Prokuratura dobra na wszystko

Prokuratura dobra na wszystko

Żartowano, że IV RP postawiła na prokuratorów, tak jak sanacja stawiała na pułkowników.

Rzeczywiście. Prokurator generalny, a zarazem minister sprawiedliwości był jedną z najpotężniejszych figur na scenie politycznej. Prokurator stał też na czele Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, kolejny był jego zastępcą. Prokurator był ministrem spraw wewnętrznych, nawet komendantem głównym policji został prokurator. Prokurator był także ministrem koordynatorem służb specjalnych.

Niby coś podobnego do sanacji było. Tam też wojskowy, pułkownik albo generał, był ministrem, wojewodą, komendantem głównym policji. Tyle że gdyby tym generałom i pułkownikom zajrzeć w życiorysy, okazałoby się, że wszyscy oni mieli za sobą czynny udział w wojnie, a przed nią ukończone jakieś studia cywilne lub wojskowe. Od Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie po rosyjskie lub austriackie akademie wojskowe.

Gdyby natomiast ulubioną metodą PiS zajrzeć w życiorysy prokuratorów obsadzających najwyższe stanowiska w państwie, to znaleziono by albo komunistycznych prokuratorów stanu wojennego, nagle nawróconych na suwerenność Rzeczypospolitej, teraz gorliwych gorliwością typową dla neofitów, albo wyedukowanych całkiem niedawno i niestety dość powierzchownie wykształconych.

Prokuratorzy nie tylko obejmowali najwyższe funkcje w państwie, ale byli też narzędziem trzymającym w szachu wszystkich nieprzychylnych rządzącym. Areszty wydobywcze i stawianie wyssanych z palca zarzutów ludziom, którzy narazili się czymś PiS lub jego najwyższym funkcjonariuszom, stały się codziennością. Trwało to zaledwie dwa lata. Po roku 2007 przy pełnej akceptacji społecznej można było rozliczyć zarówno całe PiS, jak też tych prokuratorów, którzy sprzeniewierzyli się swojej roli w państwie. Którzy naginali czy wręcz łamali prawo. Można było. Zabrakło, jak to się mówi, woli politycznej. Z trudem i nie od razu rozdzielono urzędy ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Temu ostatniemu nadano maksymalnie okrojone kompetencje. Nie pozbyto się skompromitowanych w latach 2005-2007 prokuratorów. Żadnemu włos z głowy nie spadł, a przepisy nie pozwalały nawet na ich degradację. Mało tego, premier (pamiętacie, kto nim był?) miesiącami nie przyjmował sprawozdania prokuratora generalnego, trzymając jego i całą podległą mu strukturę w niepewności, czy nie rozpocznie procedury odwoływania go ze stanowiska, bo nieprzyjęcie sprawozdania było do tego pierwszym krokiem. Zrobiono dużo, by osłabić pozycję prokuratora generalnego, i tak ustrojowo bardzo słabego.

Przez osiem lat rozważano postawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu, a gdy wreszcie na to się zdecydowano, wniosek przepadł w głosowaniu, bo posłom Platformy (w tym niektórym najbardziej prominentnym) nie chciało się na nie przyjść.

Widząc swoją bezkarność, kompletną nieudolność Platformy i mając perspektywę rządzenia przez więcej niż jedną kadencję, po roku 2015 PiS poszło na całość. Po rozwaleniu Trybunału Konstytucyjnego, zneutralizowaniu Sądu Najwyższego, upartyjnieniu Krajowej Rady Sądownictwa, podporządkowaniu sądów odgórnie ministrowi sprawiedliwości (będącemu na powrót także prokuratorem generalnym) PiS znalazło skuteczne, choć w krajach cywilizowanych niebywałe narzędzie do nadzoru „poziomego” nad wymiarem sprawiedliwości. Wynalazek polega na tym, że łamiąc elementarne zasady cywilizowanego prawa, prokurator, który jest stroną w procesie toczącym się przed sądem, wszczyna równoległe do tego postępowania sądowego śledztwo, w którym przesłuchuje tych samych świadków (czasem też biegłych z postępowania sądowego jako świadków), kontroluje przebieg czynności sądu, próbuje wzywać na przesłuchania sędziów prowadzących sprawę, ocenia trafność, a nawet zgodność z prawem zarówno jednostkowych działań sądu, jak i jego końcowego orzeczenia.

Wedle prawa przyjętego w wolnym świecie są to rzeczy wręcz niewyobrażalne! Działalność sądu pierwszej instancji może w granicach oznaczonych przez Kodeks postępowania karnego nadzorować sąd instancji wyższej. On też, i to tylko w granicach zaskarżenia przez strony w apelacjach, może kontrolować wyroki sądu pierwszej instancji. Nowość praktyki ostatnich lat polega na tym, że takiej oceny działań sądu w procesie, w którym stroną jest prokurator, dokonuje tenże prokurator, wszczynając równoległe śledztwo. Może więc np. się zdarzyć, że sąd da wiarę jakiemuś świadkowi, a równocześnie prokurator postawi temu świadkowi zarzut składania fałszywych zeznań. Może się zdarzyć, że sąd uzna rachunek biegłego za wykonaną opinię, a prokurator postawi temu biegłemu zarzut zawyżania rachunku uznanego przez sąd. Sąd – praktycznie sędzia – może podjąć jakąś decyzję procesową, do czego jest upoważniony, a prokurator uzna, że było to przekroczenie uprawnień, i postawi sądowi zarzut karny.

Absurdalność tej sytuacji jest tak wielka, że nie sposób ją wytłumaczyć prawnikom zagranicznym. Próbowałem o tej praktyce powiedzieć pewnemu profesorowi prawa z Niemiec, kazał to sobie dwa razy powtórzyć, bo sądził, że czegoś nie zrozumiał, tak dalece ta sprawa wydawała mu się absurdalna i niemożliwa.

Aby nie wyglądało to na teoretyzowanie prawników, postaram się przedstawić ten mechanizm w sposób zrozumiały dla każdego Kowalskiego.

Wyobraź pan sobie, panie Kowalski, że prokurator oskarżył pana niewinnie. Sprawa trafiła do sądu. Sąd przesłuchał świadków, zbadał dokumenty, wszystko przemawia na pana korzyść. Prokurator to widzi. Wszczyna szybko drugie śledztwo „w sprawie fałszywych zeznań”, przesłuchuje tych samych świadków, ale już jako podejrzanych, sędziemu stawia zarzut „przekroczenia uprawnień”. Na tej podstawie wyłącza z pańskiego procesu sędziego, a przestraszeni świadkowie, teraz przesłuchiwani jako podejrzani, zaczynają się wycofywać z korzystnych dla pana zeznań. Pana proces zacznie się więc od nowa (sędzia został wyłączony), świadkowie wysłuchiwani raz jeszcze będą teraz ostrożniejsi, będą się bali tak zdecydowanie zeznawać na pana korzyść. Innymi słowy, masz pan, panie Kowalski, przechlapane.

Dziwny to model procesu, gdzie oskarżycielem przed sądem jest prokurator, który równocześnie kontroluje ten sąd, który prowadzi sprawę. To już prościej byłoby w ogóle sądy zlikwidować, niechby wyroki wydawał prokurator, a choćby i „trójka” prokuratorska. Tak już kiedyś w historii zresztą było, tyle że w ościennym mocarstwie.

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy