Wara wam, czyli w obronie mazania po ścianach

Wara wam, czyli w obronie mazania po ścianach

Kolejnym próbom zaostrzenia prawa antyaborcyjnego (powstanie specjalnej podkomisji sejmowej w sprawie społecznego projektu „Zatrzymaj aborcję” wspieranego przez Episkopat) towarzyszyło wymalowanie na ścianach budynków plebanii archikatedry św. Jana Chrzciciela, Domu Arcybiskupów Warszawskich i siedzibie kurii warszawsko-praskiej napisów: „Oto ciało moje, oto krew moja. Wara wam”, „Mordercy kobiet” czy „Rwanda – pamiętamy”. Policja z niezwykłą werwą poszukuje sprawców, mierzyła wykonane czerwoną i czarną farbą napisy z pieczołowitością godną lepszej sprawy, a komentarze pracowników kurii mówią o aktach wandalizmu, nie odnosząc się do treści i znaczenia napisów. Tak jest łatwiej. Zlekceważyć, zinfantylizować, odpolitycznić to wydarzenie. A może warto poświęcić chwilę na zastanowienie, czy te napisy to po prostu bezmyślne „niszczenie czyjegoś mienia”, czy jednak mazanie po ścianie nierówne jakiemukolwiek mazaniu po ścianie? I dlaczego akurat ta akcja stanowi przekroczenie niewidzialnej granicy chroniącej dotąd często nie tyle kościoły, ile Kościół? Czy mocne słowa „Wara wam” i pozostałe to akt ślepej, nieracjonalnej, przypadkowo skierowanej agresji wyrażonej nieznaczącą treścią, bo tak właśnie rozumiemy znaczenie słowa wandalizm?

Trochę dziwnie się czuję, gdy muszę tłumaczyć oczywistość, że po trzykroć nie. To nie było przypadkowe – adresat został wybrany świadomie i celnie. To nie było nieracjonalne, gdyż taka forma walki politycznej jest w swojej istocie przemyślanym i w pełni świadomym gestem. Czy wartość estetyczna czystej elewacji lub ściany nawet zabytkowego budynku stoi ponad prawem do wyrażenia poglądu, gniewu, stanowiska politycznego w zabetonowanym świecie przekazu i dominacji politycznej? Z wielu miejsc i gardeł rozlega się zniesmaczenie: grzeczniej, ciszej, czyściej, a fe, jak to nieładnie malować po ścianach. Burczy klasistowskie piętnowanie i stygmatyzowanie: jak chuligani, jak kibole, jak tak można. Równocześnie z muzealną pieczołowitością wynoszone są na piedestał analogiczne polityczne mazaniny z historii (II wojna światowa, mały sabotaż, lata 80.). Po raz kolejny słyszymy, że wtedy tak, a teraz nie. Że tamte napisy miały wagę i sens, a te są ich pozbawione. Doprawdy? A może to jednak ci i te, którzy są zdeterminowani ryzykować represje, mają decydujące słowo w formie protestu, niezgody i walki? Czy najchętniej nie sporządzono by listy dozwolonych metod niedozwolonych protestów?

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 28/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 28/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy