Eksportujemy mit najlepszej jakości

Eksportujemy mit najlepszej jakości

Obóz solidarnościowy jest w połowie polityczny i w połowie religijny. Nic się tam, jak wiadomo, nie dzieje bez mszy, bez księdza, bez pokropku. Obchody dwudziestej rocznicy zarządzonych przez gen. Jaruzelskiego, a wygranych przez „Solidarność” wyborów także miały być i będą w dużej części religijne. Na głównego organizatora wyznaczono oczywiście księdza, silnego ciałem i duchem dominikanina Macieja Ziębę (który kilka lat temu doznał porażenia z powodu sprawy ojca Hejmy, swego zakonnego współbrata). Dał się on poznać w kręgach katolickich jako zwolennik gospodarki rynkowej, co trzeba mu policzyć na plus. Ma skłonności nazywania rzeczy w języku katolicko-kapitalistycznego ekumenizmu. Jako dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności stara się „wskrzesić mit S” i sprzedawać go na całym świecie. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (21 maja) mówi, że „Solidarność to najlepszej światowej jakości uniwersalny polski towar”. Tego samego zdania jest Lech Wałęsa, który targuje sobą jako częścią mitu „Solidarności”. Będąc jednocześnie mitem, co prawda wymagającym lekkiego wskrzeszenia, i najlepszym towarem eksportowym, „Solidarność” mocno stoi jedną nogą w sferze sacrum, a drugą w profanum i jest dzięki temu, jak to mówią, „nie do ruszenia”. Mamy w Polsce kapitalizm nie polityczny, jak twierdziła pani Jadwiga Staniszkis, lecz religijny.

Zapytany przez dziennikarkę, „czy ksiądz powinien być dyrektorem placówki świeckiej”, dominikanin Zięba odpowiada, że „we Francji czy w Niemczech nie byłoby to możliwe”, ale „Polska jest na tyle normalnym krajem, że tak”. Dobrze jest dowiedzieć się z samego źródła mądrości, co jest normalne. Jest w tym pewna logika, że akurat do tych nienormalnych krajów ojciec Zięba chce eksportować „najlepszej światowej jakości uniwersalny polski towar” i tam właśnie wskrzeszać mit „S”. Swoje imprezy przeznaczone dla zagranicy słusznie nazywa „zagraniami”. Na zaplanowane pod jego kierownictwem obchody rocznicowe składają się pomysły infantylne i przegłupie, ale dzięki przeniesieniu części uroczystości na Wawel przynajmniej niektóre z nich nie wyjdą na jaw. Kawałek muru Stoczni Gdańskiej będzie jednak zawieziony do Berlina. Jest to chytrze pomyślane „zagranie”, mające przyćmić sławę muru berlińskiego. Polacy, i nie tylko ci spod znaku kropidła i solidarycy, żalą się, że świat ich traktuje niesprawiedliwie, bo za wydarzenie przełomowe uznaje zburzenie muru berlińskiego, a nie powstanie „Solidarności” i wybory 1989 r. Proszę więc uprzejmie po raz setny, żeby wzięli pod uwagę, że dla świata zjednoczenie Niemiec miało nieporównanie większe znaczenie niż zmiana ustroju w Polsce. Przeniesienie całej Stoczni Gdańskiej pod Bramę Brandenburską tego nie skoryguje.
Dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności chwali się: „zorganizowaliśmy imprezę dla dzieci Moja mała Solidarność, koncerty o wolności i warsztaty dla hiphopowców, a dla heavymetalowców na Święto Niepodległości zaprosiliśmy zespół Sabaton. Na koncert przyszło 2 tys. młodych ludzi w biało-czerwonych szalikach, których raczej nie poruszyłby żaden tekst mówiony czy pisany”. Ksiądz Zięba okazuje się mistrzem kondensacji: za pomocą niewielu słów pokazał, na jakim poziomie mentalnym dokonuje się indoktrynacja dzieci i tej części młodzieży, która nie rozumie słów pisanych i mówionych; odsłonił cynizm, do jakiego zdolny jest upolityczniony ksiądz, a także zasięg samoudręki, w jakiej żyje duża część młodych ludzi. Jak pisały gazety, muzyka heavymetalowa była używana w bazie
Guantanamo do torturowania więźniów. Cały ten program każe się zastanowić nad niebywałą degrengoladą kulturalną „liberalnych” środowisk klerykalnych i solidarnościowego „aktywu”.
***
W Polsce pod byle pretekstem podnosi się alarm, że Niemcy starają się uciec od winy za drugą wojnę światową, a odpowiedzialność chcą stopniowo przesuwać na inne narody. Tym alarmom wywoływanym głównie przez telewizyjników i gazeciarzy przyznaje się duży stopień wiarygodności, ponieważ gdyby Niemcy rzeczywiście tak postępowali, byłoby to całkiem naturalne. Nikt przecież nie chce być winny bezapelacyjnie i każdy chciałby w miarę możliwości podzielić się winą z ofiarami. Rzecz w tym, że Niemcy tak nie postępują. Wprost przeciwnie, rozmiłowali się w postawie pokutniczej, jeden drugiego tam pilnuje, czy wystarczająco poczuwa się do winy, a swoje wątpliwości co do tego, czy przekleństwo ciąży na nich jako narodzie sprawiedliwie czy niesprawiedliwie, zwierzają sobie w głębokiej dyskrecji. Abstrahując na chwilę od tego, co się stało pod władzą Hitlera, można zauważyć, że obwinianie robi wrażenie na tym, kto się poczuwa do winy, a kto się nie poczuwa, tego albo wcale nie obwiniają, albo wszelkie krytyki odbijają się od niego jak groch od ściany. Niech ktoś spróbuje skrytykować Ukraińców za to, że idealizują, rehabilitują i czczą swoje oddziały SS, nie mówiąc już o UPA, a przekona się, że mówię prawdę.
Każdy naród ma swoją koncepcję narodu, pisał Carl Schmitt, ale może ona ulegać zmianie. Niemcy podporządkowali się światowej opinii, że są zbiorowo i z pokolenia na pokolenie obciążeni winą za Holokaust i wojnę. Jest w tym dużo polityki i trochę metafizyki. Z metafizycznego punktu widzenia niebezpiecznie jest być Niemcem. Polacy ze Śląska, Wołgadojcze z Kazachstanu, Turcy ze Stambułu i Anatolii nie wiedzieli, w co się pakują, przenosząc się do Niemiec, przyjmując obywatelstwo niemieckie i skazując swoje potomstwo na przynależność do narodu niemieckiego. Skoro Niemcy jako naród są winni, to i na nich z chwilą przystąpienia do tego narodu przypada część tej winy. Nie słyszałem, żeby jakiś przemądrzały Habermas powiedział: stop! Tylko prawdziwi Niemcy są winni, ci zaś, co się tu przyplątali z różnych kątów świata, nie są Niemcami i nigdy nie będą, ponieważ nie są winni za drugą wojnę światową. Pojęcie winy kolektywnie dziedziczonej jest absurdem, z którego wynikają tylko absurdalne wnioski.

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy