Kiepściura

Nazywam się Jan Kiepura. Superpociąg Polskich Kolei Państwowych. Kursuję z Warszawy do Brukseli w 16 godzin. Potrafię pędzić do 200 km/h. Zabieram 276 pasażerów. Mam nowe, klimatyzowane wagony. Prysznice i odtwarzacze DVD w przedziałach sypialnych. Nawet miejsce do przewijania dzieci. Jestem Super. Najlepszy polski pociąg zreformowanej PKP. Pociąg z Polski do Zjednoczonej Europy. Symbol naszej łączności z biurokratyczną stolicą UE.
Nazywam się Jan Kiepura. Odjeżdżam codziennie o 18. z Warszawy Centralnej. Dojeżdżam następnego dnia o 10. Na brukselski Gare du Midi. Tam, gdzie codziennie biali Polacy wystawiają się do czarnej roboty u śniadych Arabów.
Nazywam się Jan Kiepura. Zapraszam do restauracyjnego. Ale co drugi kurs. Do Europy dwa składy z Polski, lecz kraj stać na jeden wagon restauracyjny. Ponieważ prawdopodobieństwo trafienia na kiepurowy wypas łatwe jest do obliczenia, przed podróżą warto zaopatrzyć się w termos, prowiant. Inaczej suchy pysk. Ale szczęściarze, którzy wylosowali bilet w dzień restauracyjny niech zachowają ostrożność. Wagon jest europejski, karta kusi bogatym zestawem dań. Wybór jest już czysto polski. Pomimo długiego zestawu piw w praktyce otrzymasz tylko „Lecha”. Reklamowany jako sztandarowy przysmak ludu nadwiślańskiego „Staropolski żurek w chlebie” okazuje się odgrzewany w mikrofali i ma smaku zupy z torebki. Ale chleb jest pokrojony jak należy. Na szczęście wódka bywa schłodzona, bo nie wymaga obsługi przeciążonej mikrofali.
Super-Kiepura reklamowany jest jako pociąg sypialny. Rzeczywiście ma sypialne wagony, kuszetki i wagon z lotniczymi siedzeniami. Połowa z nich nie rozkłada się do pozycji „leżeć”, bo są to europejskie fotele z małymi wajchami. Niekompatybilnymi do silnych polskich rąk. Co rusz, top już. Wagon ma też dwie opcje świetlne: „egipskie ciemności” i „porodówka”. Ze względu na bezpieczeństwo pasażerów obsługa preferuje wartości rodzinne, paląc całą noc „porodówką”. To zachęca do zaległych lektur klasyki narodowej.
Bogatsi mogą wybrać kuszetki albo sypialne. W kuszetkach spać trudno, bo o 12. budzą na niemieckiej granicy. Jesteśmy w Unii, pociąg superluksusowy, ale odprawa jeszcze przedakcesyjna. Potem Superexpress staje na każdej większej stacji w Niemczech. Wypluwając i zasysając głośnych polskojęzycznych pasażerów. Nie ma się co ich radości dziwić. Dojechali przecież do ukochanego Rajchu.
Bogatsi bardziej mogą kupić sobie miejsca sypialne. Często taniej niż za kuszetkę, bo Superpociąg na bilety ma dwie ceny. Nominalne i promocyjne. O tych ostatnich, jak to w polskich promocjach, mało kto wie. Zatem można kupić „Lux przedział” z prysznicem za 129 euro i miejsce w czteroosobowej kuszetce za tyle samo. Wiedza u Kiepury nabiera wymiernej ceny, jak w Zjednoczonej Europie. Gdyby jednak ktoś chciał dopłacić i przenieść się z przepełnionej kuszetki do wolnych sypialnych, to jednak nie może. Dlaczego? Bo nie. Bo to pociąg do Europy, ale z Polski rodem. No chyba, że jest się napakowanym dresiarzem. Takiego pan konduktor sadza bez szemrania do największego, kameralnie położonego „Przedziału dla niepełnosprawnych”. Nie każdy w naszym kraju posiadł sztukę negocjacji.
Sztandarowy, najbardziej luksusowy, wizytówkowy polski „pociąg do Europy” na dworcu w Brukseli reklamowany i zapowiadany jest jako skład „Bruksela- Moskwa” Przez Poznań, Warszawę, Terespol, Mińsk, Orszę, Smoleńsk.
I żaden jakiś tam super „Fiodor Szalapin”. Zwyczajny skoryj pojezd.

Wydanie: 32/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy