Jak zgubić ogon

Jeszcze przed przyjazdem górniczej manifestacji do Warszawy powtarzano obawy, czy „Śląsk się nie skompromituje”, tak jak było to przed dwoma laty, kiedy demonstranci zdemolowali sporą część stolicy, nie budząc przez to szczególnej sympatii jej mieszkańców.
Niestety i tym razem „Śląsk się skompromitował”. Mówi się, że „puściły nerwy”, że za dużo było czekania, a przez to za dużo piwa, w rezultacie więc doszło do bijatyki, której być nie powinno. Nazajutrz też gazety pisały z pewną goryczą i ironią, że pomimo jednak tego wszystkiego „górnicy załatwili to, co chcieli”. A chcieli po prostu obronić swoje emerytury, wypłacane po 25 latach pracy pod ziemią, a nie, jak projektowano, dopiero od 65. roku życia, a więc od wieku, którego większość „dołowych” górników po prostu nie dożywa, gdyż średnia długość życia w tym zawodzie wynosi 56 lat. Po 15 latach pracy pod ziemią górnik dołowy ma już z reguły pylicę, a jego organizm w całości wkracza w okres szybkiej degradacji, której nie można już powstrzymać, ale też nie można się jej dziwić, skoro spora część pracy górniczej polega na wydłubywaniu węgla, leżąc „na przodku” wysokim na 60 cm.
Praca w górnictwie węglowym z pewnością nie pasuje do epoki komputerów, laserów, DNA, lotów w kosmos i rozbijania meteorów sterowanymi rakietami. Jest na tym tle czymś wstydliwym, czego powinno już nie być. Ale istnieje, jest faktem realnym i ludzie wykonujący tę pracę przyjechali właśnie pod Sejm.
To prawda, że nie zachowali się szczególnie elegancko. Ale przecież podobnie nieelegancko zachowały się dzieci w Nigerii, które jak na złość zaczęły właśnie masowo umierać z głodu dokładnie w czasie, kiedy grupa G-8 uchwaliła, że zajmie się Afryką, najpopularniejsi artyści świata dali na ich rzecz zachwycający koncert i wszyscy razem wzruszyliśmy się szczerze, jacy to jesteśmy szlachetni i solidarni.
Komentatorzy twierdzą, że klęskę śmiercionośnego głodu w Afryce można było zawczasu przewidzieć, nastąpiła ona bowiem po dwóch latach suszy i po pladze szarańczy, która zjadła to, co pomimo suszy zdołało jeszcze wyrosnąć. Przed dwoma laty uratowanie czarnego dziecka od głodu mogło było kosztować 1 dol. dziennie, gdyby ktoś chciał go wysupłać, dziś uratowanie dziecka od śmierci głodowej musi kosztować 80 dol. dziennie i wiadomo, że takich pieniędzy nie ma.
U nas mówi się dzisiaj, że uratowanie emerytur górniczych płatnych po 25 latach pracy pod ziemią będzie kosztować podatników bajońskie sumy, coś około 30 mld zł, i nasz budżet może tego nie wytrzymać. Ale o sytuacji na Śląsku i w zagłębiu wiadomo jest także nie od dzisiaj. Przed kilkoma laty przystąpiono do gwałtownych redukcji i zamykania kopalń, co spowodowało kolosalne wrzenie społeczne, ale także zdziwienie mediów, że górnicy, otrzymujący odprawy nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych nie przekwalifikują się, nie otwierają „small-biznesów” lub nie pracują w innych zawodach.
Powiedzmy jednak szczerze, czy człowiek godzący się świadomie na to, aby spędzić całe swoje życie zawodowe, leżąc w 60-centymetrowej węglowej szparze, jest rzeczywiście na tyle pomysłowy i przedsiębiorczy, aby zostać elektronikiem lub założyć „small-biznes”?
Przebudowa Śląska wymaga lat, zmiany edukacji, zmiany obyczaju, zmiany kultury. Kolosalnej pracy, której nikt na serio nie podjął. Na szczęście jednak, głównie dzięki Chińczykom i ich gwałtownemu wzrostowi gospodarczemu, kłopot ten spadł nam z głowy, ceny węgla podskoczyły niemal dwukrotnie i tych 150 tys. ludzi, którzy zostali jeszcze pod ziemią, zaczęło nagle przynosić nam zyski, co potrwa przez najbliższych kilkanaście lat. Tyle że ludzie ci upomnieli się teraz o emerytury za swoje krótkie, zmarnowane pod ziemią życie.
Świat współczesny bardzo lubi zapominać. Rwąc do przodu, zachwycony własną pomysłowością i inteligencją, nie znosi oglądać się wstecz, na to, co zostaje w tyle. A w tyle wciąż zostaje głodująca Afryka. W tyle zostaje prymitywne górnictwo. W tyle zostaje też w Polsce owa stale rosnąca liczba ludzi, żyjąca poniżej minimum socjalnego, wraz z tą jej częścią, która żyje wręcz poniżej minimum biologicznego. Trwamy w złudnym przekonaniu, że może ten ciężki, rosnący i, przyznajmy, wcale nie malowniczy, niepasujący do XXI w. ogon, który wlecze się za radosnym pochodem młodych, zdolnych i pięknych, któregoś dnia gdzieś się zgubi, urwie, przepadnie, zniknie.
Nie zniknie. Największą zasługą demonstracji górniczej w Warszawie jest wyraźne przypomnienie, że nie zniknie. Nie znikną żadne problemy, których się nie rozwiązało, i będą one powracać w coraz gwałtowniejszej, coraz bardziej agresywnej, a przez to coraz trudniejszej do rozwiązania formie. Na lewicy, żeby jakoś uspokoić sumienia wobec nierozwiązanych problemów, wymyślono frazes o „wrażliwości społecznej”. Otóż górnicy jako odpowiedź na tę wrażliwość zastosowali petardy, kamienie i styliska od łopat.
Ale zastosowali także, co jest niezwykle ważne, związkowe negocjacje z Sejmem. I to one w rezultacie, a nie petardy, zapewniły im sukces. Od dosyć już dawna wielu ludzi w Polsce zadawało sobie pytanie, dlaczego właściwie, wobec rosnącej nierówności społecznej i poszerzających się obszarów nędzy, nie następuje u nas gwałtowny bunt społeczny? Rozważał kiedyś tę kwestię nieżyjący już Aleksander Małachowski, ale odpowiedź na to jest stosunkowo prosta. Dzieje się tak nie dlatego, że brak jest społecznego gniewu i rozpaczy, ale dlatego, że coraz mniej jest dużych, zorganizowanych załóg przemysłowych, jakim 25 lat temu była na przykład nieistniejąca już Stocznia Gdańska, odgrywająca dzisiaj rolę malowniczej atrapy przy obchodach rocznicy „Solidarności”. A także coraz słabszy, wyganiany siłą poza duże skupiska pracownicze, na przykład z supermarketów, jest ruch związkowy.
Otóż obie te struktury zachowały się jeszcze w górnictwie. Dlatego też, a nie z jakichkolwiek innych powodów, górnicy obronili swoje emerytury. Nie mają swoich związków bezrobotni. Nie mają swoich związków ludzie żyjący poniżej minimum socjalnego, lecz ciągle jeszcze drżący o pracę, na najgorszych nawet warunkach. Nie mają też swoich związków absolwenci wyższych uczelni, którym pracodawcy – jak pisał o tym niedawno Adam Leszczyński w „Gazecie Świątecznej” – każą pracować przez wiele miesięcy za darmo, łudząc ich nadzieją, że może któregoś dnia „załapią” się na etat.
To prawda, że górnicy ze Śląska narobili szkód przed Sejmem. Ale przypomnieli także o kilku podstawowych, starych prawdach, które niewiele straciły na aktualności.

Wydanie: 31/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy