Kwarantanna narodowa

Kwarantanna narodowa

Gdy doktor Bernard Rieux, bohater „Dżumy” Alberta Camusa, wyszedł któregoś dnia z gabinetu, natknął się przed drzwiami na zdechłego szczura. Zlekceważył to. Ale wkrótce potem martwe szczury wywożono już z miasta całymi workami. Zaczęła się epidemia, a wraz z nią kwarantanna. W pierwszym szeregu walczących z zarazą stanął doktor Rieux.

My na symptomy zarazy nie zwracaliśmy uwagi przez lata. Lekceważyliśmy je. Nie działały odpowiednie służby. Zresztą nie wydawało się to niezbędne – wirus nie powodował przypadłości cięższych niż grypa. No ale był! I nic z tym nie robiono. A jego najgroźniejsza mutacja żyła sobie spokojnie w przetrwalnikach. Wreszcie nastąpił atak. Ale nie zjawił się polski doktor Rieux.

Dziś trudno nawet określić, kiedy to naprawdę się zaczęło. Traktując rzecz medycznie – w marcu minionego roku. Patrząc jednak całościowo – już ponad pięć lat temu. Dobrze więc, że przynajmniej teraz ogłosiliśmy kwarantannę. I przede wszystkim: że jest to kwarantanna narodowa. Ale skoro narodowa – to narodową musi być też epidemia. A w takim razie zagrożeniem jesteśmy wszyscy – dumny polski naród.

Dumny? Już nie ma powodu do dumy. To przez naszą lekkomyślność polski organizm został zainfekowany. Co więcej jednak, Polska, dawne „przedmurze chrześcijaństwa”, stała się dla tegoż chrześcijaństwa zagrożeniem. Bakcyl łże-katolicyzmu i łże-antykomunizmu, tyle lat u nas hołubiony, zdążył już przeskoczyć na Węgry, ba, dotarł do odległej Słowenii, nawet w zlaicyzowanych Czechach znalazł sprzymierzeńców. Polska, część Unii Europejskiej, stała się w niej czynnikiem rozkładu.

Można więc sobie wyobrazić, z jaką ulgą polską kwarantannę narodową przyjęła Europa. Z jaką ulgą przyjęli ją polscy sąsiedzi. Nareszcie wokół Polski powstał kordon sanitarny. Nareszcie ze strony Polski nic już Europie nie grozi. Zresztą 28 grudnia sama Polska uznała konieczność kordonu. I słusznie, kwarantanna narodowa jest dla narodu szansą. Możemy teraz działać szybko i bezwzględnie.

Osoby chore muszą być natychmiast izolowane! I to niezależnie od zajmowanego stanowiska – prawo jest równe dla wszystkich. Ozdrowieńcom nie ufamy – jeszcze długo będą mogli zarażać. Osoby zdrowe, które mogą nie wiedzieć o chorobie, poddajemy bacznej obserwacji. A przede wszystkim szczepimy się! Wszyscy się szczepimy! Lecz tu nagle pojawia się problem: większość narodu wcale nie chce! A tym bardziej – nie chce tego robić dwukrotnie.

Zbyt długo ulegaliśmy antyszczepionkowcom. Dlatego dziś trzeba wprowadzić obowiązek szczepień. I szczepić się nawet nie dwukrotnie, lecz… wielokrotnie. Pomyślmy bowiem: bakcyl szerzy się przez uszy. Możemy się zarazić, słuchając rządzących. Bakcyl szerzy się przez oczy. Możemy się zarazić, oglądając państwową telewizję. Czy szczepionka tylko dwukrotna jest w stanie nas zabezpieczyć? Czy przynajmniej niektórzy z nas – ludzie z osłabioną odpornością – nie powinni jej przyjmować codziennie? Ile razy trzeba powtarzać: to, co przechodzimy, to nie zwykła, banalna epidemia dżumy, z którą zmagał się doktor Rieux. To epidemia narodowa. I kwarantanna narodowa. W kwarantannie narodowej potrzebna jest narodowa kuracja.

Lecz problem największy to nawet nie wstręt do szczepień. Problem największy to rozumienie kwarantanny narodowej przez naród. Bo jakże to rozumienie jest wąskie! Owszem, słyszymy już, że do personelu lekarskiego wysyłanego do walki z bakcylem włącza się również psychiatrów. Ale czemu tylko ich?! I czy potrzebna jest tylko służba zdrowia?! Epidemia narodowa – to katastrofa narodowa, a w niej niezbędne są także inne służby. W tym – może zwłaszcza – służby prawne. I tu znów szok: bakcyl rozplenił się zwłaszcza wśród prawników! Oni albo już chorują, albo po wyzdrowieniu zarażają, albo są w grupie najwyższego ryzyka. Jakże niewielu nabrało trwałej odporności. Tymczasem potrzebni są sędziowie – byle odpowiedzialni. Potrzebni są prokuratorzy – choć raczej nie każdego szczebla. W każdym jednak razie należy kwarantannę narodową rozumieć szeroko. I pamiętać: w kwarantannie narodowej niezbędna jest narodowa mobilizacja.

Tak więc dużo przeszkód piętrzy się po drodze. A w przyszłości? Gdy zwalczymy wirusa – czy przypadkiem on znów nie zmutuje? Doktor Rieux przekonał się, że bakcyl „nigdy nie umiera i nie znika”. Dziś takich doktorów muszą być tysiące, a tyle samo musi być sędziów, prokuratorów, nauczycieli… To jest wojna – słyszeliśmy niedawno na ulicach. Tę wojnę może zakończyć tylko bezwarunkowa kapitulacja. Bo – albo bakcyl, albo my. Na szczęście mamy kwarantannę narodową. Z kwarantanny narodowej musimy wyjść z narodową odpornością.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 2/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy