Ubić zgreda

Ilekroć w powieści, sztuce teatralnej czy filmie natrafiam na dość często pojawiającą się postać starego pisarza, kompozytora, dramaturga, reżysera czy malarza, który sterany burzami twórczego życia siedzi obecnie na tarasie w trzcinowym fotelu, z pledem na kolanach, rzucając co jakiś czas bądź to głębokie, bądź też przepojone starczą zgryźliwością myśli, tylekroć ciśnie mi się pytanie: a z czego właściwie ten zgred żyje?
Otóż jedyna rozsądna odpowiedź na to pytanie brzmi, że staruch ten żyje dlatego, ponieważ pracował w cywilizowanym kraju, który – po pierwsze – dba o swoją kulturę narodową, a więc i o jej twórców, rozumiejąc w dodatku jako tako mechanizm twórczości artystycznej i intelektualnej, po drugie zaś, że jest to kraj o logicznym prawie finansowym, nad którym nie hulają surrealistyczne pomysły nawiedzonych ministrów finansów.
Takim krajem oczywiście nie jest Polska.
Przed dwoma tygodniami pisałem w tym miejscu o czkawce, jaka nawiedza okresowo ministra Kołodkę w związku z tak zwanymi kosztami uzysku, z których korzystają ludzie zawodów twórczych. Zainteresowanych odsyłam do tego tekstu („Przegląd” nr 22). Niedługo potem bardziej szczegółową analizę nowych i rzekomo korzystnych pomysłów ministra Kołodki przeprowadziła „Gazeta Wyborcza”, obliczywszy, że przy przyjęciu proponowanych przez ministra 20% „kosztów uzysku” i 19-procentowej stopie podatkowej, którą fiskus proponuje całej kategorii twórców i naukowców, przeciętny autor zapłaci podatek dwukrotnie wyższy niż obecnie. Chyba że zarabia rocznie powyżej ćwierć miliona, ale wówczas ma już w nosie fiskusa i jego „korzystne rozwiązania”.
Wśród tych wszystkich nonsensów jednak w sposób zgoła niezauważalny zamigotał także pomysł, aby należne autorom tantiemy z racji użytkowania ich praw autorskich potraktować jako „zyski od kapitału”, które nie korzystają, jak wiemy, z ulg podatkowych.
Może to wszystko jest zbyt zawikłane dla normalnego czytelnika, wróćmy więc do naszego czcigodnego zgreda. Otóż w cywilizowanym kraju, w którym mieszka, żyje on naprawdę z tego, że w okresie swojej bujnej młodości i równie owocnego wieku dojrzałego stworzył kilka czy też kilkanaście dzieł, które następnie przez długie lata są wznawiane, reprodukowane, nagrywane na płytach, wystawiane na scenie, przerabiane na filmy lub słuchowiska, wykonywane w salach koncertowych i przenoszone na rozmaite nowe nośniki, których mnoży się teraz coraz więcej. I za wszystkie te powielenia i powtórzenia inkasuje on należne mu opłaty w formie tantiem. Po prostu żyje ze swego dorobku artystycznego czy naukowego, który nadal jest potrzebny i być może nawet składa się na dorobek kulturalny jego kraju. Melchior Wańkowicz, gdy rozmawiałem z nim kiedyś na ten temat twierdził, że u zmierzchu życia – a był on, pamiętajmy, staruchem silnym i niezwykle żywotnym, pracującym do końca – jedynie 40% swoich dochodów czerpie z tego, co robi i pisze aktualnie, zaś pozostałe 60% pochodzi z tantiem i wznowień tego, co zrobił wcześniej. I uważał to za naturalne u każdego twórcy czy naukowca, który rzeczywiście coś osiągnął.
Ale teraz nasz minister finansów doszedł do wniosku, że dorobek ten jest po prostu tożsamy z kupą szmalu, którą na przykład jakiś handlowiec, załóżmy nawet, że uczciwy, zarobił jednym ruchem na korzystnym imporcie kilku wagonów ketchupu czy odzieży na wagę i postanowił umieścić ten zysk na oprocentowanym koncie bankowym lub grać nim na giełdzie.
I byłoby to w końcu jedynie dowodem niezrozumienia przez ministra mechanizmu twórczości, ani też istoty praw autorskich, gdyby nie stawało się nieomal znakiem firmowym naszego rządu.
Niedawno przy słynnym kompromisie, zawartym między rządem a prywatnymi nadawcami telewizyjnymi, dowiedzieliśmy się, że ceną tego kompromisu miało być ograniczenie tantiem autorskich do maksimum 3% zysków osiąganych przez nadawców. Nie o to nawet chodzi, że rząd zrobił nadawcom komercyjnym prezent nie ze swojej przecież, lecz autorskiej własności, ale o to, że korzystanie z praw autorskich przez nadawców jest kwestią dwustronnej umowy między autorem a nadawcą, w ramach której ten pierwszy może negocjować cenę za nadanie swojej sztuki, piosenki czy filmu, jaką uzna za stosowne. Albo w ogóle odmówić prawa do jej wykorzystania. Każde inne rozwiązanie jest po prostu wprowadzeniem cen urzędowych, a przecież chyba nie mamy zamiaru wracać do tej praktyki.
Masowa grabież praw autorskich dokonuje się codziennie poprzez piractwo płytowe, przeciwko czemu protestowali niedawno kompozytorzy i piosenkarze. Ale państwo i prawo i jego organy są wobec tego obojętne. Wiem coś o tym, bo sam prowadziłem swego czasu organizację zwalczającą piractwo na rynku wideo, lecz większość przestępstw pirackich sądy uznawały za czyny „o małej szkodliwości społecznej”. Aż wreszcie minister kultury cofnął nam w ogóle upoważnienie do zwalczania piractwa.
W dokumentach przesłanych mi przez Związek Polskich Artystów Plastyków czytam, jak lekceważy się u nas tzw. droit de suite, czyli prawo autora dzieła plastycznego do 5% udziału w kolejnych odsprzedażach jego wcześniej powstałych obrazów, to znaczy w przekazywaniu sobie z rąk do rąk niepowtarzalnych tworów, powstałych bądź co bądź z jego wyobraźni i jego osobowości. Ale i to przecież uznać można za „zysk od kapitału”.
Można mnożyć takie przykłady, a wynikają z nich dwa niewesołe wnioski.
Pierwszy, że bredzimy sobie od czasu do czasu o kulturze narodowej, a nawet uchwalamy specjalne rezolucje sejmowe, aby się nam broń Boże nie wtrąciła do niej jakaś Europa, ale ludzi, którzy starają się ją tworzyć mamy za psi pazur. Tymczasem miarą rzeczywistego stosunku do kultury nie jest ilość okolicznościowych orderów przypiętych do czyichś marynarek, lecz właśnie ten staruch z pledem na kolanach, który zbiera owoce swego całożyciowego twórczego trudu i w którym przegląda się system przyjazny kulturze.
I drugi wniosek, że przykład w tym względzie idzie z góry. Od władzy, od państwa, od ministra finansów, który akurat kulturę uznał za obiekt swoich eksperymentów fiskalnych, od Sejmu wreszcie, jeśli nie złapie go za rękę, ponieważ minister ratuje ponoć finanse publiczne.
Artyści lub naukowcy nie wyjdą na ulice, rzucając mutrami w biura rządu, ich udział w elektoracie liczy się w ułamkach procenta, a w dodatku, co najśmieszniejsze, i tak będą oni robić swoje, bo mają takiego świra. A więc pomysł, aby ubić zgreda siedzącego w swoim fotelu z pledem na kolanach i wyciągającego ministrowi finansów „zyski z kapitału” może się przyjąć.

Wydanie:

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy