Karuzela z primadonnami

Karuzela z madonnami naszej polityki kręci się bez chwili wytchnienia, a w każdej bryce, vis a vis, madonna i madonna, i nie wiadomo, która śpi, a która jest przytomna. Z pewnością madonna przytomna to pierwsza dama, sondaże ją ożywiły i pobudziły, bo kogo by takie wyniki nie rajcowały? Żaden Kaczorek kwakaniem jej nie zwiedzie, żaden diablik Rokita wirujący na platformie nie przestraszy ani też trybun ludowy Lepper nie zagrozi. A jednak znalazł się ktoś, kto konkurować chce. To sprytny Lisek zręcznie wskoczył na brykę vis a vis, łapki łamiąc: Co z tą Polską? – pyta.
Dla wszystkich to wielka niespodzianka, ale nie dla mojego męża, który już parę miesięcy temu wieszczył jak Kasandra, choć uczonym psychologiem społecznym jest, że Lis kandydować na prezydenta chce, mówił tak, zanim książkę „Co z tą Polską?” zobaczył.
A co ma być? Jest, jak jest! W której, za przeproszeniem, bryce-partii polityczne primadonny są przytomne? Z pewnością nie jest przytomny facet odpowiedzialny za zatrzymanie karuzeli. Upił się jak stodoła i poszedł spać. Zapomniał wyłączyć maszynerię, a teraz nie ma nikogo, kto zna się na tym interesie. Primadonny wskakują i wyskakują w pełnym biegu, z tego diabelskiego młyna chcąc uratować tyłek, bo tej karuzeli nie pomoże pilot Miłosz z helikoptera Mi-8, który uratował życie premiera. I to był błąd! – mówią wojskowi. Powinien był astrologa o pogodę spytać, jako że cywilna pogoda od wojskowej różni się zasadniczo. Problem w tym, że wojskowym pilotom nie poleca się sprawdzania cywilnej aury. Kafka Franz z „Procesem” się kłania. Pamiętacie, drodzy czytelnicy, mój felieton o tym, że u nas dobry bohater to martwy bohater? Ludziom spać po nocach nie daje, że komuś manewr się udał, dotyczy to cywilnych i wojskowych.
Polko strącony został, bo dobrym komandosem był. Historia się powtarza, ale już tylko jako farsa, jak pisał Marks – i miał rację, bo generała Petelickiego zrzucił z karuzeli pies cywil w swetrze.
Specyfika naszego niewesołego miasteczka polega na tym, że nikt nie zna dnia ani godziny, w której na loterii w lunaparku wygra fuchę i ministrem, liderem albo ambasadorem zostanie. Albo przestanie nim być.
Nikt też nie wie, czy partia, na którą głosował, jest prawicowa, lewicowa, chrześcijańska czy socjalistyczna. Koniki wirują w takim tempie, że trudno się zorientować, jakiej są maści. Popisy zręcznościowe bawiących się są zaś tak karkołomne, że nie można zauważyć, kto na czym siedzi. Prawica w czerwonych wagonikach poPiSkuje z radości, Kaczorki PoPiSują się przed Kogutem, kokietują związkowca, wrzucając mu przez okienko do lokomotywki gruby szmal na drobne wydatki. Bliźniak Leszka, Kaczorek Jarek, zaczął krzyczeć z wagonika jak jakiś firerek, że oto nadeszła rewolucja, parowóz dziejów, chwała jej maszynistom Kogutowi i innym, pora obalić dzierżawcę karuzeli, by Kaczorki z Kogutem i Rokitą mogły zająć jego miejsce. W sondażach bliźniaki są co prawda niżej niż wirująca Platforma Obywatelska, ale to Kaczorek Jarek chce zostać p.o. karuzelą.
Platforma Obywatelska jak dziewica konsystorska obiecała, a nie dała. Plan Hausnera poprzeć miała, ale widać nie chce, by Hausner karuzelę zatrzymał, może jeszcze by mu się udało, jednak w końcu i PO, razem z całym wirującym owczym stadkiem, kolejkę wąskotorową poparła, żeby na wesołe miasteczko 550 mln złotych dać. Taniej by wyszło wagoniki zlikwidować, taksówki podstawić i przewozić te dziesięć osób, co jeżdżą w prawie pustych pociągach. O rozwiązaniach góralskich, busikach jeżdżących z Zakopanego do dolin, nawet nie wspomnę. Jednak i tam już ktoś bruździ, żeby popsuć to, co się udało zrobić i co działa.
Uratowany z Mi-8 premier Mi-ller, wirując na wózku, strącił z piedestału karuzeli ministra, już trzeciego podczas tego cyklu wirowania, który tak jak i dwaj poprzedni, Kaczmarek i Cytrycki, przyciskał skarb do piersi i nie chciał dać kasy na coś, o czym nikt dokładnie nie wie, ale liście w parku o tym szumią. Co też to być może? – zastanawia się lud prosty, głowy w górę zadzierając, by chociaż coś zobaczyć, w wirowaniu się połapać, ale ni chu-chu nie rozumie. Aż tu nagle i niespodziewanie Mi-ller, mówiąc metaforycznie, złapał za włosy Józia O. i wciągnął go na karuzelę. Mówią, że po to, żeby mu gdzieś na dole nie bruździł. Bo Józio O. chciał podobno strzelać do portretu lidera, żeby fant wygrać. Cieszy się teraz premier jak dziecko, że ma Józia pod kontrolą, a Józio też się cieszy, bo już od dawna nie jechał na diabelskim młynie i kombinuje, że jak już wiruje, to w biegu łatwiej wskoczyć do ważnej bryki, niż startując z dołu.
Kręcąc się i wirując, wąsaty Jagieliński zrzucił Mi-llerowi kartkę z życzeniami, ale nie zdrowia, ino prosto po chłopsku sprawę postawił, to i to dacie, a my was za to poprzem. Jak z kabaretu Lipińskiej, wiceministrów dajta, a my za to Kogutowi głowę obetniem. Nic nie dostał, więc z karuzeli zeskoczył, zabierając ze sobą Łapę, Jagiełłę i Witaszka restauratora. Skleił z nich gabinet osobliwości, federację „trzech ciał politycznych” i stał się z tego powodu jęzorem u wagi, oblizuje się łakomie, negocjacyje tera będzie prowadził. Tako rzecze szef Janik. Wszelki duch pana Boga chwali!
Wyskakując z karuzeli bądź wskakując na nią, jedni rozbijają sobie głowy, inni spadają na cztery łapy. A ludziom od samego patrzenia kręci się w głowie, a co wrażliwszy to i pawia puścić może, gest Kozakiewicza zrobi i tyle go, głupia polityczna klaso, na wyborach będziesz widziała!

 

 

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Felietony