Niespolegliwość lewicy

Niespolegliwość lewicy

Przed polskim wymiarem sprawiedliwości toczą się procesy polityczne. Jedne z oskarżenia Instytutu Pamięci Narodowej, który jest instytucją polityczną. Drugie z oskarżenia sejmowych komisji śledczych, które przez partie bardziej przedsiębiorcze zostały przekształcone w narzędzie zwalczania niemrawej partii „postkomunistycznej”. Z inicjatywą procesów politycznych występują organizacje kombatanckie. Oskarżani i już skazywani są ludzie za czyny popełnione 60 lat temu. Niezależnie od jakości tych czynów już samo wydobywanie ich z tak odległej przeszłości jest motywowane niskimi emocjami politycznymi. Nie wierzę, żeby osoby, że się tak brutalnie wyrażę, stojące nad grobem budziły w normalnych ludziach, choćby fanatykach partyjnych, chęć zemsty. W tych starcach sądzi się historię, a ułomnych ludzi tylko przy okazji, jako wióry od rąbanych drew.
Sądzone są z powodów politycznych nie tylko czyny według ludzkiego sumienia przedawnione, ale także dzisiejsze. Prokuratorzy, wykorzystując niekiedy nieodpowiedzialną paplaninę głupców, konstruują fantastyczne hipotezy, a sądy pod psychicznym naciskiem mediów wydają na tej podstawie skazujące wyroki. Wyrokowanie w oparciu o poszlaki wymaga szczególnych kwalifikacji intelektualnych, o które wśród polskich sądowników, jak wśród wielu innych profesji umysłowych, już nie jest łatwo, a widoczne obniżenie poziomu kształcenia sprawi, że w pokoleniu wchodzącym do zawodu będzie jeszcze trudniej. W Polsce w ogóle nastąpiło takie rozluźnienie rygorów myślowych (z powodu szerokiego wpływu religii i przewagi politycznego chciejścia nad obserwacją), że w procesach poszlakowych można każdemu wszystko „udowodnić”. Właśnie udowodniono wiceministrowi do spraw policji, że świadomie naraził policjantów na niechybną śmierć. W przenośnym, lecz komunikatywnym języku „nowa” władza zapowiada, że takich procesów będzie dużo. Chyba nikt nie jest taki naiwny, aby roić, że wszczęty już przez IPN nowy proces polityczny przeciw generałowi Jaruzelskiemu kończy okres takich procesów. Raczej zaczyna się bardziej otwarte kryminalizowanie polityki.
Zastanawiające jest, dlaczego tak skore do podpisywania listów protestacyjnych osobistości znane z tego, że są znane, nie zabierają głosu w sprawie procesów politycznych w Polsce. Może dlatego, że nie widzą w tym nic złego. Jeszcze ciekawsze jest zachowanie się Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie tylko nie protestuje, ale wprost stara się dopasować do kryminalizacji polityki, mając nadzieję, że wywikła się w ten sposób z zarzutu, iż jest partią skorumpowaną. Moim zdaniem, nie wywikła się, lecz ściągnie na siebie jeszcze większą pogardę przeciwników i utraci następną grupę swoich wyborców.
Czytam w prasie, że Zbigniew Siemiątkowski opuścił SLD, ponieważ kodeks partyjny zmusza do rezygnacji z członkostwa osoby, przeciw którym toczy się śledztwo. Prokuratura podejmuje zarzut prawicowych członków sejmowej komisji śledczej i oskarża Siemiątkowskiego, byłego szefa Agencji Wywiadu, o niezachowanie w tajemnicy swoich notatek z rozmowy z Janem Kulczykiem. Oskarżenie naciągane, a jeśli wziąć pod uwagę, jakimi strażnikami tajemnic państwowych są oskarżyciele z sejmowej komisji, wprost bezczelne. I co e tej sytuacji robi SLD? Odmawia solidarności swojemu do niedawna prominentnemu działaczowi, zdaje się, że nawet współzałożycielowi partii. Siemiątkowski nie jest ostatnim politycznym oskarżonym, po nim taki los czeka wielu innych. Po niepowodzeniu pierwszej weryfikacji SLD czeka druga prokuratorska i sądowa, po której w partii zostaną tylko obdarzeni łaską późnego urodzenia. Ci, jeżeli będą mieli czas poczekać na wyborców, którzy się jeszcze nie urodzili, to założą z nimi partię niewinną i czystą jak Marek Borowski w dniu pierwszej komunii.
Zbigniew Siemiątkowski nie jest politykiem, którego mógłbym uznać za reprezentanta moich poglądów czy życzeń, ale to nie ma znaczenia, gdy staje się on jedną z ofiar represji ze strony silniejszych w tej chwili przeciwników. Co do SLD zaś, to, jak świadczy stosunek do swego prześladowanego działacza, po wszystkich odnowach, weryfikacjach i odmłodzeniach popada w coraz rozpaczliwszą dezorientację moralną i polityczną.
Józef Oleksy lubi ozdabiać swoje wypowiedzi wyszukanymi słówkami i nieraz sięga po rzadkie słowo „spolegliwy”, niestety w błędnym znaczeniu. Spolegliwy jest ten, na kim można polegać, a nie ktoś uległy. Myślałem sobie: oby przyczyną tego uporczywego błędu nie był brak cnoty spolegliwości w środowisku, w którym mówca ciągle się obraca. Obawa, niestety, się potwierdziła. Działacze SLD okazali się niespolegliwi wobec siebie i wobec wyborców. I mimo że stało się to najważniejszą może przyczyną klęski, wcale się nie zmienili, a co gorsza, dobrali sobie młodych z tą samą wadą. Podnieśli ją nawet do wysokości kodeksu partyjnego.

 

Wydanie: 1/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy