Straszno

Straszno

Australijska minister spraw zagranicznych Julie Bishop alarmuje, że fanatycy z Państwa Islamskiego będą już w najbliższym czasie dysponować bronią chemiczną, co może ostatecznie przechylić na ich stronę szalę wojny, na razie w Syrii, Iraku i Kurdystanie, a gdzie dalej – zobaczymy. Stary rosyjski dowcip funkcjonujący w wielu wersjach (osobiście najbardziej lubię tę o przechwałkach dwóch myśliwych) kończy się pytaniem: A tigra ty jebał? – Oczywiście – odpowiada nagabnięty. – I czto? – Kak skazat? Smieszno i straszno. Jest to właściwie pełna definicja polityki amerykańsko-europejskiej na Bliskim Wschodzie.

Był sobie ongiś w Iraku ohydny dyktator Saddam Husajn. Postać bez dwóch zdań obrzydliwa. Mająca jednak jaką taką przytomność umysłu i rozeznanie w polityce międzynarodowej. Kiedy jednak po 11 września Stany Zjednoczone musiały przedstawić opinii publicznej winnego, a nie rusza się sojuszników jak Arabia Saudyjska czy Katar, padło na Bagdad. Pretekstem była właśnie broń chemiczna, którą krwawy satrapa miał produkować i przygotowywać do militarnego użycia. Saddam zachował się wtedy (myślał naiwny, że chodzi o fakty) jak grzeczny harcerzyk. Udostępnił międzynarodowym komisjom wolny wstęp do wszystkich swoich ewentualnie podejrzanych centrów przemysłowych. Nie znaleziono niczego. Potem, ale było to tragicznie potem, angielskie służby przyznały, że kłamały. W międzyczasie wojska USA, z polskimi pomocnikami, którzy śnili o kontraktach na powojenną odbudowę kraju ze zgliszcz, zajęły terytorium Iraku i zniszczyły, co tylko mogły zniszczyć, w myśl najprostszej zasady, że im więcej się zrujnuje, tym więcej dutków będzie na odbudowę. Zgliszcza, nawet fajniejsze i rozleglejsze, niż mogliśmy przewidzieć, owszem, dymiły i śmierdziały, były też dziesiątki tysięcy zabitych, ale z tej apokalipsy ani cienia kontraktów dla Rzeczypospolitej.

Skąd­inąd nie ma w tym żadnego antypolonizmu. Władze Stanów Zjednoczonych widząc, że nadal, wobec oporu niepokornych, trzeba byłoby dosyłać na pustynię kolejne miliardy dolarów, wycofały się, pozostawiając infrastrukturę do dyspozycji zorganizowanej przez siebie „nowej, wolnej i demokratycznej armii Iraku”. Okazała się ona wszakże, jak pokazują obecne wydarzenia, niedostatecznie wychowana, a może, czego przypominanie byłoby podłą politycznie herezją, sami Amerykanie nie zdobyli jej zaufania i przyjaźni. Spuśćmy na to poprawną zasłonę milczenia. Dość, że z tej właśnie militarnej infrastruktury korzysta dzisiaj Państwo Islamskie, które z żadnych chemicznych zaszłości nie będzie przed niewiernymi się rozliczać, a miesięcznie morduje trzykroć więcej Bogu ducha winnych niż powieszony Saddam (co go oczywiście nie rozgrzesza) przez całe swoje okrutne panowanie.

Papież Franciszek udał się na Lampedusę. Jest to włoska wyspa na Morzu Śródziemnym, do której, jeśli im się uda, dobijają łodzie z uchodźcami z północnej Afryki. Proporcja między szczęśliwcami mogącymi postawić nogę na włoskiej plaży a tymi, którzy nigdy tu nie dotrą i posłużą za żer słonowodnym rybom, wynosi podobno 50 do 50. Przerażająca ruletka. Wizyta Jego Świątobliwości na Lampedusie miała rzecz jasna charakter symboliczny. Równie dobrze mógłby się udać na wyspy greckie, południowe brzegi Sycylii, w okolice hiszpańskiego Algeciras. Tam także docierają desperaci pozostawiający za sobą w odmętach dzieci, żony, rodziców i mężów. Tragedia przybiera na sile z miesiąca na miesiąc, stając się bezprecedensową katastrofą humanitarną. Urzędnicy Unii Europejskiej z poparciem papieża Franciszka zaproponowali więc rozpiskę: ile każde stowarzyszone państwo miałoby przyjąć nieszczęsnych rozbitków. Co jak co, ale tacy chrześcijańsko-miłosierni to my już nie jesteśmy. Żeby to jeszcze byli Czeczeni, można by zagrać na nosie Putinowi. Co nas jednak obchodzą jakieś czarnuchy czy Arabowie? Tyle że problem narasta i sięga paroksyzmu. Jak wiadomo, nic na tym świecie nie dzieje się bez przyczyn.

Był sobie ongiś w Libii ohydny dyktator Muammar Kaddafi. Postać bez dwóch zdań obrzydliwa. W ramach pomocy „arabskiej wiośnie” obaliliśmy go i dobili w jakiejś rurze kanalizacyjnej. Tak uczciwszy ideał demokratycznego i wolnego świata, mogliśmy już spokojnie wziąć klocki i wrócić na nasze podwórko na łyk szampana zagryzanego truskawką z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Tyle że dziwnie nie przyszło nam do głowy, iż z faktu, że ktoś jest przeciw jakiejś dyktaturze, nie wynika wcale, że z niego od razu archanioł Gabriel. Co za nuda. Ile razy można się tego uczyć? Po Kaddafim realną władzę, dysponując pozostawionymi im środkami do zabijania, przejęły siły, które sprawiły prostaczkom taką krwawą łaźnię, o jakiej dyktatorowi nawet się nie śniło. Stąd Lampedusa i dobrobyt okolicznych ryb.

Nikt (lub prawie nikt) nie żałuje Saddama Husajna ani Kaddafiego. Jeżeli jednak spojrzeć na rezultaty polityki naszych wspaniałych demokracji, to stary refren powraca: smieszno i straszno. Z tym że patrząc na płomienny wyszczerz polskich polityków, kiedy tylko jakikolwiek amerykański bonza kiwnie im miło paluszkiem, wydaje się, że dla nich tylko smieszno. Straszno rozpłynęło się w szampanie salonowej poprawności.

Wydanie: 27/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy