Śledztwa dziennikarskie

Wolność prasy i innych środków społecznego przekazu jest fundamentalnym elementem demokracji. Konstytucja wolność tę zapewnia w art. 14, nie określając jednak jej granic. Nie ulega wszakże wątpliwości, że w demokratycznym państwie prawnym swoboda dziennikarska nie może być nieograniczona. Zgodnie z prawem prasowym dziennikarze są obowiązani do zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych oraz do sprawdzania ich zgodności z prawdą.
Wskazania powyższe tyle dla niektórych żurnalistów znaczą, ile pobożne życzenia. Nagminnie łamany jest przez nich zakaz przedwczesnego wypowiadania opinii o winie osób, przeciwko którym zostało wszczęte tzw. dziennikarskie śledztwo. Prawnik legalista skłonny jest nawet kwestionować dopuszczalność tego rodzaju „śledztw”, gdyż ani konstytucja, ani kodeks postępowania karnego nic na ich temat nie postanawiają. W słownikach języka polskiego, a także w encyklopediach słowo „śledztwo” oznacza postępowanie przygotowawcze w sprawie karnej prowadzone przez organy prokuratorskie (zob. np. „Nowa encyklopedia powszechna”, PWN, Warszawa 1997, t. 6., s. 241; podobnie „Słownik języka polskiego” pod red. M. Szymczaka, t. 3., Warszawa 1983, s. 444).
Przedstawione wyżej zastrzeżenia odpadają przy innym niż prawnicze pojmowaniu omawianego zwrotu. W potocznym oraz politycznym znaczeniu śledztwo dziennikarskie jest praktyką stosowaną przez dziennikarzy w ramach ich prasowych uprawnień. Oznacza to, że ogólną podstawą prawną owych „śledztw” jest prawo prasowe. Przepisy tego prawa nie zawierają jednak poza ogólnikowymi wskazaniami, o których była mowa wyżej, ścisłych reguł postępowania przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych oraz ustalaniu na ich podstawie obiektywnej prawdy.
W państwie prawnym działalność skierowana na wykrywanie przestępstw nie może być dowolna, nieokreślona wymaganiami proceduralnymi. Prokuratura i sądy stosują w sprawach karnych przepisy kodeksu postępowania karnego, które szczegółowo wyznaczają zakres obowiązków tych organów. Rygorystyczne ich przestrzeganie jest istotą tzw. sprawiedliwości proceduralnej (J. Rawls: „Teoria sprawiedliwości”, Warszawa 1994, s. 123 i n.). Prawidłowa, uczciwa procedura stanowi jedną z podstawowych gwarancji rządów prawa w demokratycznym państwie.
Ostatnio pojawiły się wysoce niepokojące napaści na prokuraturę i sądy, właśnie z powodu ich legalistycznego działania. Krytykowana jest powolność działania prokuratur i przestrzeganie przez prokuratorów zasady tajności prowadzonych postępowań przygotowawczych. Czytam np. w jednym z powszechnie szanowanych tygodników, że nie prokuratura, nie instytucje państwowe, lecz prywatne media są „jedyną instancją zdolną poruszyć skorumpowaną rzeczywistość” („Tygodnik Powszechny” nr 12 z 23.03.br.). Z wywodów artykułu zamieszczonego w czołówce wspomnianej gazety wynika, że w sprawach podejrzeń o korupcję powinien decydować „nacisk wytwarzany przez nas, obywateli, przez opinię publiczną społeczeństwa obywatelskiego”. Piękne słowa. Rzeczywistość jednak skrzeczy. Tzw. opinia publiczna była zawsze podatna na manipulacje. Artur Schopenhauer twierdził nawet, że to, co się nazywa zdaniem ogółu, jest, ściśle biorąc, zdaniem dwóch lub trzech osób! („Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów”, Kraków 1976, s. 78).
Odwoływanie się do opinii publicznej bałamuconej przez politykierów i propagowanie „ludowego wymiaru sprawiedliwości” to zwykły bolszewizm. Uprawiają go „właściciele jedynie słusznych poglądów”. Mówią, że wypowiadają się w imieniu społeczeństwa, a nawet całej Polski. Autor cytowanego wyżej artykułu nazwał wprost ludzi inaczej myślących osobnikami „infantylnymi, cynicznymi, bezczelnymi”, nie siląc się na rzeczową polemikę z ich odmiennymi argumentami. Stary to chwyt stosowany przez ludzi nietolerancyjnych, którym nienawistny jest każdy myślący inaczej, i to nie tyle z powodu odmiennego poglądu, ile z powodu zuchwalstwa, jakie wykazuje, wypowiadając własne zdanie (Schopenhauer, jw., s. 79).
Na temat niebezpieczeństwa uznawania prasy za „czwartą władzę” pisałem już wcześniej („Labirynt praw i obyczajów”, Warszawa 2001, s. 141 i n.). Prasa nie jest oczywiście czwartą władzą w konstytucyjnym znaczeniu tego słowa, obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, ale jej apodyktyczne sądy kształtują de facto przekonania czytelników w sposób nieliczący się nieraz z prawdą obiektywną, której wykrycie należy do niezawisłych sądów i tylko do nich.
Nie może być w państwie prawnym władz niekontrolowanych w żadnym trybie. Władza prasowa podlega kontroli w formie sprostowań i wyroków sądowych wydawanych w sprawach o zniesławienia. Powszechnie jednak wiadomo, że trudno w ten sposób zwalczać samowolę prasową. Redakcje często uchylają się od zamieszczania sprostowań, a postępowania sądowe wloką się w nieskończoność. Czy można sobie wyobrazić np. szybkie i skuteczne naprawienie błędów w przekazywaniu informacji o przebiegu przesłuchań w sejmowej Komisji Śledczej? Dziennikarze z gazet opozycyjnych przechodzą do porządku dziennego nad wyraźnie stronniczymi zachowaniami posłów opozycyjnych w trakcie zadawania świadkom pytań.
A. de Tocqueville pisał w swej książce „O demokracji w Ameryce” (Warszawa 1976, s. 144), że sądy są bezsilne wobec „elastyczności ludzkiego języka”. Zwracał też uwagę na wykorzystywanie mediów do celów niemających nic wspólnego z przekazywaniem informacji. Tak jest również w naszych czasach. O. Jacek Bocheński przestrzegał przed uzurpowaniem sobie przez dziennikarza roli kaznodziei lub moralisty. Żurnalista ma być sprawozdawcą wydarzeń i nikim więcej („Sto zabobonów”, Kraków 1992, s. 39 i n.). Autor „Demokracji w Ameryce” uważał jednak nadużycia prasowe za nieuniknione zło konieczne, z którym trzeba się pogodzić w imię wolności wypowiadania poglądów w demokratycznym społeczeństwie. Myśl trafna, nie do końca jednak.
Wszczynane raz po raz śledztwa dziennikarskie budzą, zwłaszcza wśród prawników, coraz większe zaniepokojenie. Najdalej posunięta swoboda dziennikarska przypomina jako żywo wolną amerykankę, w której każdy chwyt jest dozwolony. Co będzie, jeśli rozpowszechnią się takie metody jak podsłuchy, tajne nagrania i prowokacje? Zawód dziennikarza upodobni się do profesji oficerów śledczych, którzy w imię niemoralnej zasady „cel uświęca środki” ujawniać będą per fas et nefas prawdziwe bądź tylko urojone afery. Czy taki ma być kierunek rozwoju naszego państwa, zwanego dumnie demokratycznym państwem prawnym? Przypomnijmy, że na pogwałceniach reguł proceduralnych zbudowany został stalinowski aparat klasowego wymiaru sprawiedliwości. Widmo państwa, w którym nie prokuratura i sądy, ale prywatne media wykrywać będą wrogów ludu, zaczyna już krążyć nad Polską.

Wydanie: 16/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy