Jeszcze o lewicy

Jeszcze o lewicy

O lewicy można nieskończenie… Każde dziecko szkolne wie, że rozróżnienie na lewicę i prawicę pojawiło się podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej 1789 r. Nazwy są przypadkowe. Gdyby zwolennicy rewolucji usiedli wówczas po prawej stronie przewodniczącego zgromadzenia, a przeciwnicy po lewej, mielibyśmy dziś Sojusz Prawicy Demokratycznej z Leszkiem Millerem lub Ryszardem Kaliszem na czele. Usiedli jednak inaczej i od tego czasu zwolenników rewolucji – tej, która jest, była lub ma być – nazywa się lewicą, a przeciwników prawicą. Zwolennicy i przeciwnicy rewolucji nie ograniczali się do bycia za lub przeciw, lecz swoją postawę uzasadniali moralnie, ekonomicznie i na wiele innych sposobów, tworząc w rezultacie dwa przeciwstawne systemy wartości, dwa światopoglądy. Rewolucja mija, te systemy przekonań pozostają, a ci, co wybierają jeden lub drugi, nie zawsze interesują się, skąd one się wzięły.

Jakieś pół wieku (nieco więcej) po Wielkiej Rewolucji Francuskiej w wielu krajach Europy miały miejsce większe lub mniejsze bunty, zamieszki, rewolucje w znacznym stopniu przeniknięte nostalgią jakobińską, które przeszły do historii jako Wiosna Ludów. W tym czasie bierze początek druga lewica, której najwybitniejszym teoretykiem był Karol Marks. Ten ruch określa się już nie w stosunku do rewolucji, która była, lecz tej, która będzie w przyszłości. Marksiści nie interesują się już takimi drobnostkami, jak demokracja parlamentarna, wybory czy prawa człowieka pojętego jako jednostka. Im chodzi o zasadniczą przemianę wyrażającą się w zniesieniu klas, państw i prywatnej własności. Z tego ruchu wyłaniają się partie socjaldemokratyczne, w tym niemiecka, bardzo silna nie tylko politycznie, ale również kulturalnie i intelektualnie. Gdy rewolucję 1917 roku przejmują bolszewicy, sekciarska frakcja rosyjskiej socjaldemokracji, wśród partii marksistowskich następuje rozłam: jedni głoszą, że rewolucja bolszewicka jest właśnie tą rewolucją, której chciał i którą przepowiadał Marks, i oni tworzą międzynarodowy ruch komunistyczny bezwarunkowo popierający Związek Radziecki. Marksiści ortodoksyjni, jak Karol Kautsky, od rewolucji w kraju zacofanym się dystansują lub ją potępiają, pozostając przy ideach socjaldemokratycznych i czekając na rewolucję socjalistyczną w krajach rozwiniętego kapitalizmu. Niemal do samego końca ZSRR, z pewnością do lat 70., komuniści stanowią twardy rdzeń lewicy i oni określają, kto do niej należy, a kto nie należy. Reszta rozegrała się na naszych oczach: radzieckie państwo komunistyczne się rozpadło, rewolucja bolszewicka została potępiona jako kolosalna katastrofa sprowadzona przez komunizm na Rosję. Po krótkotrwałym błąkaniu się po Trzecim Świecie w poszukiwaniu prawdziwej rewolucji, jeszcze za życia, ale już w stanie skrajnego ideologicznego wycieńczenia Związku Radzieckiego, lewica zachodnia przerzuciła się na obronę praw człowieka i tak jak kiedyś wielbiła Związek Radziecki, tak teraz zwalcza Rosję.

Ponieważ nastąpiła skrajna dyskredytacja zarówno rewolucji, która była, jak również mitu rewolucji jako celu na przyszłość, nie wiadomo, czy podział na lewicę i prawicę ma jeszcze jakieś znaczenie. Nie mówię, że nie ma znaczenia, mówię, że nie wiadomo, czy ma. Istnieją przecież owe przeciwstawne systemy wartości wykreowane na pochwałę lub na potępienie rewolucji, owo dwojakie światło reliktowe po wielkich wybuchach społecznych, i między nimi można wybierać, jeśli się nie jest na siłach, żeby wymyślić coś nowego.
Podział na lewicę i prawicę w Polsce gorzej przylegał do rzeczywistości niż w Europie Zachodniej.

Nie chcę zbyt daleko w przeszłość sięgać po przykłady, wystarczy uprzytomnić sobie, że w Polsce rewolucji nie było, a owe ideologie czy kultury, lewicowa i prawicowa, jak też większość kategorii pojęciowych służących do opisu społeczeństwa były sprowadzane z Zachodu. W Polsce stosunek do ludu był ważniejszy niż stosunek do rewolucji, tu niewidzianej.
Powoływałem się kiedyś na wypowiedź nieżyjącej już wybitnej humanistki Barbary Skargi, która powiedziała, że lewica w Polsce powinna za wyróżnioną postać swojej tradycji uznać Wincentego Witosa. Barbara Skarga reprezentowała typ inteligenta osadzonego w polskiej tradycji postępowej, lewicę pojmowała jako partię ludu, a nie partię rewolucji takiej czy innej. Ja wiem, że osoby habilitowane w naukach historycznych i politycznych z zaliczeniem Witosa do tradycji lewicowej się nie zgodzą, bo „jak wiadomo” itp., ale nie mam tu możliwości odpowiedzieć na te przyzwyczajenia.

Sojuszowi Lewicy Demokratycznej robi się zarzut, że nie jest „naprawdę” lewicowy. Działaczy, zwykłych członków, a nawet liderów kwestie ideologiczne nie roznamiętniają, ale jednak chcieliby być partią lewicy. Toteż nadstawiają ucha, ale niedługo, gdy toczy się gdzieś dyskusja o „lewicowości”. (To słowo znaczy tyle, co esencja lewicy, i jest przystosowane do upodobań umysłów spekulatywnych, scholastycznych; próba zdefiniowania go kończy się tak jak wszelkie scholastyczne dyskusje o esencji).
Jeżeli w naszych czasach istnieje jakaś rewolucja, to jest to rewolucja obyczajowa, kulturalna i ona polaryzuje postawy na lewicowe i prawicowe, prorewolucyjne i kontrrewolucyjne. SLD jest zachęcany, aby uwiarygodnił swój lewicowy wizerunek, przyciągając do siebie lewicę obyczajową i kulturalną, na przykład środowisko „Krytyki Politycznej”. Nic z tego nie będzie. Ludzie tego środowiska są nostalgikami pierwszej „Solidarności”, a ich „Witosem” jest Jacek Kuroń. Ponadto podobnie jak ich rówieśnicy z prawicy nudzą się czystą polityką, czystą myślą polityczną i szukają religijnego pogłębienia. Tamci wydają rocznik „Teologię polityczną”, inne czasopisma religijno-polityczne i chodzą na msze łacińskie, ci wydają komentarze do listów św. Pawła. Wątpię, żeby SLD potrzebował teologii wyzwolenia.


„Lewicowość” czy „prawicowość” jest już pojęciowym wyrazem całości praktyki politycznej danej partii, jej pojmowania swojej roli w konkretnych warunkach i rozumienia rzeczywistości. Tymczasem od SLD żąda się, aby dostosował się do pojęcia „lewicowości” jako do założonego z góry abstrakcyjnego ideału, najlepiej takiego, jaki „obowiązuje” na Zachodzie.


Sojusz Lewicy Demokratycznej jakoś nie chce sobie uświadomić, że jest partią ludu, a Polskie Stronnictwo Ludowe nie przyjmuje do wiadomości, że jego biografia historyczna, łącznie z Mikołajczykiem, jest lewicowa. Minimum tego, co obie te partie powinny teraz zrobić, to stwarzać dla siebie odpowiednie okazje do dyskusji nad swoją historią i nad tym, co mogą zrobić razem w przyszłości, zaczynając tę przyszłość od dziś.

Wydanie: 46/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy