Przyjdzie kometa, machnie ogonem

Gwoździem ostatniego lipcowego numeru „Przeglądu”, najuważniej czytanym i komentowanym, był materiał o zbliżającej się planetoidzie, komecie czy innym paskudztwie, które może trafić w Ziemię i unicestwić nas wszystkich. Roztopione skały, gigantyczne fale, lawiny rozpalonych głazów i wszelkie żywiołowe bezeceństwa mają się rozprawić z naszą cywilizacją i naszą biosferą. Może tak będzie, a może i nie. Ale tego rodzaju strachy zawsze nawiedzały człowieczeństwo. Teraz modne są planetoidy, pół wieku temu pierwszeństwo miała histeria atomowa, a w międzyczasie było jeszcze miejsce na AIDS. I właściwie tak było zawsze.
Ludzkość bała się katastrofy od samego początku swojego istnienia. Prekolumbijscy Indianie zrobili z tego nawet rodzaj instytucji, przewidując katastrofę co 52 lata bodajże i składając z tego tytułu krwawe ofiary przebłagalne. Grecy mówili o ekpyrosis – pożarze świata, który nas ostatecznie czeka, Rzymianie o „dniu namiotów na Forum”, a w żydowskiej Judei nastroje katastroficzne były powszechne, od pierwszych proroków poczynając, z Jezusem Chrystusem włącznie. Potem lada chwila świat miał się skończyć, potem czekano na rok tysięczny, a potem jeszcze właściwie każdego roku oczekiwano katastrofy przy jakiejkolwiek okazji. Właściwie nie było w dziejach ludzkości ani chwili wolnej od strachu.
Coś w tym musi być szczególnego. Z jednej strony, powód, z drugiej, chyba potrzeba. Główny powód jest oczywisty: każdy z nas jest śmiertelny, więc każdego czeka jego własny koniec świata. Ale w skali masowej jest to jeszcze bardzie przerażające. Wszystkie legendy całego świata opowiadają o jakichś straszliwych katastrofach, głównie o potopach, ale i o deszczach ognistych. Wprawdzie ludzkość zawsze się odradzała (co oczywiste, skoro opowiadający o zagładzie byli przecież ludźmi), ale mit katastrofy był wszechobecny. Z jakichś powodów bogowie czy też Bóg nie chcieli naszego istnienia. Uzasadnienia bywały rozmaite, ale czy w tym wszystkim nie chodziło głównie o konkurencję bytów obdarzonych świadomością, ale bynajmniej nie równych mocą?
A zatem czy nie jest to także obok strachu rodzaj kokieterii wobec nieodgadnionych potęg? Zniszczycie nas, bo mimo wszystko boicie się, bo przecież i tak jesteśmy bardzo ważni. Człowiekowi można dodawać ducha na różne sposoby: Pascal nie przeczył słabości ludzi wobec wszechświata, ale wiotka trzcina miała jedna przewagę – była świadoma swojego istnienia. Może i nieustanny w dziejach katastrofizm jest również sposobem utwierdzania naszej wartości?
Co jakiś czas z rosnącą satysfakcją odwołuję się do książki niejakiego Taylora wydanej coś ze 40 lat temu i wymieniającej przyczyny i powody czekającej nas w najbliższym czasie zagłady. Czego tam nie ma! Brak surowców, broń atomowa, krach żywnościowy, lodowce, jakieś bąble w Teksasie, zatrucia atmosfery, niedostatek wody, potop – no, właściwie wszystko. Na dobrą sprawę świat nie powinien dożyć do roku 1980. Dosłownie nic się nie sprawdziło, a nasze rzeczywiste kłopoty i wymieniane dzisiaj zagrożenia w ogóle nie zostały przez Taylora przewidziane. Słowem, jeśli naprawdę coś się z nami złego stanie, to zagłada przyjdzie najprawdopodobniej od zupełnie nieprzeczuwanej przez nas strony. Ale pisząc to, chichoczę w duchu, bo oto i sam staję się przez te słowa prorokiem zagłady do kwadratu: nie tylko zakładam, że coś nam grozi, ale na dodatek nie wymieniając ani jednego powodu, podejrzewam wszystko. No bo jakże żyć bez jakiegokolwiek zagrożenia, z czym walczyć, na co narzekać? Gdyby nie było strachu, gdyby nie było kłopotów i trudności albo wręcz tragedii, nie byłoby tym samym nadziei na cokolwiek. Zły świat jest nam niezbędny, żeby marzyć o lepszym. Jest to smutne, ale i śmieszne zarazem. A nawet tragiczne i groteskowe.
Więc nie żałujmy sobie fatalnych proroctw i przewidywań. Zginiemy z głodu. Zatrują nas lekarstwa. Zniszczy nas dziura ozonowa. Fatalny jest fluor. Jeszcze gorszy brak fluoru. Zadusi nas powietrze. Oszukają uzdrowiciele. Okradną zbóje. Zniszczą sprzedajne urzędy. Zubożą chciwi duchowni. Zdeprawują ateiści. Jedyna nadzieja w komecie, która machnie ogonem i zlikwiduje to całe nasze trzęsawisko. Amen.

 

Wydanie: 35/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy