Mów mi

Mów mi

Mnóstwo legend i przesądów narosło przez wieki wokół życia pisarzy. Już samo określenie „życie pisarzy” jest intelektualnie podejrzane i zawiera w sobie oszustwo, ponieważ nie ma czegoś takiego jak typowe, przykładowe, uniwersalne „życie pisarza”. Tak jak każdy tokarz, ślusarz, tenisista czy polityk – każdy pisarz ma nie tylko inne życie, ale także inny stosunek do pisania.
Jeden lubi pisać i aż go skręca, a kiedy długo nie pisze, nęka go syndrom odstawienia: trzęsie się jak galareta, próbuje alkoholem wypełnić wyrwę w swym jestestwie. Ciągnie go – jak to się mówi. Tak jak za nami czasami śledzik chodzi, tak za nim chodzi jego pisanie. Drugi nie lubi, lecz nic innego nie potrafi. Żyje w ciągłym rozdarciu między lenistwem i snuciem planów o porzuceniu pisarstwa na rzecz czynności, które dla odmiany przystoją dorosłemu człowiekowi, a ambicją opublikowania dzieła istotnego. Trzeci typ – najbardziej dramatyczny – to typ nienawistnika, człowieka obdarzonego talentem jakby na przekór jego własnej egzystencji. Pisze z musu, klnąc głośno, szarpiąc szlafrok w furii (nieszczęśliwiec niemal zawsze podczas pisania jest w szlafroku – to dlatego, że na samą myśl o pisaniu czuje się chory). Paląc wagony papierosów, rozwodząc się jeszcze, zniechęca do siebie po kolei wszystkich: nadąsany, narcystyczny, nieznośny. Człowiek głęboko skrzywdzony swoim wrodzonym darem.
A jednak oczywiście istnieje wiele teorii dotyczących tego, jak pisarz postępuje, by swoje pisarskie procesy zasilić. Otóż m.in. wsłuchuje się czujnie w potoczny rejestr języka – najlepiej w środkach masowej komunikacji, poczekalniach dentystycznych, przy sklepowych kasach. Ucho pisarskie jest jak radar, który wchłania, a następnie przetwarza języki współczesnego świata. Tzw. język ulicy jest bowiem cennym kruszcem, a historie do wzięcia po prostu leżą na chodnikach, wystarczy wypuścić się w miasto z notesikiem i wszystkie je zapisać.
Staję więc na przystanku, ściskam z przejęciem ołówek. Stoi pani z panią. Nadstawiam ucha, rozmawiają: „Ona poszła do niego, żeby ją zabrał na spacer. Tam spotkali tamtą, ona mówiła mu, żeby się z tą pierwszą nie żenił. On na to – nie mów mi nic o niej. I ona zaczęła o niej mówić jak na złość, a on patrzył na nią. Ona podeszła do niego, że już jej się nie chce tak na niego patrzeć, kiedy ona stoi i myśli o niej. On jej na to, że jej nie miał na myśli, kiedy mówił o niej, żeby wreszcie dała mu spokój z tamtą”.
Koszmar zaimków powtarza się wielokrotnie w różnych punktach miasta. Zaczynam się bać, że to jakaś mania, co gorsza, raczej moja, skoro to ja te zaimki jakoś niezdrowo postrzegam, innym najwyraźniej wcale nie przeszkadzają! Wkrótce łapię się na tym, że streszczając świat, sama zatruwam narrację zaimkami. Szukając klucza do autodiagnozy, uważniej słucham, analizuję, prześwietlam.
Kolega poznał nową dziewczynę. Proszę, żeby ją jakoś opisał. Mówi tak: „No, jest… średniego wzrostu. Szczupła szatynka. Piersiasta. Oczy ciemne. Lat około po trzydziestce. Fajna taka”. Jego siostra uzupełnia opis: „Ma ładną, gładką cerę. Ma włoskie buty z miękkiej skórki. Z zeszłego sezonu”. I co widać? Nic nie widać. Albo inaczej: widać dziesiątki, setki szczupłych szatynek średniego wzrostu, które mijają nas na ulicach. A jednak właśnie ta konkretna zainteresowała go szczególnie. „Dlaczego akurat ta ci się podoba?”, pytam. „Ona się tak jakoś smutno uśmiecha. Czasem tylko samymi oczami”. „A jak się rusza?”, dociekam. „Rusza się tak, jakby studiowała w szkole muzycznej. Altówkę. Jest wyprostowana, ale chodzi miękko jak kot”. I o to chodzi! I coś się dzieje! Pojawia się postać, jakaś bohaterka, kino 3D. Chyba coś widzę! Kolega szybko się rozruszał, do opisu zaczął dodawać kolejne detale, a dziewczyna coraz bardziej stawała się sobą. Dowiedziałam się, jaki jest ton jej głosu, jak pachnie, że lubi zadawać pytania i przekrzywiać głowę. Że kiedy mówi, oblizuje usta i bawi się palcami, a kiedy jest zmęczona, robi się trochę blada, przy czym na nosie uwidaczniają jej się piegi. No, kolego, już po tobie – pomyślałam.
Są ludzie, z którymi mamy ochotę spędzić wiele godzin, i tacy, których instynktownie unikamy. Na czym polega magnetyzm osoby? Dlaczego wydaje nam się ekscytująca? Czemu dobrze się czujemy w jej towarzystwie? I inaczej: czemu ktoś nas denerwuje, dlaczego jesteśmy zmęczeni po rozmowie z X, podczas gdy Y samą obecnością wprawia nas w dobry nastrój? Czy to pytania, na które powinni odpowiedzieć sobie pisarze? Wyobrażam sobie, że autentycznie zaczynamy przyglądać się sobie. Owszem, raz czy dwa ktoś może oberwać, trudno, praca antropologa to ryzykowne zajęcie, wiedział to już Claude Lévi-Strauss. Ale może szybciej orientowalibyśmy się w tym skomplikowanym społecznym świecie. I może nauczylibyśmy się lepiej opowiadać? Jak mówi moja koleżanka: „Im bardziej to mówię, tym bardziej go kocham”.
Język ma wpływ na rzeczywistość, w tym sensie zawsze będzie polityczny, ale jest przecież także po stokroć niewinny, bezinteresowny jak uparcie tworzona latami poezja. Wiedział o tym zmarły kilka dni temu poeta Tadeusz Różewicz. Nie ma tego, czego nie opowiesz. 

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy