Dylemat emerytowanego Hamleta

TELEDELIRKA

Mugole nic nie czytają. Mugole nic nie rozumieją, nie wierzą też w czary Harry’ego, idola dzieci. Literatura jest dla Mugoli terra incognita. Wiedzą, że u nas można zostać osobą z pierwszych stron gazet, chwaląc się, że nigdy nie przeczytało się żadnej książki. Dobrze więc, że chociaż dzieciaki odchodzą od mugolstwa.
Pan Tadeusz z żoną wybierają się na imieniny. Kupimy Zosi książkę w prezencie, mówi żona, a on na to: eee, nie, ona już jedną ma. Ten żart powoli staje się prawdą. Oto refleksje po czytelniczych imprezach, w których wzięłam udział. Wspólne, głośne czytanie na Nowym Mieście przyciągnęło trochę ludzi. Czytało mnóstwo znanych osób. Piskorski, Żakowski, Sojka, Grochola, zapowiadała lubiana przez wszystkich Iwona Schymalla, ale to nie to co biesiada, zamachać do szwagra nie można, bo telewizja zmyła się po paru minutach. Targi Książki w Pałacu Kultury i Nauki zaadresowane są do prawdziwego czytelnika. Idąc do Pałacu, bałam się, że nikt nie przyjdzie i będę siedziała sama jak puszczyk, a jeśli ktoś zabłądzi do stoiska, weźmie do ręki moją książkę, przewertuje, poczyta kawałek, dowie się, ile kosztuje i odłoży ją na półkę. To koszmarny sen pisarza. Nie było źle, nie mogę narzekać. Podpisywałam przez godzinę, a ci, którzy nie mieli pieniędzy na kupno książki, przynosili ze sobą poprzednie powieści albo gazety, także „Przegląd” (!) i życzyli sobie autografu na felietonie.
Starszy pan, emeryt, poprosił o dedykację na kartce. Wklei ją sobie, jak kupi powieść, niedługo wpadnie mu trochę kasy za roboty w Niemczech. Tak były okupant zasponsoruje czytelnictwo w Polsce. Wybór pomiędzy serkiem na śniadanie, a książką na kolację zaczyna przypominać aptekę. Wiele razy słyszałam: nie wykupię leku, bo za drogi, a muszę przecież coś jeść. Umrzeć z głodu, czy umrzeć na serce, oto pytanie emerytowanego Hamleta, które po wyborach przestaje być demagogią. To samo pytanie zaczyna atakować budżetówkę. Strawa duchowa schodzi na plan dalszy.
Wielu ma kasę, ale oni nie nawykli czytać. Jeśli oni nie czytają, to ich pociechy czytać też nie będą. Kółko graniaste, czworokanciaste, zadowolonych z siebie ćwoków zamyka się na amen i na takich kółkach nasz wózek wtoczy się do cholernej czytającej Europy, która narzeka, że czytelnictwo spada, ale z jakże różnej wysokości! Polak czyta pół książki na rok. Nie chcę myśleć o tej statystyce, bo jeśli my z mężem pochłaniamy mimo wszystko (gazety, telewizja) około stu książek rocznie, to…
Może uda się zapobiec analfabetyzmowi za sprawą angielskiej nauczycielki, J.K. Rowling. Mieszkała wtedy – nie dziś oczywiście, gdy przetłumaczono jej książkę na 40 języków, lecz wówczas, gdy zaczynała pisać – w obskurnym, wynajętym pokoiku, po którym harcowały myszy. Otóż ta matka samotnie wychowująca syna napisała Harry’ego Pottera.
Pamiętam wypowiedź Wielkiego Mugola z łbem przy skrajnej, prawej ścianie, że rodzina niepełna, to rodzina patologiczna. Niech mu polityczny, martwy żywot lekkim będzie, choć może teraz ożyć, gdy w dno jego niebytu zapukają typy spod ciemnej gwiazdy. Od spodu. Czuję ten swąd, wiem, że mimo rządów lewicy, będzie dla tych zombie odpowiedni klimat. Wieszczę jak Nostradamus: będzie im dobrze i się rozmnożą. Harry’ego Pottera potępiono za czary i cuda niezgodne z wiarą katolicką. Jak to niezgodne, skoro wiara nasza w swej istocie na cudach się opiera? Oczywiście, co innego cuda czynione przez świętych lub samego J.CH., jak Łazarza uzdrowienie, zamiana wody w wino czy cudowne rozmnożenie chleba. ? propos, prof. Belka mógłby mieć kogoś takiego na zastępcę – i odczepcie się wreszcie od Belki, bo manipulacja wyborcza niektórym w głowach poprzewracała. Z ziejącej dziury budżetowej nawet Belka nie naleje i uczciwość wymagała o tym uprzedzić. Nie zaszkodził, lecz pomógł Millerowi.
Człowiek, nawet jeśli jest to pięcioletni ciamkacz, bierze poważnie, co mu w przedszkolu katechetka ładuje, że stworzony jest na obraz i podobieństwo boskie. A jeżeli tak, to pragnie cudów jak pijak czkawki. Za mały, żeby odróżnić cuda słuszne od niesłusznych. Autorytetów ci u nas dostatek, co rusz chcą czegoś zakazać, ale jak na razie Mugole za cienkie Bolki są, by wygrać z Harrym.
Dziwią się różni liberałowie zgnili, a i tolerancyjny lewicowy elektorat też ze zdumienia otrząsnąć się nie może, jak to się stało, że Mugole z Ligi weszły do parlamentu. A ja dziwię się, że tak późno. Jest demokracja, armia ojca Rydzyka realnie istnieje, a to wystarcza, by miała swą reprezentację. I tak byłaby większa, gdyby nie skleroza i słabe oczy owego elektoratu. Przez pomyłkę na innych, może nawet na lewicę zagłosowali. Zgadzam się z Leszkiem Millerem, że należy im się szacunek, choć osobiście przychodzi mi on z trudem.
Kto czyta, nie błądzi. Weźmy – taki Lepper; wzbudzał śmiech, wstręt i postrach (taka była kolejność medialnych uczuć do niego), a teraz na salonach gości, że o okładkach najpierwszych pism nie wspomnę. Ci dziennikarze, co go obśmiewali, tłoczą się dziś, by wywiad z gwiazdą przeprowadzić. A gwiazda, już w stosownym krawacie, rozprawia z populistycznym wdziękiem o swoim sukcesie. I co się okazuje? By ukształtować swój image, Lepper czytał książkę. Jaką książkę? Goebbelsa o propagandzie.
Jak widać, ogólnie jest cool. Kiedyś śpiewało się piosenkę o żołnierzach: „Matulu, matulu, jadę do Kabulu”, dziś czekając na atak (a nie będzie to atak śmiechu), śpiewam sobie dobrego, starego bluesa: „Spotkałam kiedyś smutnego pająka, spotkałam kiedyś smutnego pająka, spytałam, dokąd pan idzie, panie pająku? Idę się powiesić”.

 

 

Wydanie: 41/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy