Zdekomunizować Jezusa

Zdekomunizować Jezusa

Najbardziej prawicowy w Europie parlament przegłosował na początku kwietnia ustawę o „zakazie propagowania komunizmu”. Prawicowi fanatycy walczą z duchami komunizmu w Polsce od 26 lat, więc niby nic specjalnego się nie wydarzyło. A jednak ta jednorodna, bezmyślna i pozbawiona jakiejkolwiek refleksji pogarda dla tradycji lewicy w Polsce musi szokować. Pomijając już to, że ustawa jest niezgodna z konstytucją (ta zakazuje tylko organizacji odwołujących się do totalitarnych praktyk i metod), jej przyjęcie w Sejmie bez ani jednego (!) głosu sprzeciwu musi przerażać tępotą obecnych posłów. Przypomina też praktyki reżimów autorytarnych, gdzie aparat państwa jest jednomyślny. Kretynizm polityczny ma się dobrze w Polsce.

Ci, którzy mają nadzieję na obronę demokracji w Polsce przez PO czy Nowoczesną, powinni założyć lepsze okulary i dostrzec u posłów tych partii tę samą ignorancję, którą w bardziej wyniosły sposób okazują na co dzień funkcjonariusze PiS. Czy pozbawieni wyobraźni politycznej posłowie opozycji również będą milczeć, kiedy zakaże się w Polsce symboli innych religii, ateizmu albo liberalizmu?

Jak czytamy w ustawie: „Nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, w tym dróg, ulic, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm”. Od razu pojawia się filozoficzne i jednocześnie praktyczne pytanie: czym dla ustawodawców są idee komunistyczne? Czy komunizmem są wszystkie poglądy umieszczone trochę na lewo od polskiego Sejmu? Czy chodzi także o ogólne przywiązanie do idei wolności, równości i braku wyzysku? Jeśli tak, to lista podejrzanych pisarzy, artystów i naukowców będzie bardzo długa.

Czy cenzorzy polityczni zlikwidują np. ulice Marii Skłodowskiej-Curie? Mamy taką we Wrocławiu. Jej patronka, poza tym, że była genialną noblistką, sympatyzowała z radykalną lewicą, pisała do anarchistycznej prasy i preferowała wolną miłość. A co z Picassem? To znany hiszpański komuch. Malował abstrakcje, ale też miał czerwone sympatie.

W Krakowie jest ulica Bohaterów Wietnamu. I wcale nie chodzi o amerykańską armię, która zrzucała napalm na wietnamskich biedaków, ale o lewicową partyzantkę, która podjęła antykolonialną walkę. Co z nimi? Też do kasacji. A co w zamian? Bohaterów z Iraku czy Wyzwolicieli Afganistanu?

Armia Czerwona czy Armia Ludowa, jak wiadomo z prawicowych czytanek, nie wyzwalały Polski. Losy II wojny światowej zmieniły jedynie bojówki „żołnierzy wyklętych”, a wojna trwała równo 50 lat (od 1939 do 1989 r.). Po niej przyszła już prawdziwa wolność i demokracja, którą możemy podziwiać za oknem.

Rosyjscy żołnierze, którzy ginęli w Polsce, nie mogą mieć tutaj swoich pomników. Powodem jest rusofobia, która stała się elementem ideologii panującej w polskim skansenie. Podobnie jak lewicowi antyfaszyści walczący w Hiszpanii muszą zostać usunięci z przestrzeni publicznej, z pamięci ludzkiej i jedynie słusznych podręczników „pamięci narodowej”. Dąbrowszczacy zamiast bronić hiszpańskiej republiki przed faszystami Franco – jak się teraz okazuje – powinni raczej stać po stronie caudilla i faszystów z niemieckiego Legionu Condor. Naziści z tej formacji najpierw niszczyli lewicową republikę w Hiszpanii, a później część z nich pacyfikowała powstanie warszawskie. Może od razu IPN zorganizuje jakąś wystawę protoplastów „myśli narodowej”? Obok Franco i prawicowego dyktatora Salazara z Portugalii można uczcić szwadrony śmierci, które również tępiły sympatyków komunizmu w Ameryce Południowej. Choć tam IPN miałby pewien problem – bo lewicowi partyzanci dość często głosili, że pierwszym komunistą w historii był niejaki Jezus Chrystus. On zaś mógłby obecnie być uznany za lewackiego hipisa i jako uchodźca niewpuszczony do narodowo-katolickiego kraju nad Wisłą. Czy Jezus też będzie poddany dekomunizacji w Polsce?

O Marksie, Róży Luksemburg czy Engelsie można zapomnieć w polskich miastach. Trzeba będzie jechać do Berlina i innych europejskich stolic, aby pochodzić sobie po placach i ulicach ich imienia.

Jeśli cenzorom z IPN zabraknie pomysłów, czego by tu jeszcze zakazać, co ukryć lub zlikwidować, mogą przyjechać do mnie do domu. Już próbowali do niego wejść agenci ABW, nachodziła mnie policja, to może czas na śledczych z IPN? Mogą zdekomunizować moją szafę z koszulkami z Che Gueverą, z antyrasistowskimi gwiazdami, z podobizną Salvadora Allende, lewicowego prezydenta Chile, bądź z logo anarchokomunistów z brytyjskiej Class War. Przed domem mam czarną gwiazdę (kojarzoną jako symbol rewolucyjnej lewicy) wyłożoną z kostki granitowej. Trudno będzie ją rozebrać i zabrać do magazynu IPN. A co z podejrzanymi książkami? Dziesiątki stoją na półkach mojej biblioteki, z „Manifestem komunistycznym” na czele. Na przemiał? A te z bibliotek publicznych też będą wyrzucane? Trzeba będzie powołać specjalną komisję, która oddzieli literaturę patriotyczną od skażonych komunizmem dzieł.

Znam również trochę zamaskowanych środowisk, ceniących gwiazdy bardziej od krzyży czy swastyk – inaczej niż obecna władza. Zostaną poddane masowej dekomunizacji? Znam poza tym kilka osób, które mają przed domem czerwone miotły do zamiatania brunatnych śmieci. Też można zarekwirować.

Byli już tacy, co próbowali wykreślać z pamięci niepoprawne myśli, palili niewłaściwe książki, rekwirowali podejrzane druki. I wszystko na nic. Jak bowiem pisali w XVI w. arianie, „mieczem nie pokonasz myśli”. Tym bardziej nie powtrzymają rozwoju marzeń o lepszym świecie prymitywni cenzorzy z IPN.

Wydanie: 16/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy