Gaz poniekąd łzawiący

Gaz poniekąd łzawiący

Niewiele brakowało, a byłbym zapomniał wypowiedzieć się na temat zabicia Osamy bin Ladena. Ta egzekucja spowodowała zakłopotanie w kręgach pryncypialnych przeciwników kary śmierci, ale nieduże. Profesorowie Wojciech Sadurski i Wiktor Osiatyński, znani obrońcy praw człowieka i abolicjoniści, uznali rozstrzelanie charyzmatycznego przywódcy Al-Kaidy za posunięcie przykre, lecz uzasadnione.
Piotr Bartula, autor świetnej książki „Kara śmierci – powracający dylemat”, zauważył, że nie ma mocniejszego argumentu za słusznością tego zabójstwa niż poparcie ze strony przeciwników kary śmierci. Abolicjoniści mogą oczywiście się tłumaczyć, że są tylko przeciwnikami wymierzania kary śmierci przez sądy, zabijanie natomiast złych ludzi bez sądu to inne zagadnienie i abolicjonizm na takie przypadki się nie rozciąga. Lech Wałęsa skwitował sprawę słowami: Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, i wydaje mi się, że tylko tyle można tu powiedzieć, nie popadając w sprzeczności i kłopoty dialektyczne.

Importowany z Rosji gaz stanowi zaledwie kilka procent w bilansie energetycznym Polski, a mimo to od kilkunastu lat, zwłaszcza od rządów Buzka – Krzaklewskiego, znajduje się wśród głównych tematów polskiej gadanej polityki – gospodarczej i zagranicznej. Mnie najbardziej nastraszył rosyjskim gazem minister od służb specjalnych w lewicowym rządzie. Ogłosił on był w „Gazecie Wyborczej” głośny w swoim czasie artykuł, w którym dowodził, że rosyjski imperializm przezbroił się z czołgów w eksport gazu, uzależniając od siebie tym sposobem kraje sąsiednie i oplatając gazowymi rurociągami Europę. Taką wizję niebezpieczeństwa gazowego mieli i mają Amerykanie i jeśli ktoś tu miał na kogoś wpływ, to z pewnością nie polski rząd na amerykański, lecz odwrotnie. Amerykanie wypracowali szczegółowy plan pomniejszania rosyjskich korzyści z eksportu gazu, sprzeciwiali się po cichu rurze bałtyckiej i zachęcali do sprzeciwu Polskę, choć jej zachęcać nie było trzeba. Projekt Nord Streamu polskie media najpierw uznały za bluff, a gdy Rosjanie i Niemcy przystąpili do działania, Polska zaczęła strasznie przeciw temu pyskować. Rura leży już na całej zaplanowanej długości, ale polskie protesty nie ustają. Ministerstwo Infrastruktury, które tak świetnie sobie radzi z drogami i kolejami, ogłosiło, że planuje pogłębienie Morza Bałtyckiego w rejonie Szczecina i Świnoujścia i żąda od Niemców głębszego zakopania rury. Co polski rząd wymyśli, gdy ta rura będzie jeszcze głębiej zakopana, na razie nie wiadomo. Niemcy od początku tłumaczyli Polakom jak komu dobremu, że Nord Stream w żaden sposób polskim interesom nie zagraża, ale Amerykanie byli innego zdania.
Eksploatacja złóż gazu łupkowego w Polsce jest kolejnym pomysłem Amerykanów na uchronienie Europy przed ekspansjonizmem energetycznym Rosji. Znawcy obliczyli, że Polsce tego gazu wystarczy na 400 lat. Ci sami znawcy twierdzą, że za 40 lat 80% zużywanej energii będzie pochodziło ze źródeł odnawialnych. Nie tak długo trzeba wydobywać gaz łupkowy metodą amerykańską, żeby zatruć pół Polski. Trudno, bezpieczeństwo energetyczne musi kosztować. Przed Polską rysują się więc wspaniałe perspektywy, ale Francuzi ze strachu przed podobnymi wspaniałymi perspektywami zabezpieczyli się specjalną ustawą. Zgromadzenie Narodowe „uchwaliło zakaz poszukiwania i eksploatacji gazu łupkowego (…) z zastosowaniem amerykańskiej metody szczelinowania”, jaka ma być stosowana w Polsce. Francuscy obrońcy środowiska domagają się „całkowitego zakazu szukania łupków” („Gazeta Wyborcza”, 12.05). Amerykanie, mając olbrzymie terytorium, mogą sobie pozwolić na zatrucie relatywnie niewielkiego obszaru, dla Polski będzie to niebywała katastrofa ekologiczna. Ponieważ Amerykanie w pakiecie z metodą i techniką wydobycia dają jeszcze motywację antyrosyjską, katastrofy nie da się uniknąć. Nie będzie nawet poważnej dyskusji na ten temat.

Polityka energetyczna polskich rządów została poddana szalonej doktrynie głoszącej, że bezpieczeństwo energetyczne „musi kosztować” (Jerzy Buzek pierwszy i wszyscy za nim) i wobec tego strat, jakie może przynieść, nie bierze się pod uwagę, kosztów się nie liczy. Trafnie tę politykę scharakteryzował Wiesław Walendziak, kiedyś polityk medialny i rządowy, obecnie wiceprezes w wielkim biznesie. W dyskusji o bezpieczeństwie energetycznym – mówi on w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” – w istocie chodzi o konkurencyjność naszej gospodarki: „Liderzy polityczni, którzy wypowiadają się na ten temat, zwykle nie mają o nim pojęcia. Mówi się na przykład, że w tej sprawie nie ma znaczenia rachunek ekonomiczny, że możemy kupować gaz znacznie drożej, przewozić go, gdzie tylko chcemy, a budowa gazoportów to betka. Dzieje się to bez jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości, w jakiej funkcjonują polskie przedsiębiorstwa. Przecież za droższy gaz zapłacą nie tylko pojedynczy konsumenci… ale ogromna liczba polskich firm. Koszty droższego gazu będą musiały uwzględnić w kosztach wytwarzanych przez siebie produktów, przez co te produkty staną się droższe i mniej konkurencyjne w Polsce i na światowych rynkach”. My, mieszkańcy Polski, powinniśmy być zaalarmowani tym, że rządzącym trzeba tłumaczyć tak elementarne rzeczy. Dalej Wiesław Walendziak mówi: „zapowiedzieliśmy blokadę Nord Stream, bo to przecież jeden mach naszej szabli. (…) I jaki jest finał? Że w ramach dywersyfikacji będziemy mogli kupować gaz rosyjski od Niemców… Z Nord Stream, oczywiście ponosząc konsumenckie i gospodarcze koszty budowy tego rurociągu. I nikt za to nie jest odpowiedzialny. Nikt. Nikt nie jest odpowiedzialny za dodatkowe miliardy złotych, które z tego tytułu trzeba będzie wydać” („Krytyka Polityczna”, 20/2010).
Teraz Amerykanie ich indoktrynują, że Polska będzie miała własny gaz, z własnych łupków i on potanieje, bo będzie go dużo. Nie znam się na surowcach energetycznych, ale rozróżniam tych, którzy się znają, od ignorantów i politycznych spekulantów. Według informacji, jakie francuscy eksperci przedstawili parlamentowi, gaz łupkowy będzie znacznie droższy, bo do kosztów trzeba przecież wliczyć zniszczenia ekologiczne, jakie spowoduje jego wydobycie. Nikt się jednak w Warszawie z tym nie będzie liczył, dopóki katastrofa nie wystąpi w całej okazałości.

Wydanie: 20/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy