Mecz ostatniej szansy

Mecz ostatniej szansy

Najbliższe tygodnie w Polsce to będzie kulminacja napięcia, jakie budowano przez ostatnich kilka lat. Turniej Euro, który miał pokazać światu polski awans cywilizacyjny, obnażył wiele słabości lokalnej kultury organizacyjnej, jeszcze zanim się rozpoczął. Końcowy okres to wyścig z czasem i systematyczna rezygnacja z kolejnych inwestycji, które przerosły Polskę finansowo i organizacyjnie. Nowe odcinki autostrad pozostają tylko na papierze jako niedokończone drogi. Coraz więcej zamieszania i wątpliwości powstaje wokół kosztów budowy stadionów. Ciągłe informacje o opóźnieniach, wpadkach wykonawców, podwykonawców i podpodwykonawców na placach budowy. W końcu newsy na temat braku zapłaty za wykonane prace, procesy sądowe oszukanych pracowników i coraz większe zainteresowanie organów ścigania działaniami związanymi z Euro.

Wielkie apetyty na rekordowe zyski przy okazji Euro powoli się zmniejszają, a ich miejsce zastępują pytania o koszty utrzymania stadionów po zakończonych mistrzostwach. A są to niemałe sumy. Miasta, które – tak jak Wrocław – zadłużyły się na budowę stadionów, teraz stopniowo zaczynają się budzić z propagandowego snu. Poza odsetkami z kredytów (ok. 50 mln zł rocznie) dochodzi bowiem wizja konieczności wydawania co roku kilkunastu milionów na utrzymanie aren sportowych, na których nie za bardzo wiadomo, co się będzie działo po zakończonym turnieju. Na msze za duże, na wiece partyjne Platformy Obywatelskiej zdecydowanie za duże, rekonstrukcje historyczne też wychodzą z mody. Za jakiś czas mogą się pojawić – tak jak w Portugalii – koncepcje wyburzania stadionów.
Marzenia o tym, że dzięki nowym stadionom zwiększy się frekwencja na meczach polskiej ligi piłkarskiej, można już włożyć między bajki – po początkowych sukcesach frekwencyjnych wszystko wraca do poziomu szarej rzeczywistości. Polska piłka i jej rozgrywki są takie same jak cała reszta polskiej krainy – nieprzewidywalne, na kiepskim poziomie, byle jakie i nudne. Stadiony, które miały się stać wizytówkami polskich miast, po Euro będą świecić pustkami i pojawią się tam najwyżej grupki lokalnych kiboli. Również oczekiwania wielkich dochodów, które miały się pojawić dzięki turniejowi, z pewnością skończą się rozczarowaniem. Czeka nas raczej twarde lądowanie i liczenie strat.
Euro jest w stanie zatopić lokalne władze, które wydawały się dotąd niezatapialne (jak np. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz). Ale z drugiej strony, jeśli dojdzie też do klęski sportowej polskich piłkarzy, trauma związana z Euro może ostatecznie pogrążyć rządy w kraju coraz bardziej zagubionej PO. Jeżeli mecz numer jeden będzie meczem otwarcia, a mecz numer dwa z udziałem Polaków okaże się tylko „meczem ostatniej szansy”, to po drugiej porażce nastroje rodaków obniżą się tak bardzo, że premier Tusk będzie mógł już zwoływać sztab kryzysowy. A wtedy jesień w Polsce może być wyjątkowo gorąca. Zazwyczaj jest tak, że społeczeństwo jest szczególnie mocno pobudzone wówczas, gdy wielkie aspiracje szybko napotykają blokady i jasno widać, że dotychczasowe obietnice były tylko mrzonkami. Wtedy przebudzenie jest gwałtowne i nieprzewidywalne. Dlatego min. Nowak razem z min. Muchą powinni dopingować ile sił polskich piłkarzy, bo wraz z nimi oni również polegną.
Tak się zazwyczaj dzieje, kiedy igrzyska dla ludu nie są w stanie skutecznie przykryć problemów dnia codziennego. A igrzyska związane z Euro mają charakter wyjątkowo elitarny – bawić się będzie wąska grupa działaczy PZPN, sponsorów, lokalnych elitek biznesowo-towarzyskich, działaczy UEFA. A wszystko za podatki, które mogły pójść na nowe elektrownie (już grozi nam paraliż energetyczny kraju), lepsze szpitale, brakujące przedszkola.
Społeczeństwo po lekkim kacu związanym z Euro ze zdwojoną siłą przypomni sobie, że jednak żadne igrzyska nie zastąpią chleba i pracy. Tylko co wtedy? Rzuci się w objęcia Jarosława Kaczyńskiego? To byłby dramat. Tyle że wciąż nie widać na horyzoncie innej opcji.
Z jednej strony, Kaczyński z Ziobrą walczą o to, kto jest bardziej prawdziwą prawicą. Z drugiej – mamy Leszka Millera na wojennej ścieżce z Januszem Palikotem. Ta sytuacja wyjątkowo sprzyja PO, ale w żaden sposób nie mobilizuje społeczeństwa do działania na rzecz przerwania obecnego marazmu.
Ten, kto będzie potrafił opowiedzieć po Euro o innej wizji Polski niż obecna, może bardzo dużo zyskać. W tej opowieści ludzie muszą przestać być tylko biernymi kibicami, a na nowo powinni poczuć się obywatelami świadomymi swoich praw. Na razie mecz, jaki rozgrywa się w mediach, przegrywa społeczeństwo, po Euro jednak elita władzy może się znaleźć w poważnych tarapatach. Tak czy siak, patrząc na sytuację w dłuższej perspektywie, piłka jest po stronie lewicy. Trzeba tylko mądrze to wykorzystać. Niewykorzystane szanse zarówno w piłce, jak i w polityce mszczą się podwójnie.
Turniej czas rozpoczynać.

Wydanie: 16/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy