Piwo zamiast święconej wody

Piwo zamiast święconej wody

Polskie absurdy szczególnie mocno rzucają się w oczy, kiedy patrzy się na nie z boku. Z trochę innej perspektywy kulturowej. I wcale nie musi to być spojrzenie z Europy Zachodniej. Wystarczy pojechać do sąsiadów z południa. Czesi są żywym przykładem, że 40 lat „realnego socjalizmu” wcale nie jest powodem zacofania mentalnego. Tłumaczenie wszelkich polskich porażek latami PRL jest uproszczeniem dokonywanym przez polską prawicę. Czesi też przechodzili przez zimnowojenne eksperymenty i są teraz w zupełnie innym miejscu. Ich przykład pokazuje, że jeśli chcemy tłumaczyć teraźniejszość przeszłością, to warto zauważyć, że historia może być nieco dłuższa niż okres kilkudziesięciu lat po II wojnie światowej.
Bez ruchu husyckiego nie byłoby pewnie europejskiej reformacji, a dziś czeskiego racjonalizmu i pragmatyzmu. W oparach polskiego katolicyzmu pewnie też nie narodziłby się Jaroslav Hašek i jego dzielny wojak Szwejk, który mawiał: „W ogóle dużo jest na świecie takich rzeczy, których robić nie wolno, ale można. Najważniejsze to, żeby spróbować, czy zakazanej rzeczy zrobić nie można”. Hašek, który zaczynał w grupie literackiej „Anarchistyczni Burzyciele” przez całe życie drwił i obnażał oficjalny porządek. Haškowska ironia i humor dobrze jednak oddają dystans wobec rzeczywistości braci Czechów.
Zamiast – jak w Polsce – krucjat antyalkoholowych w Czechach spotkać można na każdym kroku nie tylko puby z piwem, winiarnie z winem, ale też absynterie, gdzie można raczyć się ulubionym trunkiem bohemy artystycznej. Absynt o mocy 60-80% i zawartości psychoaktywnego tujonu mógłby się stać w Polsce kolejnym wcieleniem zła oraz tematem medialnych kampanii moralizatorskich. Kiedy polscy talibowie chcą karać za posiadanie jakiejkolwiek ilości trawki, w czeskiej Pradze marihuana dostępna jest w aptekach jako lekarstwo, a jej zapach unosi się wieczorami po praskich ulicach. Trudno się dziwić, skoro czeskie media zachwalają marihuanę jako świetne lekarstwo na stwardnienie rozsiane czy chorobę Parkinsona.
Jak mawiał Szwejk, „Raczy pan znajdować się w burdelu, panie lejtnant. Ludzie bowiem różnymi chadzają drogami”. Stąd mamy czeskie puste kościoły oraz pełne knajpy ludzi pijących piwo i rozmawiających ze sobą. U nas jest odwrotnie: wciąż pełne kościoły milczących ludzi oraz pustawe knajpy, w których brakuje intelektualnego gwaru i twórczego fermentu.
W gospodarce też widać różnice na pierwszy rzut oka. Kiedy Polacy zwijają fabrykę Fiata w Tychach, jako już ostatnią pozostałość po polskiej motoryzacji, Czesi zalewają świat swoimi škodami. Duże organizacje międzynarodowe zaliczają Czechy do grupy krajów rozwiniętych. W rankingu Banku Światowego „Doing Business 2012” Czechy zajęły 64. miejsce wśród 183 krajów. Z tych powodów kraj ten jest poważnie traktowany przez inwestorów zagranicznych. Nie powinno też nikogo dziwić, że średnie płace są w Czechach wyższe (przeciętna już na początku 2012 r. wynosiła równowartość powyżej 4 tys. zł) niż w Polsce. Z bezrobociem jest akurat odwrotnie: na „zielonej wyspie” rządzonej przez premiera Tuska mamy powyżej 14%, u braci Czechów ok. 7%.
Trudno się dziwić, że turystycznie dla Czechów Polska nie jest pociągająca – szara, zimna i nieatrakcyjna. Lepiej dużo lepszymi drogami pojechać nad ciepły Adriatyk, niż siedzieć w chłodnym kraju rozmodlonych, smutnych i zawistnych Polaków. Poza tym podróż koleją do Polski to przeżycie tylko dla osób najwytrwalszych. Czesi, którzy wcześniej kupowali polską żywność, po ostatnich aferach z solą techniczną i innymi polskimi specjałami unikają jak ognia polskich produktów.
Hania Gronkiewicz-Waltz, robiąc striptiz przed Zamkiem Królewskim w Warszawie, czy Dutkiewicz, tańcząc przed wrocławskim pręgierzem, i tak nie ściągną takiej masy turystów jak czeska Praga. Ale co tam. Jak mawiał Szwejk: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.
Nie ma też co liczyć na szybką poprawę połączeń drogowych z Czechami. Jak pamiętamy, minister Polaczek deklarował w 2005 r., że budowa drogi ekspresowej S3 łączącej Szczecin z Lubawką na granicy z Czechami jest priorytetem rządu na lata 2006-2009. Później rząd PO dokonał kolejnych opóźnień. Ostatnia wersja to deklaracja premiera Tuska, że budowa południowego odcinka trasy S3 łączącego Nową Sól z Lubawką rozpocznie się w 2015 r. i zakończy w roku 2017. Czesi jednak nie lubią deklaracji bez pokrycia i dlatego słuchając polskich obietnic oraz obserwując nieudolność kolejnych rządów w Warszawie, postanowili zrezygnować z budowy po swojej stronie odcinka łączącego Lubawkę z Pragą. W ten sposób, jeśli nawet spełnią się ostanie obietnice rządu, to droga S3 może okazać się drogą donikąd. Po czeskiej stronie nie będzie miejsca na polski tranzyt. Ale co tam rządowe plany i potrzeby zwykłych, niewinnych ludzi. Jak pisał Hašek „Chrystus Pan też był niewinny i też go ukrzyżowali. Nigdy nikomu nie zależało na jakimś tam niewinnym człowieku”.

Wydanie: 22/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy