Zgoda między swymi

Zgoda między swymi

Prezydent Bronisław Komorowski osobiście jest człowiekiem porządnym. Gdy słyszę go przemawiającego, w pierwszym odruchu chcę mu wierzyć. Jest to osoba dobrej wiary, ale niestety błędnych poglądów. Hasłem przewodnim swojej kampanii wyborczej uczynił wykrzykniki „zgoda i bezpieczeństwo”. Jednakże jego dotychczasowe postępowanie w roli prezydenta nie uwiarygadnia tego hasła. Ma nastąpić zgoda kogo z kim? Przy znaczących okazjach Komorowski niezmiennie powtarza, że w jego przekonaniu legalne państwo polskie zaczęło się 4 czerwca 1989 r. Kto służył państwu w czterdziestoleciu przed tą datą, w jego oczach jest skompromitowany, nie zasługuje na wyróżnienie orderem, nie ma prawa do zajmowania pewnych stanowisk, a ostateczna ocena moralna takiej osoby zależy od Instytutu Pamięci Narodowej. Najwięksi uczeni, jakich mamy, opinią tego instytutu mogą być zepchnięci do klasy pariasów, a Bronisław Komorowski temu się nie sprzeciwia. Mógłbym spisać długą listę podłych praktyk wobec prawdziwych kombatantów wojennych i innych oficerów Ludowego Wojska Polskiego, a także ludzi zasłużonych w administracji, dyplomacji i gospodarce. Dla tych praktyk Bronisław Komorowski nie znalazł słowa, nie mówię: potępienia, ale choćby zdystansowania się. Przeciwnie, zarówno w codziennym urzędowaniu, jak w solennych wystąpieniach manifestuje swoją niezgodę ze znaczną częścią narodu, z tą mianowicie, która uważa, że PRL była legalnym państwem polskim, takim jakie w danych warunkach było możliwe. Polska nadal istnieje dokładnie na tym terytorium, na jakim istniała przed ową magiczną datą 4 czerwca. Ponieważ Komorowski wraz ze swoją partią i swoimi doradcami tego nie rozumie, powątpiewam, czy ma on wystarczające kwalifikacje do pełnienia urzędu prezydenta po raz drugi.
Minister obrony narodowej odwołał ze stanowiska dowódcę garnizonu i komendanta garnizonu w Koszalinie za zgodę na przydzielenie wojskowej asysty honorowej pogrzebowi wyższego oficera, która się należała na mocy obowiązujących przepisów ceremoniału wojskowego. Odwołanym dowódcom zarzucono, że podejmując decyzję, nie zasięgnęli opinii IPN. Żaden przepis takiej konsultacji nie wymaga i byłoby czymś haniebnym, gdyby wymagał. Decyzja ministra obrony tłumaczy się tą kultywowaną m.in. przez prezydenta Komorowskiego niezgodą narodową. Chcąc znieważyć oficerów wywodzących się z Ludowego Wojska Polskiego, minister Siemoniak nazwał ich „ponurymi komunistycznymi kacykami”.
Tak więc z jedną częścią narodu Komorowski zgody nie chce. Chce tej zgody z drugą, PiS-owską, solidarnościową. Grupa oficerów skierowała do ministra obrony narodowej dość uniżoną w tonie skargę z powodu afrontu i bezprawia, jakie dotknęły ich kolegów. A jak reaguje strona solidarnościowa, z którą prezydent chce zgody? Redaktor Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” zadał sobie trud spisania obelg, jakie z tamtej strony są miotane przeciw Bronisławowi Komorowskiemu: „W prawicowych mediach – pisze – od kilku tygodni trwa kampania nienawiści, w której urzędujący prezydent jest poniżany do granic odczłowieczenia. »Niepokorni« publicyści nazywają Komorowskiego »burakiem, troglodytą, nieokrzesańcem, ćwierćinteligentem, chamem, prostakiem i agentem WSI«. (…) Szczególnym zdziczeniem wykazał się europoseł PiS (…), profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Komorowskiego nazwał »prostakiem«, »maestro świniowatości« i »świniowatym marszałkiem«. A o jego kancelarii napisał, że jest oblepiona »burakowatością«” („Gazeta Wyborcza” 10 marca). Kto by się znalazł w Polsce nagle i pierwszy raz, pomyślałby, że między partią Komorowskiego a partią tych zajadle pogardliwych wyzwisk zachodzi konflikt nie do pogodzenia. I bardzo by się pomylił, bo obie te partie są jedną partią PO-PiS, obsługiwaną przez te same media i mającą jednego i tego samego wroga, PRL mianowicie i tych „ponurych komunistycznych kacyków”, których minister Siemoniak nie może ścierpieć w swoim resorcie.
Nie należy sądzić, że apel Komorowskiego o zgodę został źle zaadresowany. Ekscesy słowne nie zerwą solidarności ludzi z Solidarnością. Oni sami uważają się za naród, a my, reszta, się nie liczymy.
Drugi człon hasła wyborczego prezydenta, „bezpieczeństwo”, jeśli odnosi się do bezpieczeństwa narodowego, jeszcze wyraźniej pokazuje solidarność „solidaruchów”. Obu frakcjom w polityce zagranicznej chodzi o to samo: aby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego. Nadgorliwe mieszanie się do konfliktu o Ukrainę grozi uwikłaniem się w wojnę z Rosją. Nikt nie potrafi przewidzieć, czym się ta wojna skończy, tak jak nie wiedziano, czym się skończą wojny 1914 i 1939 r. W tych sprawach Szwejk wie tyle, co głównodowodzący. Gdy ma się przed sobą takie niewiadome, jedynym rozsądnym zachowaniem jest ostrożność. Polska solidarnościowa zachowuje się wyzywająco. Jakie my mamy interesy na Ukrainie? Kto opanuje Ukrainę w dłuższej perspektywie, a może i nie dłuższej, będzie miał z tego duże korzyści. Ale to nie Polsce przypadną te korzyści, lecz Amerykanom, Niemcom, innym siłom, niechże więc ci, co mają takie widoki, radzą sobie z sytuacją. Amerykanie, zbrojąc i szkoląc Ukraińców, niczym nie ryzykują. Ameryka doprowadza do anarchii i ruiny kraje, które demokratyzuje, a jej PKB ciągle rośnie. Polska ryzykuje bardzo dużo. Jeżeli Komorowskiemu rzeczywiście chodziłoby o bezpieczeństwo narodowe, dążyłby do wycofania Polski z coraz bardziej wojennego konfliktu rosyjsko-amerykańsko-ukraińskiego.
Jaka różnica zachodzi między Komorowskim a Dudą w sprawie polityki niebezpiecznego bezpieczeństwa? Nie widzę innej prócz stałych wezwań PiS do walenia pięścią w stół w sensie dosłownym.

Wydanie: 12/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy