Wybory cesarza Zachodu

Wybory cesarza Zachodu

Mamy powody, aby interesować się amerykańskimi wyborami, ponieważ prezydent Stanów Zjednoczonych jest cesarzem całego Zachodu, od pewnego czasu także Polska mu podlega. Prawa głosu jednak nie mamy, co nie zmienia faktu, że dziennikarze tak piszą, jak gdybyśmy mieli. Nie informują obiektywnie, lecz agitują za takim lub innym kandydatem. Dziennikarzom wystarczy, jeśli będziemy trzymać kciuki za panią Clinton, byliby niepocieszeni, gdybyśmy te kciuki trzymali za miliardera Trumpa. Głębszego mechanizmu wyborów media nie pokazują, czemu nie należy się dziwić. Jeżeli się ciągle podkreśla, że ten kandydat ma większe szanse, który zgromadził więcej milionów dolarów, można dojść do wniosku, że to oligarchia pieniężna wybiera sobie prezydenta, a nie naród amerykański. Nie mam nic przeciw oligarchii, jeśli jest ona zrównoważona elementem demokratycznym. Najważniejsi mędrcy polityczni opowiadali się za władzą mieszaną, idąc w tym za Arystotelesem, który rozróżniał najlepsze ustroje w teorii i najlepsze w rzeczywistości. Z realnie możliwych najlepsza jest jego zdaniem mieszanina dwóch złych ustrojów: demokracji i oligarchii, tzw. politeja.
Słychać narzekania, że tym razem kandydat i kandydatka są wyjątkowo złej jakości. Czy to wypadek wyjątkowy? Paul Johnson (dobrze znany w Polsce angielski pisarz historyczny) swój artykuł o amerykańskich wyborach prezydenckich na przestrzeni wieku zatytułował: „Słabeusze, miernoty, zera i łobuzy” (1992). Mógłbym cytować dalej, ale tytuł mówi wszystko. Jeśli przy takich prezydentach (nie zapominajmy o ludziach wielkich na tym stanowisku) Ameryka świetnie prosperuje, a jej potęga stale rośnie, to znaczy, że oni nie mają władzy psucia. Tam by nawet nasz Duda mógł być prezydentem i nic by się Ameryce złego nie stało, podczas gdy w Polsce jest w jego mocy, jeśli się uprze realizować swoje obietnice wyborcze, pogrążyć system bankowy i obezwładnić Trybunał Konstytucyjny, co już zrobił. „Podejrzewam – pisze Johnson – że męczące procedury, za pomocą których Amerykanie wybierają swego przywódcę, i ta okropna gra wyborcza, którą każdy z nich zmuszony jest znosić, prowadzą na powrót do przeciętności czy jeszcze czegoś gorszego. (…) Prawda jest taka, że Amerykanie spodziewają się zbyt wiele po swych prezydentach: absolutnej uczciwości w systemie politycznym, gdzie niezbędne jest osobiste gromadzenie wielomilionowych funduszy; niewinności mnicha w epoce permisywizmu; (…) i co więcej, gotowości poddania się ostremu przesłuchaniu na te i inne tematy przez kiepskich Wielkich Inkwizytorów pracujących w mediach. Wielu ludzi odznaczających się przyzwoitością, charakterem i zdolnościami (…) nie podporządkuje się – całkiem słusznie – tym warunkom”.
Ciągle aktualnym komentarzem do amerykańskich wyborów pozostaje opowiadanie Marka Twaina „Jak kandydowałem na gubernatora”. Porządny człowiek wahał się, czy kandydować w wyborach, ponieważ byłby zażenowany, widząc swoje nazwisko wymieniane razem z nazwiskami rywali, opisywanych przez prasę jako figury podejrzane i godne pogardy. Przezwyciężył jednak te skrupuły w imię dobra publicznego. Wkrótce przeczytał w gazecie, że w mieście Wakawak w Kochinchinie 44 świadków udowodniło, że popełnił krzywoprzysięstwo, aby wydrzeć szmat pola bananowego z rąk nieszczęśliwej wdowy. „Myślałem, że pęknę ze zdumienia”. Nigdy nie był w miejscowości Wakawak ani w Kochinchinie. Druga gazeta doniosła, że współlokatorom w Montanie od czasu do czasu ginęły wartościowe drobiazgi i dziwnym trafem znajdowano je zawsze w kieszeni naszego kandydata na gubernatora. Nigdy nie był w Montanie, ale gazeta nie przestawała odtąd nazywać go nie inaczej jak „złodziejem z Montany”. Następne śledztwo dziennikarskie wykryło, że obraził nieżyjącego dziadka swojego konkurenta, rozpowiadając, że nie umarł śmiercią naturalną, lecz został powieszony za rabunek uliczny. Gazeta pisała o nim ciągle „ten profanator zwłok”. Kolejne śledztwa dziennikarskie ujawniły, że spalił dom wariatów, ponieważ zasłaniał mu widok, otruł wujka, żeby przejąć jego majątek, jako dyrektor przytułku (którym nigdy nie był) do najcięższych robót wyznaczał najbardziej zniedołężniałych staruszków. Na jego wiec sprowadzono chmarę dzieciaków, które wołały: tatuś, tatuś.
Donald Trump, podobnie jak w opowiadaniu Marka Twai­na, także dowiaduje się o sobie rzeczy, o których wcześniej nic nie wiedział. Polskie gazety demaskują głównie – co oczywiste – jego nieustające powiązania z Rosją. Pochlebnie wyraził się o nim Putin, na co Trump, zamiast się gwałtownie odciąć od tych pochwał, powiedział w swoim stylu: „Facet nazywa mnie geniuszem, czy mam się wypierać?”. Miarodajna warszawska gazeta stawia pytanie: czy miliarder jest rosyjskim agentem, czy użytecznym idiotą? W innym miejscu: „Skąd brały się jego pieniądze? To proste – z Rosji”. Były to „tajemnicze wpływy gotówki od Rosjan będących w łaskach Putina”. Rosyjscy hakerzy przygotowują sfałszowanie wyborów na korzyść Trumpa, z czego płynie wniosek, że jeśli Trump wygra, to będzie znaczyło, że wybory zostały sfałszowane. Na jednym z wieców zawołał żartem: „Rosjo, jeśli mnie słyszysz, poszukaj 30 tys. mejli” (które wyciekły z komputera pani Clinton). Prasa, w tym polska, zrobiła z tego wzywanie rosyjskich służb specjalnych, aby włamały się do skrzynki pocztowej Hillary Clinton.
„Wiedziałem – mówi Trump – że media są nieuczciwe, ale nie przypuszczałem, że aż do tego stopnia”. Odkrył Amerykę.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy