Suwerenny jak Morawiecki

Suwerenny jak Morawiecki

Na początek spróbujmy ustalić, kto przemawiał w imieniu Polski w Strasburgu. Wszystkie państwa były tam reprezentowane przez polityków mających moc sprawczą. Takich, którzy pełnią u siebie najważniejsze funkcje i podejmują kluczowe decyzje. W cywilizowanym świecie jest to zasada oczywista. Ale nie u nas. Choć w Strasburgu wystąpił premier Morawiecki, to wiadomo, że w polskich realiach jest to polityk, którego pozycja jest zależna od widzimisię prezesa Kaczyńskiego. Mateusz Morawiecki próbował się przebić do świata polityki już za rządów Tuska. A do PiS wszedł po plecach ojca. Kornel Morawiecki, choć trafił do Sejmu z listy Kukiza, szybko został przystawką PiS, by pomóc w karierze synowi. I pomógł. Załatwił mu posadę wicepremiera i dostęp do ucha prezesa. Okazało się, że młodszy Morawiecki ma taki smak na karierę i tak dobrze opanowane urabianie przełożonych, że Kaczyński odsunął przaśną i skromnie wyedukowaną Beatę Szydło i zamienił ją na salonowca.

Na nieszczęście dla kraju kompetencje polityczne premiera są marne. Ledwo na etapie początkowym. Odwrotnie do wysokiego mniemania o sobie, które bierze się z ustawionych przez aparat rządowy gospodarskich wizyt. Lud pisowski, do którego premier trafia z wielkimi planszami, na których wypisane są dary dla miejscowych, z radością bierze, co władza daje. Łatwo się wtedy zapomina, że jest także inna Polska, bardzo wobec niego krytyczna. Dla niej jest on nową wersją Pinokia.

W Strasburgu w imieniu Polski powinien przemówić prezes Kaczyński. Bo tylko on wie, co planuje. Ale nie po to prezes ma zderzaki. Posłużył się Morawieckim, którym pojechał zagrać z Unią w ciuciubabkę.

Nie udało się. Bo i nie mogło. Po raz pierwszy usłyszałem w różnych językach, że premier mojego kraju jest kłamcą, manipulatorem i oszustem siejącym zamęt. Tak mówili ważni politycy. A oklaskiwali Morawieckiego wyłącznie reprezentanci skrajnej prawicy i zwolennicy rozwalenia Unii. Morawiecki pod rękę z nimi to obraz groźny i zapowiedź złych czasów, które mogą nadejść szybciej, niż myślimy.

PiS robi wszystko, by Unia nie patrzyła mu na ręce. Ale przekonujących argumentów w sprawie praworządności nie ma. Próby wmówienia, że za rządów PiS sądownictwo nie jest upolitycznione, to kpina. W Europie dobrze wiedzą, czym jest Trybunał Konstytucyjny Przyłębskiej. Na zastąpienie debaty o praworządności dyskusją o zagrożeniu naszej suwerenności też się nie dadzą nabrać. Wystarczy zobaczyć, jak suwerenny jest polski premier.

Wydanie: 44/2021

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy