Austria

Podczas gdy my uporczywie kołaczemy do drzwi Unii Europejskiej, za tymi drzwiami odbywa się pasjonująca dyskusja.
Jest to polemika pomiędzy wizją przyszłej Unii jako wielkiego federacyjnego państwa, obejmującego do trzydziestu nawet krajów, ze wspólnie wybieranym parlamentem, a może nawet i prezydentem, a koncepcją znacznie luźniejszą, opartą na państwach narodowych, z których jedne stanowić będą “twarde jądro” Unii, inne zaś jej obrzeża. Pierwszą z tych wizji narysował Joschka Fischer, niemiecki minister spraw zagranicznych, drugą wspiera dyplomacja francuska, która obejmuje właśnie przewodnictwo w Unii. Stanowisko amerykańskiej arogancji wyraził zaś w tej materii Zbigniew Brzeziński, pisząc w “National Interest” (co przedrukowała “Gazeta Wyborcza”), że Europa tak czy owak pozostanie amerykańskim protektoratem, a w najlepszym razie czymś w rodzaju kolosalnej Szwajcarii, ponieważ brak jej wystarczającej siły militarnej, porównywalnej z siłą amerykańskiego NATO. Nikt też, zdaniem Brzezińskiego, nie będzie chciał umierać za Europę, tak jak obywatele Stanów Zjednoczonych umierali za Amerykę, ponieważ nie istnieje nic takiego, jak europejski patriotyzm.

Oczywiście, Brzeziński myśli w kategoriach imperialistycznego mocarstwa, nie przychodzi mu więc do głowy, że dążeniem Europejczyków może nie być umieranie, lecz raczej życie w granicach sensownie urządzonego kontynentu, a kryterium, kto silniej potrafi dać w zęby, nie jest jedynym spoiwem patriotyzmu.
Wielokrotnie pisałem na tym miejscu, że główną wartością Unii Europejskiej i powodem, dla którego powinniśmy do niej należeć, nie jest jej siła militarna, a nawet nie jej siła gospodarcza, lecz zbiór zasad ustrojowych i społecznych, wyprowadzonych z europejskiej myśli i historii, na których Unia stara się oprzeć. Te zasady to jest właśnie ów europejski patriotyzm, którego brak zarzuca amerykański polityk, a który instynktownie odczuwa każdy, kto mówi o sobie, że jest Europejczykiem.
Upominanie się o zasady jest kwestią ważniejszą niż ilość krajów w Unii, czy też data jej poszerzenia. Dlatego też sprawą, która budzi pewien mój niepokój, jest sprawa Austrii.
Jak pamiętamy, w lutym tego roku, po zwycięstwie wyborczym nacjonalistycznej i ksenofobicznej Partii Wolności Jörga Haidera, czternaście krajów Unii, do której Austria należy, zaostrzyło z nią bilateralne stosunki, na tyle oczywiście, na ile jest to możliwe w integrującym się świecie. Niedawno w Santa Maria de Feira w Portugalii odbyło się spotkanie unijne, z którym Austriacy wiązali nadzieję, że zastosowane wobec ich kraju sankcje zostaną cofnięte. Nie zostały. Czternaście krajów Unii nadal więc uważa, że kraj, który dopuszcza do władzy partię, której przywódca, Haider, jest zdania, że Hitler miał sporo racji, a cudzoziemców należy pędzić, nie spełnia kryteriów europejskości.
Oczywiście, można by powiedzieć, że samo nałożenie na Austrię sankcji za to, jak jej obywatele wypowiedzieli się w wolnych wyborach, było błędem. Że było też krzywdą dla tych Austriaków, którzy nie głosowali na Haidera, obecnie zaś muszą odpowiadać za decyzję swoich współziomków. Ale na tym właśnie polegała krzepiąca nowość w polityce unijnej, że nie jest jej obojętne, jakich demokratycznych wyborów dokonują europejskie społeczeństwa. W końcu Hitler też doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów i też część Niemców nie oddała na niego swoich głosów. Krok wobec Austrii był więc wyciągnięciem wniosków z lekcji 1933 roku, co uważam za budujące.
Co jednak z tego wynikło?
Otóż to właśnie daje do myślenia. Według wszelkich świadectw Austria przeżywa zdumiewający okres gospodarczego rozkwitu. Mimo że obywatele Europy powinni czuć się zobligowani stanowiskiem Unii, Wiedeń zalany jest falą turystów i nawet w hotelu, w którym staję od lat, jedynie w drodze wyjątku otrzymałem zamówiony pokój. W Kunsthistorische Museum, naprzeciw Burgu, odbywa się kolosalna, niesłychanie reklamowana i z pewnością opłacona ze środków państwowych, wystawa poświęcona Karolowi V. Nie jest to przypadek, zważywszy że Karol V Habsburg (1500-1558), spadkobierca jednocześnie trzech dynastii – habsburskiej, burgundzkiej i kastylijsko-aragońskiej – cesarz rzymski narodu niemieckiego, był tym, który praktycznie realizował plan monarchii uniwersalnej, obejmującej całą niemal Europę, a sięgającej także po Amerykę Południową i Tunis. A więc – mówią przez to Austriacy – kto tu właściwie jest ostoją idei integracji europejskiej, a kto jej nuworyszem? Czy działa to na Austriaków? Działa. We “Frankfurter Allgemeine Zeitung” w komentarzu Reinharda Olta czytam: “Każdego dnia, jaki upłynął od czasu, kiedy 14 państw bilateralnie zaostrzyło kontakty z Austią z powodu jej nowego rządu, rządząca koalicja konsoliduje się coraz bardziej. Ma obecnie wolną rękę. Dzięki sankcjom (a potwierdzają to wszystkie badania opinii) ma ona poparcie niemal całej ludności Austrii”. Szkoda, że Olt nie dodaje, że w tym samym czasie, według najnowszych austriackich badań, co trzeci Austriak dochodzi do wniosku, że Holocaust nigdy nie miał miejsca i jest jedynie wymysłem Żydów – ankietowanych nie zastanawia widocznie, gdzie podziała się liczna kiedyś i odgrywająca wielką rolę kulturalną żydowska społeczność Wiednia? Natomiast autor komentarza pisze: ”Badania opinii donoszą także, że w większości krajów, których rządy nałożyły sankcje na Austrię, ludzie przeciwni są jej ukaraniu”.
Nie chodzi mi o Austrię – jest to piękny kraj sympatycznych na oko ludzi. Natomiast dyskusja o Unii Europejskiej toczyć się będzie, i to coraz żarliwiej, przez najbliższe lata. Nie martwi mnie szczególnie, że zjednoczona Europa nie będzie militarnym supermocarstwem. Jest też sprawą do dyskusji, czy Joschka Fischer, czy też francuscy dyplomaci mają rację kreśląc granice i tempo rozwoju nowego organizmu. Sprawą kluczową jest natomiast to, na ile ów powstający organizm zdolny będzie przestrzegać zasad, które wynikają z europejskiej tradycji kulturalnej i europejskiego doświadczenia dziejowego.
Bo bez tego bowiem – powiedzmy szczerze – cała ta zabawa niewiele ma sensu… KTT

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy