Głupi, głupszy, najgłupszy

Głupi, głupszy, najgłupszy

Im więcej wokół mnie jazgotu i bredzenia wszechobecnych wielepów, czyli ludzi zawsze wiedzących lepiej od innych, tym częściej i życzliwiej myślę o kulturze. I to nie o tej masowej i popularnej, która jakoś sobie radzi, ale o niszowej, z górnej półki. Tej, której dziś jest najtrudniej. Bo nie mieści się w obecnym systemie zarządzania kulturą. Systemie, który opiera się na rozbudowanym kadrowo Ministerstwie Kultury i dziesiątkach instytucji centralnych. Czego efekt jest taki, że niewydolny, sformalizowany i zbiurokratyzowany system pożera większą część środków finansowych przeznaczonych na kulturę. Podobnie zresztą jest w urzędach marszałkowskich i urzędach miast. Gdy popatrzeć na wykres z ostatnich 20 lat, widać, jak ta tkanka biurokratyczna pęcznieje. Jak rodzi kolejne struktury, urzędy, komitety i zespoły. Szansa, że w tym gąszczu potrafiłby się przebić ze swoją ofertą młody Żeromski czy Tuwim, jest bliska zera. Mówią o tym sami twórcy. Postulaty zmian zgłaszają ich stowarzyszenia i organizacje. Politycy kiwają głowami, ale mają je zajęte czym innym. Bo albo za chwilę będą jakieś wybory, albo magiczne słowo kryzys zwalnia z myślenia o czymś tak abstrakcyjnym jak kultura. Bo czy ktoś widział demonstrację tych środowisk idącą na Sejm z oponami w rękach? Politycy wdzięczą się do ludzi kultury, by ogrzać się w ciepełku ich popularności. I by dostać cenne poparcie na listach wyborczych. A później tylko pozorują aktywność. Bo, prawdę mówiąc, udział w kulturze najwyższych lotów – niezależnie od tego, czy byłaby to opera czy koncert symfoniczny albo awangardowy spektakl teatralny – nudzi ich śmiertelnie. I nie po to piastują ważne funkcje, by cierpieć katusze w elitarnym towarzystwie jajogłowych. Co innego zapolować w męskim gronie. Napić się piwa na festynie. Lub pogrillować z wyborcami.
Bez ryzyka mogę napisać, że nasza klasa polityczna nie weźmie sobie do serca słów Hannah Arendt, że „największym zagrożeniem dla demokracji jest ogłupianie społeczeństwa”. Większość parlamentarzystów pewnie nawet o niej nie słyszała. Trudno więc się spodziewać, że ci, którzy żyją z ogłupiania i oszukiwania ludzi, będą się przejmować losami demokracji. Ale elity, jeśli jeszcze taki twór jest w naszej polityce obecny, muszą o tym myśleć. I działać. Choćby dlatego, że krach demokracji jest właśnie największym dla nich zagrożeniem. Od rozprawy z elitami zaczynają bowiem wszystkie totalitaryzmy.
A my zacznijmy od pokazywania stosunku rządzących do kultury. Prawdziwego, nie deklarowanego. Prawdziwego, czyli wyrażanego decyzjami budżetowymi i traktowaniem mediów publicznych. Tolerowanie przez PO dewastacji telewizji publicznej jest w prostej linii ogłupianiem społeczeństwa. Nijak nie mogę pojąć, dlaczego nie dano telewizji publicznej nawet małej szansy na przeciwstawienie się wszechobecnej w stacjach komercyjnych (na Woronicza niestety też) tandecie oraz gaworzeniu celebrytów i gwiazdek tabloidowych. Porażająca głupota i wyścigi na oglądalność wypchnęły z rynku medialnego ważne tematy i mądrych ludzi. Nieobecni w tych mediach muszą szukać oferty dla siebie w drugim obiegu. Tylko co to ma wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim? Z władzą obywatelską? I z demokracją w rozumieniu Arendt?

Wydanie: 21/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy