli pomyślimy, jakie były cele tej wojny, to na pewno w Stanach Zjednoczonych te cele nie zostały zdefiniowane. Zdefiniował je premier Netanjahu.

Teraz mamy zawieszenie broni i negocjacje. Dzieje się to dlatego, że Iran wybrał bardzo skuteczną metodę wojny – zablokował cieśninę Ormuz. Jest też pewne, że jemeńscy Huti, sprzymierzeńcy Iranu, są w stanie zablokować cieśninę Bab al-Mandab.
– To, że Iran zablokuje cieśninę Ormuz,

Za tydzień druga część rozmowy z ambasadorem Juliuszem Gojłą:
• Co legitymizuje reżim?
• Kto obalił szacha?
• Jak głęboko sięga islam?
• Tajemnice styczniowych demonstracji.
• Jaka jest rola kobiet w Iranie?

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon

Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć.

Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata.

Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami.

Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.