Kadry durniu

Zapiski polityczne
28 sierpnia 2003 r.

W dni sejmowych wakacji porządkowałem moje pisarskie archiwum i przeczytałem sporo starych felietonów pisanych w dniach oczywistej, zbliżającej się katastrofalnej klęski rządzącej nad wyraz nieudolnie koalicji AWS-UW. Moje przewidywania ujawnione w druku sprawdziły się z nadwyżką. Pisałem o możliwej porażce wyborczej tego ugrupowania politycznego, w którym miałem wielu przyjaciół, z okresu gdy „Solidarność” i Unia Wolności dzielnie wyzwalały Polskę z systemu totalitarnego, bo cokolwiek powiemy teraz złego o tych ludziach, to właśnie oni przyczynili się w dniach swojej chwały do upadku komunizmu. Rzeczywistość okazała się gorsza od moich przewidywań. To nie była porażka ekipy władzy, lecz rzadko spotykany pogrom. Nikt nie ocalał, prócz przezornych renegatów z tego grona władzy, którzy migiem zorganizowali nowe szyldy polityczne i pod nimi znaleźli się ponownie w parlamencie. Nieotaczani zbytnim szacunkiem społeczeństwa, ale mający intratne fotele w siedzibie najwyższej władzy i arenę do agresywnego zwalczania swoich pogromców politycznych. W tych dawnych felietonach ukazywałem źródła spodziewanej katastrofy, zawsze takie same w każdej sytuacji sprawowania władzy, opierając się wyłącznie na swoich. Klasyczny przykład to powierzenie losów potężnej firmy ubezpieczeniowej skromnemu nauczycielowi języka polskiego, który ją dokumentnie rozłożył.
Pojawia się w tych dawnych felietonach moje przewidywanie utworzenia koalicji wyborczej lewicy pod hasłem wziętym z Italii, głoszącym konieczność pielęgnowania drzewa oliwnego. Tym hasłem wystraszyłem prawie wszystkich działaczy Unii Pracy, których jaskrawa nieudolność polityczna połączona z osobistą pychą i zapiekłym rozpamiętywaniem różnych grzechów przeszłości, jakich się dopuszczali nasi ewentualni partnerzy u władzy, uniemożliwiała zgodę na moją wizję ponownego wprowadzenia do parlamentu naszego ugrupowania za cenę owej koalicji drzewa oliwnego.
Jednak głównym przedmiotem moich analiz politycznych były rozważania o nieuchronnych skutkach alotyzacji władzy. Tak sobie nazywam zjawisko niefortunnego doboru kadr rządzących krajem, a nazwa pochodzi od już zapomnianego i kiedyś bardzo przeze mnie cenionego kolegi z NSZZ „Solidarność”, Staszka Alota, który na swoje nieszczęście pogrzebał swoją dobrą opinię, obejmując stanowisko, do zajmowania którego nie był poprzednio przez długie lata przygotowywany, bo taka jest prawidłowość w dziedzinie ubezpieczeń, że kierują ich losami ludzie z długim stażem w tej służbie.
Pisałem wtedy – w tych dawnych felietonach – że sztuka rządzenia polega przede wszystkim na umiejętności doboru kadr kierowniczych. Ci, którzy nie potrafią opanować tej umiejętności, muszą polec, czego smutny los Alota i jego mocodawców, jest jaskrawym dowodem, a są setki, ba… tysiące innych. Najlepiej zaprzyjaźnieni z wygrywającą wybory grupą polityczną nie zastąpią nigdzie i nigdy tych, co dobrze przygotowani potrafią kierować pojedynczą instytucją lub nawet całym państwem.
Zdobywający w wyborach władzę w kraju muszą mieć nad biurkiem w sypialni i w bawialni, zatem wszędzie, wypisane na widocznym miejscu dwa kluczowe słowa „KADRY DURNIU”. Bez wierności temu ni to przykazaniu, ni ostrzeżeniu każda grupa polityczna poniesie klęskę. Tak było z jednym z najwspanialszych ruchów w swej istocie niepodległościowych, jakim była już obecnie prawie nieboszczka „Solidarność”, tak się dzieje teraz z rządzącą obecnie lewicą, która też ludzi „do roboty przy władzy” szukała głównie i prawie jedynie wśród swoich, przed czym – jak czytam teraz w swoich starych tekstach – uprzedzałem i przestrzegałem.
Nie byłoby tej pojawiającej się w mediach prawie codziennie porcji skandali, wywoływanych przez postępowanie ludzi powołanych nieszczęśliwie do owej „roboty przy władzy”, gdyby nie trzymanie się tej dyrektywy, nakazującej z siłą Dekalogu powierzanie ważnych stanowisk publicznych jednie i przede wszystkim swojakom.
Tak się złożyło w moim arcydługim życiu, wszak dobiegam osiemdziesiątki (mocno tym przerażony), że czynnie uczestniczyłem w przemianach ustrojowych PRL w Trzecią RP. Nie jestem zachwycony tą cząstką mego życiorysu. Byłem niewątpliwie bardzo krytyczny wobec zachodzących – jakże często fatalnych – przemian, ale mam też wiele wyrzutów sumienia, iż mego negatywnego osądu złych skutków tzw. transformacji ustrojowej nie potrafiłem zamieniać w czynny opór wobec jawnych błędów władzy, wynikających przeważnie z jej przekonania o własnej nieomylności.
Na swoje usprawiedliwienie mam chyba tylko to, że dla działacza „Solidarności”, członka jej najwyższych władz, trudne było czynne zwalczanie rosnących w siłę i znaczenie idei i ludzi, naszych, czyli solidarnościowych działaczy częściowo nieudolnych, a w znacznej mierze przekabaconych z marksizmu na liberalizm, którym przesiąkli, gdy za sprawą swej wieloletniej partyjności pod znakiem PZPR uzyskali dosyć masowo stypendia na uczelniach amerykańskich, gdzie doznali liberalnego objawienia i jako apostołowie tej ideologii zaczęli ją u nas realizować w praktyce.
Najgorsze skutki spowodowało jednak silnie ugruntowane w NSZZ „Solidarność” przekonanie, że ktoś zajmujący jakiekolwiek kierownicze stanowisko w PRL musi je w RP możliwie szybko opuścić i zostać zastąpiony przez „swojego”. Ten fatalny manewr kadrowy był powtarzany przez te kilkanaście lat niepodległości za każdą zmianą ekipy rządzącej. Zwycięski SLD wiernie realizował w praktyce zasadę prymatu dla swoich. Jako jeden z przywódców koalicyjnej Unii Pracy mogę wiele o tym opowiedzieć, ale to przy innej okazji, bo kończy mi się miejsce na felieton. Jedno jest dla mnie pewne: każdy, kto się bierze do polityki i „roboty przy władzy”, musi nabożnie przestrzegać wezwania zawartego w tytułowym haśle tego tekstu „Kadry durniu”. Nie muszą one być własne. Muszą być kompetentne, uczciwe i skuteczne w działaniu.

 

Wydanie: 36/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy