Epitafium

Epitafium

Stanisław Swianiewicz, jedyny polski prawie naoczny świadek zbrodni katyńskiej, opisuje, jak udało mu się zaokrętować na ostatni ze statków ewakuujących z ZSRR armię Andersa: „Dopadamy do przystani, powiadają, że statek właśnie odpływa: pokazuję oficerowi NKWD swoją wizę, który grzecznie salutuje, i biegnę z całej siły poprzez rodzaj ogrodu, który przylega do przystani i otacza coś w rodzaju pawilonu dla honorowych gości. Dokoła pełno ludzi: jacyś sowieccy dygnitarze, dużo enkawudzistów, członkowie korpusu dyplomatycznego, zagraniczni attaché wojskowi w mundurach swoich armii. Enkawudziści, obok których przebiegam, stają na baczność i salutują. Wszystko wygląda jak opera buffa w owym przełomowym momencie moich dziejów wojennych. Maszyny statku są już w ruchu, statek zaczyna powoli ruszać, służba portowa ściąga mostek: wskakuję na niego, jest luka jakieś trzy ćwierci metra pomiędzy końcem mostka a wejściowym pokładem statku. Skaczę razem z walizką i wpadam prosto na Ksawerego (Pruszyńskiego – L.S.), który stał na samym skraju wejściowego pokładu. Podtrzymał mnie z lewej strony, a jakiś sowiecki marynarz, obawiając się, że się wywrócę, chwycił mnie za prawe ramię”.

Tak rozstrzygały się przeznaczenia ludzkie. Gdyby statek był o 2 m dalej, losy Swianiewicza potoczyłyby się (o ile nie skończyły dzień później) zupełnie inaczej – 2 m czy 10 sekund decydowało o życiu, przyszłości i śmierci. Pamiętajmy, że kilkaset tysięcy Polaków nie miało szansy Swianiewicza i nie zdążyło na te statki, a znaczna część ich pasażerów, w większości Kresowiaków, miała wkrótce się dowiedzieć, że za zgodą mocarstw zachodnich nie mają dokąd wracać. Kto nie rozumie tych tragedii decydujących się nieraz na 200 cm, nie pojmuje niczego z historii Polski.

Jestem człowiekiem szczęśliwym. Dziecięco przeszedłem przez stalinizm, potem właściwie przygoda 1968 r. i rok 1981, który kosztował mnie emigrację i utratę całego dotychczasowego dorobku materialnego, ale to duperela – nie musiałem nigdy mierzyć mojego życia na 2 m, chować się w piwnicach w ostatecznym przerażeniu, uciekać z łapanek, umierać z zimna i wycieńczenia na Magadanie. Cóż dopiero pokolenie moich synków i im podobnych, urodzonych w latach od 1980 począwszy, dla których oczywistością są dzisiaj otwarte granice, demokracja, wolna przedsiębiorczość. Atoli, przestrzega Czesław Miłosz: „Człowiek ma na ogół skłonność do uważania porządku, w którym żyje, za NATURALNY. Domy, które ogląda, idąc do pracy, przedstawiają mu się bardziej jako skały wyłonione przez samą ziemię niż jako dzieła umysłów i rąk ludzkich. Czynności, jakie wykonuje w swojej firmie czy biurze, ocenia jako ważne i stanowiące o harmonijnym funkcjonowaniu świata. (…) Pozycja społeczna ministra czy dyrektora banku wydaje mu się czymś poważnym i godnym zazdrości, posiadanie znacznej ilości pieniędzy – gwarancją spokoju i bezpieczeństwa. Nie wierzy, że na dobrze mu znanej ulicy, na której śpią koty i bawią się dzieci, może pojawić się jeździec z lassem, który będzie łapał przechodniów i wlókł do rzeźni, gdzie natychmiast zostaną zabici i powieszeni na hakach. (…) Już jednak pierwsza wędrówka ulicą, której chodniki pokrywa gruba warstwa szkła z rozbitych przez bomby szyb, a po jezdni wiatr niesie papiery z biur ewakuowanych w panice, podrywa jego zaufanie do rzekomej naturalności jego dotychczasowych przyzwyczajeń”.

Gen. Wojciech Jaruzelski należał do wcześniejszego, mniej ode mnie szczęśliwego pokolenia. Dane mu było przeżyć i upadek Rzeczypospolitej, i wojnę, i zsyłkę, i łagry. Te czarne okulary, które tak śmieszyły karykaturzystów, to wynik ślepoty śnieżnej, której nabawił się podczas katorżniczej pracy przy wyrębie drewna na Syberii. Nie zdążył do Andersa. Zabrakło mu tych magicznych 2 m. Znalazł się u Berlinga. A gdzie mieli się znaleźć Polacy, gdy statki odpłynęły? W wietrze historii? W niebycie?

Pisał Stefan Kisielewski o generale: „Ja myślę, że on jest człowiek bojowy. To znaczy boi się. Boi się i wie, czego się bać, bo przeżył dużo…”. Innymi słowy, rozumie Kisielewski, że daleko ode mnie, który słyszałem może jeszcze echo świstu arkana, od radosnych naszych następców, którym historię wyznacza IPN, gen. Jaruzelski pamiętał jeszcze jeźdźca z lassem i rozumiał wymiar potencjalnej tragedii.

Oczywiście – powtórzę ten banał – gen. Wojciech Jaruzelski jest w dziejach polskich postacią kontrowersyjną. W przeciwieństwie do prof. Eislera sądzę jednak, że historia będzie go powoli coraz bardziej doceniać. Inaczej bowiem nie zrozumieją nigdy nasze dzieci, czym jest tragiczne przeznaczenie mieszczące się w wymiarze 200 cm… A niech tam – Swianiewicz nie był już młody, biegł zadyszany z walizką, więc może tylko zabrakłoby mu parszywego pół metra. Kto tego nie rozumie, niech nie gada ze mną o dziejach narodowych. Skądinąd też chcę wierzyć w cudowną narodową jutrzenkę. Nie byłaby ona tak łatwa i bezkrwawa bez udziału ludzi mądrych.

Wydanie: 26/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy