Myśl stoi w miejscu

Myśl stoi w miejscu

Henryka Bochniarz ma rację, gdy głosi (w „Rzeczpospolitej”), że praca w Polsce jest zbyt wysoko opodatkowana i że za mało ludzi pracuje. Warto przypominać sobie w odpowiednich chwilach, że pracuje zaledwie 53%, podczas gdy w Unii Europejskiej 64, a w Stanach Zjednoczonych 76% ludzi w wieku produkcyjnym. Ma rację autorka, alarmując, że działalność gospodarcza napotyka wiele irracjonalnych ograniczeń biurokratycznych, pochodzących z błędnej polityki i z niechętnego nastawienia tzw. otoczenia społecznego do biznesu w ogóle. I jeszcze trzeba dodać niejasność i zmienność prawa, co osłabia przewidywalność, ten podstawowy warunek planowania. „Planowanie” należy w Polsce posierpniowej do słów potępionych, jego użycie ogranicza się w zasadzie do „planu Balcerowicza”, po którym już o żadnym planowaniu mowy być nie powinno. Czego nie ma w mowie, nie ma też prawdopodobnie w myśli, dlatego niepokojące wydaje mi się, że liberalni obrońcy gospodarki przeskakują w swojej retoryce nad tym aksjomatem, że przedsiębiorstwa muszą planować, a rząd powinien.
Bezplanowość od niepamiętnych czasów stanowi składnik polskiej tożsamości. W realnym socjalizmie planowanie było względną nowością, ale zachodziło na małej przestrzeni od skrzyżowania Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, do placu Trzech Krzyży, w reszcie kraju wszystko było tak dokładnie zaplanowane, że nikt nie znał dnia ani godziny. W reakcji na to socjalistyczne przeplanowanie ludzie solidarnościowi wprowadzili językowe tabu planowania zgodnie z maksymą, że w domu powieszonego nie wolno powiesić palta. Dlaczego narzekamy na niestabilność prawa? Gdyby nie konieczność planowania, niestabilność mogłaby stanowić rozweselające urozmaicenie życia. Polityków istotnie rozwesela, ale nie przedsiębiorców. Nie można bez złych konsekwencji usunąć z języka słów odnoszących się do ważnych zjawisk życia. Wskutek tego, że pojęcie planowania zostało z języka publicznego prawie wyrugowane, nasza mowa przeciw niestabilności prawa jest mdła i nie trafia w sedno.
Urzędowe krępowanie rąk, nóg i mózgów przedsiębiorców nie może być powodem do pryncypialnego potępienia „ingerencji państwa w gospodarkę”. Wybór, jaki mamy, jest wyborem między interwencją państwa polskiego na korzyść naszej gospodarki a „wolnym rynkiem”, czyli interwencją obcych państw w naszą gospodarkę. Ogólniki antyetatystyczne sprawują dyktaturę nad umysłami polskiej klasy politycznej, za granicą już takiej władzy nie posiadają.
Drobiazgowe ingerencje w działalność gospodarczą mają zapewne oparcie w długotrwałych przyczynach i w nieświadomie może przyjętych uprzedzeniach. Warto je wykrywać. Ale bywają też racjonalne. Wyśmiewany przepis o kącie zakrzywienia ogórka ma sens, bo jeśli się sprzedaje na skrzynki, to w każdej skrzynce powinna być taka sama ilość ogórków. Tylko najstarsi ludzie wiedzą z własnego doświadczenia, że drobiazgowość ingerencji pod koniec II Rzeczypospolitej była nie mniej dokuczliwa niż obecnie i osiągała poziom surrealizmu. Przykład: przez pewien czas obowiązywał przepis, że koń powinien być zaprzęgnięty po lewej stronie dyszla, a nie po prawej, jak to sobie upodobali chłopi od wielu pokoleń. Tego rodzaju fakty nie dyskredytują etatystycznej polityki gospodarczej Eugeniusza Kwiatkowskiego.
Artykuł Henryki Bochniarz jest prawdziwy w opisie rzeczywistości i słuszny w ogólnych postulatach. Byłby jeszcze słuszniejszy, gdyby autorka, będąca znakomitym ekspertem gospodarczym, nie osłabiła wymowy swego opisu poglądami politycznymi, które już dawno powinny być przewietrzone i które prawdopodobnie tego przewietrzania by nie przetrwały. Wspominając nawiasowo sporną ustawę o mediach, ani słowem nie dystansuje się od tego horrendum prawnego i moralnego, jakim jest zaliczenie telewizji do dziedziny biznesu. Telewizja jest biznesem, ale kto ma ambicje reformowania kraju, powinien wołać wielkim głosem, że nie można się zgodzić z tym, aby instytucja mająca olbrzymi wpływ na władzę była regulowana przez prawo handlowe, a nie prawo polityczne. W porównaniu z tym skandalem błędy, jakie rząd popełnił (jeżeli popełnił), są drobnostką niewartą wzmianki.
Argumenty, jakie wysuwano z wielu stron przeciw reformom służby zdrowia i oświaty przeprowadzonym przez poprzedni rząd, w oczach Henryki Bochniarz się nie liczą, wyraża ona swój zawód, że zostały odrzucone. Jeżeli dyskusja nad sprawami kraju ma polegać na mechanicznym powtarzaniu swojego poglądu bez liczenia się z tym, co twierdzą, a czasem też udowadniają inni, to niech autorka będzie zadowolona, jeżeli przeciwnicy nie będą zwracać uwagi na to, co ona głosi.
Swoje propozycje streszcza w haśle „szybkiego dokończenia reform”. Nie będzie zgody na dokończenie reform, ponieważ nie ma zgody na to, że reformy te były pod każdym względem korzystne. Więcej trzeba powiedzieć: popełniono błędy przesądzające negatywnie o przyszłości polskiej gospodarki i o losie polskiego społeczeństwa. Co jest niezbędne przede wszystkim, to uczciwe przemyślenie tego, co w Polsce zaszło. Jadwiga Staniszkis w niezwykle ciekawym wywiadzie w „Nowym Życiu Gospodarczym” wskazała, jak straszliwe następstwa ekonomiczne mogą mieć błędy teoretyczne, konceptualne, przyjęte w punkcie wyjścia. Jej zdaniem, najważniejszym błędem pojęciowym było ahistoryczne rozumienie rynku. Nie wzięto pod uwagę (i Henryka Bochniarz nadal nie bierze tego pod uwagę), że rynek jest rzeczywistością historyczną w tym sensie – dodam od siebie – iż Colbert musi poprzedzać Turgota, ten Bastiata i Hayka, przy czym ci ostatni reprezentują siłę polemiczną, tylko w niektórych okolicznościach użyteczną. W transformacji ustrojowej dobre było to, co opierało się na zdrowym rozsądku, szkodliwe, co było wcielaniem w życie polemicznych idei. Bastiat i Hayek zresztą dobrze wiedzieli, że rynek jest bytem historycznym. „Spontaniczny rozwój” to nie przypadkowe następstwo form gospodarowania, lecz proces organiczny w rozumieniu Edmunda Burke’a, proces, w którym instytucje nie mogą pojawiać się jak deus ex machina. Na konserwatywne treści należące do liberalizmu ekonomicznego nikt nie zwracał uwagi, a Fryderyk List, najlepszy nauczyciel ekonomii na lata transformacji, nie był nawet wspominany. Skoro mówię o rynku jako o bycie historycznym, wspomnę, jak jego przyszłość widział Fryderyk Bastiat, najbłyskotliwszy pisarz ekonomiczny ze szkoły liberalnej. Przepowiadał on, że przeznaczeniem wolnej gospodarki jest doprowadzenie do „komunizmu”. (Ja biorę to słowo w cudzysłów, nie on). Dokona się to nie na drodze rewolucji i nie wskutek politycznego przewrotu, lecz poprzez stopniowe zmniejszanie się udziału własności w cenie towarów. Ten udział w końcu będzie tak nikły, że towary staną się prawie wspólną własnością…
Moim zdaniem, jeszcze większym błędem reformatorów było zapoznanie przestrzennej, geograficznej natury rynku. To prawda, że wolna konkurencja rynkowa przynosi najwięcej korzyści, ale gdy gospodarka została zglobalizowana (według socjologa Witolda Morawskiego, polska gospodarka jest jedną z najbardziej zglobalizowanych), to nie wiadomo, komu przypadną korzyści: może koncernom amerykańskim, a może biednej ludności Boliwii lub Hongkongu. Polacy są rozczarowani wolną konkurencją, ale to nie znaczy, że nie było z niej korzyści. Były, ale rozproszyły się po całym świecie i szukaj wiatru w polu.

 

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy